Chełm i Orunia – w kilku kadrach (cz.2)

Ostatnio pokazałam Wam kadry z dwóch pierwszych wycieczek (sprawdź tutaj!), dziś zaprezentuję pokrótce dwie następne. Tym razem spacerowałam po Oruni, która z opowieści miała opinię dość nieciekawą. Istnieje przekonanie, że dzielnica bywa niebezpieczna, a sama dotąd nie przemieszczałam się tam pieszo, a jedynie dojeżdżałam autobusem do PORD-u, miejsca znanego większości zmotoryzowanych gdańszczan i nie tylko.

Skoro jednak miały być wędrówki, to i postanowiłam dmuchać na zimne. Teren był dla mnie przecież niemal w 100% nowy, Wybrałam się dwa razy z tym samym kolegą i paradoksalnie zagrożeniem nie były tutaj specyficznie ubrane osoby potężnej postury, które szukałyby zaczepki 😉 ale ciągnik, którego kierowca, ewidentnie próbując nas wystraszyć, zmusił nas swoimi manewrami do zejścia na skraj pobocza, niemal do rowu (gwoli ścisłości, niemal niewypełnionego wodą).

No właśnie, sporo było rejonów, gdzie droga biegła pośród łąk, zarośli pozostawionych samym sobie lub pól. Gdzieniegdzie trwały jakieś prace drogowe. Jedną z ulic musieliśmy przez to ominąć niemal całkowicie, ale była na tyle krótka, że dało się ją obejrzeć w całości z obu jej stron i były tam tylko domki 🙂 Gdzie indziej dreptaliśmy pośród błotnistych, podeszczowych ścieżek.

Oczywiście Orunia nie byłaby włączona do miasta, gdyby nie posiadała żadnej zabudowy. A ta była naprawdę różnorodna. Bliżej stacji kolejowej Lipce mieściły się nowsze bloki. Minęliśmy też kilka budynków, które były bardziej intrygujące architektonicznie.

Niesamowity klimat poczułam, gdy moim oczom ukazał się widok z kolejnego zdjęcia. Przypomniałam sobie wioskę, w której mieszkała moja babcia i było mi tak błogo i swojsko. Poza tym uwielbiam brukowane uliczki, chociaż chodzenie po nich nie w każdym obuwiu jest komfortowe. Z powodu tej nawierzchni śmiało mogłabym stwierdzić, że to było jedno z miejsc, które najbardziej spodobały mi się na Oruni.

A spacerowaliśmy naprawdę przeróżnymi trasami, czego dowód poniżej:

Jako biolog też znalazłam tam ciekawostki, takie jak szkoła imienia Marii Skłodowskiej-Curie. Dla niektórych kadrów zadzierałam głowę, ale nierzadko warto było spojrzeć w dół, a nawet… przykucnąć 😉

Fotografuję dużo – jestem jak japoński turysta. I nierzadko patrzę na detale. Ci, którzy choć raz mi towarzyszyli, wiedzą doskonale, że fotografuję z chęcią rzeczy dziwne, stanowiące w jakimś sensie ewenement, trudne do wytłumaczenia, a nawet nietypowego kształtu… śmietniki 😉

A poniżej zagadka dla spryciarzy – na jakiej ulicy zostało wykonane to zdjęcie?
(przyimek nieprzypadkowy, bo kolega musiał zrobić tych parę kroków do tyłu, podczas gdy ja byłam na „chodniku”)

Była też jedna sytuacja, gdy zagadał nas jeden z mieszkańców. Ale bynajmniej nie miał złych zamiarów, a wręcz przeciwnie 😉 Wyobraźcie sobie, jak Wy zareagowalibyście na ludzi z mapą w swojej dzielnicy.

Wywiązał się nawet między nami mikrodialog:
– Szukają państwo? – zapytał mężczyzna, wyjmując z ucha słuchawkę.
– Nie – odparłam, posyłając mu serdeczny uśmiech.
– Spytać można – stwierdził, odwzajemniając go i ruszając dalej.
Kolega dopowiedział tylko pod nosem: „… sensu życia” 😉

Wiecie, kiedy zaczynałam swoje wędrówki, niejedna osoba dziwiła się, czy nie szkoda mi czasu. Teraz, po trzech projektach trójmiejskich (zbieżność liczbowa nieprzypadkowa! 😉 ) oraz zwiedzeniu kilku innych miast w ten sposób, czuję się w poznanych przestrzeniach naprawdę swobodnie, a w Gdańsku szczególnie.

I naprawdę było to dla mnie olbrzymim ułatwieniem podczas trwania kursu przewodnickiego. Wiele miejsc, o których była mowa, kojarzyłam. Podczas opowieści od razu lokalizowałam obiekty w swojej głowie (no może z niektórymi kamienicami było ciut trudniej). Gdy jeździliśmy po Trójmieście, w każdym momencie umiałam się zlokalizować, co było naprawdę niezmiernie pomocne. W ostatni weekend zdałam egzaminy i szczerze powiedziawszy, nie umiem stwierdzić, kiedy ostatnim razem czułam się AŻ TAK SPEŁNIONA. Zresztą nasze emocje doskonale oddaje zdjęcie, które możecie obejrzeć tutaj.

Tak na marginesie – mocno zwracaliśmy na siebie uwagę, śmiejąc się głośno, wołając „hip hip hurra” i szczerząc się od ucha do ucha. Gdy pozowaliśmy, podeszła nawet pewna dziewczynka, by też nam takie zdjęcie zrobić. Może myślała, że jesteśmy sławni 😉

A teraz? Przyszedł czas nieco zwolnić tempo 😉

To jednak nie znaczy, że stanę w miejscu. Ciągnie mnie po więcej wiedzy, trójmiejska półka z książkami mocno się rozrosła przez ten rok, a nawet korci mnie, by przejść cały Gdańsk jeszcze raz, choć w nieco inny sposób. Przekonamy się, co przyniesie najbliższa przyszłość, ale na pewno będę się w tym kierunku rozwijać, bo jak tu nie kochać tego miasta? <3

A już w sobotę, majowa niespodzianka 🙂

2 thoughts on “Chełm i Orunia – w kilku kadrach (cz.2)

  1. Michał says:

    Przyznam, że nie jest mi obce Twoje uczucie spełnienia po kursie, podobnie zresztą kojarzenie miejsc, które dla większości były zaskoczeniem. 😉 Co do zagadki, to obstawiam ul. Równą, choć słowo „krzywa” to nietrafione przeciwieństwo.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      To było świetne cały czas podczas objazdu (i to już tego pierwszego) wiedzieć, gdzie jesteśmy. Już nie mówiąc o całym worku skojarzeń z moich wypraw 😉

      Zgadza się, ulica Równa. Myślę, że chodziło tu o „nierówną” czyli „krzywą” nawierzchnię 😉 Tak swoją drogą, tabliczka była zamazana na miejscu, a nie przeze mnie w Paint 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *