Rudniki i Olszynka – gdzie spacerowicz raczej się nie zapuszcza…

Nie tak dawno mogliście poczytać o moich ulubionych dzielnicach, tymczasem jednak przejdę na drugą stronę skali. Są bowiem takie miejsca w Gdańsku, w których z różnych powodów zamieszkać bym nie chciała. Pośród nich są właśnie Olszynka i Rudniki. Mam nawet pewne doświadczenia, jeśli chodzi o mieszkanie w obrębie tej pierwszej, ale o tym za moment.

Dzisiejszą opowieść rozpoczną Rudniki. Teren zdecydowanie był przemysłowy, co nie uszło uwadze towarzyszącej mi koleżanki. Z nutką nadziei spytała, czy na naszej trasie będzie morze. Musiałam ją jednak rozczarować, że nie wykorzystamy wiosennej aury na spacer wzdłuż plaży. Szybko okazało się, że większość dzielnic nadmorskich miałam już za sobą. Uznała pół żartem, pół serio, że z „innymi chodzę nad morze, a z nią do rafinerii” (zaspojleruję, że w projekcie sopockim przebyła ze mną jeden z odcinków nadmorskich ;)), w czym stety niestety tkwiło ziarno prawdy.

Pod rafinerią też przeżyłyśmy pewną przygodę. Fotografowałyśmy się w jej pobliżu, co zauważyli wyjeżdżający mężczyźni. Gdy skupiłam się już na przyrodzie wokół, pan zapytał, czy robię zdjęcie rafinerii, odparłam wówczas zgodnie z obecną chwilą, że nie. Pan średnio przekonany odjechał, a ja wróciłam do uwieczniania roślinności nadwodnej. Nawet gdybym zrobiła dokładne zdjęcia tego typu obiektu, nie użyłabym ich do publikacji.

Ciekawostką jest, że aby zwiedzić cały obszar Gdańska, czasem trzeba miasto na moment opuścić. Tak też musiałyśmy zrobić, by znaleźć się w pobliżu oczyszczalni, którą nawet zdarzyło mi się kiedyś odwiedzić w ramach studenckich zajęć terenowych.

Warunki po drodze nie zawsze sprzyjały poruszaniu się pieszo, postanowiłyśmy zatem wrócić kawałek autobusem. Znalazłyśmy się w pobliżu wiaduktu. Zamierzałyśmy przejść na jego drugą stronę, kierując się ciut w stronę centrum miasta, nim zakończymy podróż, ale z naszej perspektywy chodnik był niedostrzegalny. Zapytałyśmy o niego panią, którą wzięłyśmy za mieszkankę, bo niosła zakupy. Pokierowała nas jednak nieprawidłowo.

Chwilę pokręciłyśmy się po okolicy, przypadkowo natrafiając na festyn. Jego uczestnicy też nie do końca wiedzieli, o co ich pytamy, czasem rzucali żartami („Stąd wydostaniecie się tylko drogą powietrzną. Na Rębiechowo się kierujcie.”), ale ostatecznie okazali się pomocni. Wiadukt był normalnie wyposażony w chodnik, a z góry było świetnie widać wspomniany festyn 🙂

Po drugiej stronie okazało się, że nie tylko przemysłem Rudniki stoją. Coraz więcej było zabudowy mieszkalnej, a nawet znalazłyśmy coś na kształt mariny. Mnie szczególnie urzekła nazwa łodzi „Scarlett”, kojarząca mi się z piosenką zespołu LemON.

Na koniec weszłyśmy w plątaninę małych uliczek, gdzie koleżanka zaryzykowała stwierdzenie, że mogłaby chodzić tam środkiem ulicy i byłaby wciąż bezpieczna. Ledwie to jednak powiedziała, życie zweryfikowało ten pogląd, bo na pozornie spokojnych uliczkach uaktywnił się ruch samochodowy.

Lekką abstrakcją okazało się dla nas boisko do koszykówki porośnięte trawą. Nieco bardziej pobłażliwie spojrzałyśmy na takie, które było zarośnięte, a służyło do gry w piłkę nożną. O aktywność fizyczną niezależnie od wieku zadbano też z pomocą placu zabaw połączonego z siłownią na powietrzu. Tutaj już pod koszem dostrzegłyśmy utwardzoną nawierzchnię.

Na drugi spacer zabrałam kolegę, który odwiedził ze mną na początek okolice ulicy Litewskiej, gdzie roiło się od skupów złomu i hurtowni. Po drodze widzieliśmy również niewielką przystań. Kończąc spacer po Rudnikach, znaleźliśmy także szkołę podstawową, a w jej pobliżu zaciekawiła nas nakładka na komin w kształcie orła. To musiał być ówczesny hit, bo zaczęłam ich zauważać coraz więcej podczas swoich wędrówek.

Zmierzaliśmy ku Olszynce i tak naprawdę szybko zauważyliśmy zmianę krajobrazu. Wypoczynek w takich okolicznościach przyrody kolega nazwał „łączingiem”, a drogę, którą mieliśmy spacerować uznał za idealną dla kościelnych procesji. Zrobiliśmy sobie wzajemnie krótką sesję zdjęciową, ale nie mogło też zabraknąć wspólnej fotografii. Kolega podsumował krótko: „Chwile, które łączą – łączing” 😉

Tutaj już czuło się pewną sielankowość, nawet pomimo męczącej mnie alergii. Pogoda była iście letnia. Kolega miał tendencję do szybkiego opalania się i opowiedział mi nawet w ramach anegdoty, jak zwykle po jego powrocie reagowała jego siostra:
– A co ty taki zjarany? – zapytała podobno, w odpowiedzi słysząc:
– Bo wyprawy z Martą tak jarają.
Przyznaję, że cieszy mnie fakt, gdy innym udziela się mój entuzjazm.

Pośród tych, zdawałoby się, zostawionych samym sobie łąk, znaleźliśmy coś naprawdę intrygującego – starą książkę. Bałam się jej dotknąć, aby się nie posypała. Przyjrzałam się tylko na tyle, by stwierdzić, że była niemieckojęzyczna.

Odprężenie sprzyjało snuciu wspomnień, głębszym rozważaniom, ale i rozmowom na lekkie tematy. W pewnym momencie na naszej trasie znalazła się piekarnia, w której nabyłam… koktajl owocowy. Słoneczko, napój ze słomką, plażowa torba… wyobraźnia podziałała i czułam się nieco jak na bulwarze w Los Angeles albo coś w ten deseń 😉

Olszynka to obszar o dużo mniej gęstej zabudowie i rozległych połaciach zieleni. Dużą przyjemnością było dla mnie oglądać ciekawie odziane strachy na wróble. Nieszczególną – czekanie aż przejedzie cały towarowy pociąg. Zwłaszcza, że pokonywaliśmy tory dwa razy i za każdym razem wiązało się to z oczekiwaniem.

Jak już może niektórzy z Was wiedzą, od Olszynki zaczęło się moje mieszkanie w Gdańsku. Gdybym miała przez ten pryzmat spojrzeć na to miasto, chyba w życiu bym go nie pokochała. Z Olszynki wszędzie miałam daleko. Wydział był rozrzucony po całym Trójmieście i wstawanie o 5 na zajęcia o 8 w Gdyni nie było szczególnie atrakcyjne. Po drodze mijało się sporo zaniedbanych ludzi, czasem zaczepiających przechodniów. Często było też tak, jak podczas mojego spaceru projektowego, że spokojnie można byłoby zliczyć mijanych ludzi, tak było ich niewielu. Tak czy siak, nie odpowiadał mi klimat dzielnicy, a już szczególnie właściciele lokalu i wynajmujący inne pokoje robotnicy. Wytrzymałam tam trzy miesiące, niejednokrotnie wybierając spacer przez Dolne Miasto na zajęcia w Gdańsku Głównym niż jazdę autobusem.

I pewnie generalizuję. Może dla kogoś jest to opinia krzywdząca. Może ktoś właśnie tam się odnalazł. Ja jednak nie czułam się tam dobrze. A przynajmniej nie na tyle, by chcieć być kiedykolwiek ponownie mieszkańcem tej dzielnicy. Każdy z nas docenia jednak inne rzeczy i jestem przekonana, że i tam znalazłoby się nieco lokalnych patriotów 🙂

Zwłaszcza, że Olszynka ma też czym się pochwalić. Dwór z 1802 r. nie był może w dobrym stanie, gdy realizowałam swój projekt, ale udało mi się wyczytać, że były plany jego odrestaurowania i adaptacji na nowe cele, by zyskał drugie życie 🙂

A w pobliżu coś dla siebie znajdą też Ci, którzy raczej cenią walory naturalne. Zwłaszcza, że nie tylko ta znana powszechnie część Motławy jest piękna, ale ta bardziej na południe też może zachwycać!

Podsumowując, ze względów praktycznych (odległość, słaba komunikacja, aktywny przemysł), a także własnych doświadczeń (wynajem), nie w głowie mi zamieszkanie kiedykolwiek ani na Rudnikach, ani na Olszynce. Uważam jednak spacer tam za niemałą ciekawostkę. Zestawienie ich razem dodatkowo spotęgowało we mnie przeświadczenie, jak bardzo Gdańsk jest różnorodny! <3

2 thoughts on “Rudniki i Olszynka – gdzie spacerowicz raczej się nie zapuszcza…

  1. Poranna kawa says:

    Każdy musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Gdy my szukaliśmy swojego miejsca do życia w Gdańsku zakładałam, że będzie to Wrzeszcz albo Oliwa. Oglądaliśmy wiele mieszkań i domów, nie mogliśmy się zdecydować. Nie chciałam nawet zobaczyć domu na Rudnikach, ta lokalizacja z góry odpadała. Pośrednik namówił nas: „Co Pani szkodzi zobaczyć, nie musi Pani kupić.”
    Gdy podjechaliśmy pod mały domek kwitły przebiśniegi, nasz syn pobiegł do ogródka wołając: „Czy te kwiatki też są nasze?” To dziwne, choć dom był „do remontu” dzieci od razu powiedziały, że tu zostaniemy. Zostaliśmy. Mamy bardzo dobrych sąsiadów, którym możemy zaufać, w ogrodzie kwiaty i jabłka, spokój jak na wsi. Wszędzie jest stąd blisko, fajna szkoła i rynek ze świeżymi warzywami. Po latach także nasza córka zamieszkała z rodziną po sąsiedzku. Bardzo nam tu dobrze, choć wiem, że nie jest to dzielnica prestiżowa.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Piękne wspomnienie, dziękuję, że się nim Pani podzieliła! 🙂

      Państwa przykład idealnie obrazuje, że każdy może znaleźć swoje miejsce na Ziemi, nawet w miejscu dla innych nieoczywistym. Sama prędzej szukałabym w Oliwie niż na Rudnikach – przeszłam całe miasto i po prostu niektóre przestrzenie „czuję bardziej”. Ale widać, że dobrze Państwo wyszli na niepoddawaniu się pierwszemu wrażeniu 🙂 Czasem dane miejsce poznajemy i po prostu czujemy, że to „to”. Pamiętam, jak przeprowadzaliśmy się z domu do mieszkania w moim rodzinnym mieście. Długo szukaliśmy właściwego i w pewnym sensie to też ja z bratem zasugerowaliśmy wybór, bo to było pierwsze mieszkanie, gdzie nie mieliśmy problemu z „zaklepaniem” który pokój będzie czyj. Mieszkamy tam już kilkanaście lat i też jesteśmy zadowoleni do dziś.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *