Niektórzy moi towarzysze po jednej wędrówce mieli dosyć, innym pierwszy spacer tylko zaostrzył apetyt. Czasem dogadywaliśmy termin i braliśmy na celownik tę dzielnicę, która akurat najbardziej mi pasowała, ale bywało też tak, że ktoś był ciekawy danego obszaru i w miarę możliwości to tej osobie proponowałam spacer. Tak było chociażby z Suchaninem, które zwiedziłam w całości z jedną koleżanką. Tak też było z pierwszą częścią spaceru po Matarni, bo moja towarzyszka bardzo chciała odwiedzić lotnisko.

Rzeczywiście, Matarnię kojarzymy głównie z portem lotniczym. No i może jeszcze z Ikeą, ale to za moment. Osobiście też byłam na lotnisku po raz pierwszy, bo nie miałam jeszcze okazji lecieć samolotem. Duży kontrast stanowiło dla mnie zestawienie pośpiechu podróżujących z naszym powolnym dreptaniem. Fascynowałam się wszystkim. Fotografowałyśmy się z napisem z nazwą lotniska, ekscytowałam się tablicą odlotów i ustawionymi w holu rzeźbami. Mniej więcej trzy kwadranse spędziłyśmy na pogawędce w punkcie informacji i dostałyśmy chyba wszystkie możliwe mapy, foldery i wszystko, co nas tylko interesowało 🙂 Pan cierpliwie odpowiadał na pytania, biorąc nas początkowo za turystki, ale szybko okazało się, że wcale nie jesteśmy takie zielone 😉 Nawet przyznałam, co nas właściwie tam sprowadza.

Lotnisko odwiedziłam w życiu trzykrotnie, ale lot samolotem wciąż mam przed sobą 😉 Poza opisywaną wycieczką byłam tam też w tym roku, tropiąc gdańskiego lwa i znów zagadałam się z panem z punktu info (Tym razem innym i nawet było nam dane spotkać się dwa miesiące później w innych okolicznościach. Poznaliśmy się momentalnie – te przegadane na lotnisku pół godziny nie poszło na marne). Przejechałam się również PKM-ką z Wrzeszcza na lotnisko z kolegą, gdy ukończono jej budowę. Ot tak, z ciekawości 🙂 Jednak gdy zwiedzałam Matarnię w 2015 roku, siedziba PKM wyglądała jak na zdjęciu poniżej.

Matarnia sprzyjała zwiedzaniu bez pośpiechu. Duża jej część, przynajmniej jeśli chodzi o obszar przebyty na pierwszym spacerze, była dość luźno zabudowana. Minęłyśmy trochę siedzib firm, zakładów przemysłowych, ale wkrótce krajobraz stał się niemal wiejski. Na naszej trasie znalazły się ropuszki, gęsi, kury, a nawet bociany 🙂

Mieszkańcy zdecydowanie cenili sobie naturę. Nawet w niewielkim lasku ustawili tabliczkę z prośbą o jego niezaśmiecanie.
Znalazły się też pomniki w formie głazów, na których zapisano informacje historyczne. Dowiedziałam się, że wśród ofiar mordu w Piaśnicy byli też mieszkańcy Klukowa, a poza tym nareszcie zrozumiałam pojęcie „synów pułku”, którą to nazwę kojarzyłam z warszawskim przystankiem 😉

Druga wycieczka okazała się nieco inna. Tutaj zabudowa była gęstsza (choć znalazło się też miejsce dla zieleni) i dało się zauważyć więcej przejawów ludzkiej kreatywności. Od tak praktycznych rzeczy jak blokada parkingowa w formie kostki chodnikowej na łańcuchu czy wykonana z drewna nazwa ulicy, po czysto artystyczne jak instalacja z zielonych konewek.

Warto było przejść przez obwodnicę dla kilku widoków 🙂

Po tej stronie znalazły się też dwa zbudowane z cegły kościoły – Św. Rafała Kalinowskiego i Św. Walentego. Ten drugi jest szczególnie wiekowy, pochodzi już z przełomu XIII i XIV wieku.

Zamknęłam w kadrze także inne intrygujące mnie rzeczy – jak drzewo, które rosło w bok 😉 Ciekawostką okazał się także skansen budownictwa.

Na dalsze zwiedzanie okolic obwodnicy zaproszę Was po Nowym Roku, ale już we wtorek zapowiada miniseria – niespodzianka. Zatem, do poczytania! 🙂
