Ostatnio opisywałam Wam Młyniska, które właściwie połączyłam podczas zwiedzania z Górnym Wrzeszczem. Zajęło mi to razem siedem spacerów, z czego pięć i trochę obejmowało właśnie Górny Wrzeszcz. Dlatego pomyślałam, że spróbuję się przyjrzeć tej dzielnicy z pięciu perspektyw 😉 Gdybym miała jednak opisać tę przestrzeń w skrócie, wybrałabym trzy słowa: spory, różnorodny, przekorny. Dwóch pierwszych raczej tłumaczyć nie trzeba, ale jak to, dzielnica miałaby być przekorna? Ano, mogła być.
Wiem, że wybrałam sobie na zwiedzanie Górnego Wrzeszcza wczesną wiosnę, kiedy aura za oknem bywa chwiejna. Ale skoro pogoda była całkiem, całkiem we wszystkie dni, aż nagle załamywała się, gdy tylko jechałam na Górny Wrzeszcz, zaczęłam pół żartem, pół serio stwierdzać, że Górny Wrzeszcz naprawdę mnie nienawidzi. A przynajmniej bardzo nie lubi. Marzłam ja, marzli moi towarzysze. Nierzadko mokliśmy. Szczerze szanuję te osoby za to, że nie powiedziały mi po prostu „radź sobie sama”, tylko wytrwale dreptały wraz ze mną. Ale nie zmienia to faktu, że zdjęcia nie wychodziły jakieś szałowe, mapę musiałam chronić jak się da przed wilgocią, a ze względu na warunki pogodowe spacery trzeba było skracać.

Nic więc dziwnego, że wyszło ich aż tyle. Naprawdę chciałam już zakolorować tę wrzeszczańską plamkę na mapie postępów. Marzyłam, by trochę podnieść sobie morale. Tęskniłam już za zwiedzaniem czegoś nowego. Byłam do tego stopnia zdeterminowana, że zabrałam ze sobą osobę niezwykle wytrwałą i postanowiłam (ale uprzedziłam 😉 ), że chociażby nas spotkał grad czy huragan, skończymy ten Górny Wrzeszcz!
Także widzicie, chociaż moja postawa w ciągu trwania projektu była coraz bardziej nastawiona na odkrywanie (niczym u dziecka, które poznaje świat), bywały i trudniejsze momenty. Szukałam wtedy sposobów, by podbudować morale (jak zwiedzanie mniejszych dzielnic, by widzieć, że kolorów na mapie przybywa). Na pewno pomocna była myśl, że jestem już pewnie za połową i że przecież aura będzie coraz przyjemniejsza.

No i właśnie. Tak psioczyłam na ten ciągle deszczowy i wichrowy Górny Wrzeszcz, że nagle wyjrzało słońce! Mieliśmy podczas ostatniego spaceru naprawdę cudowne warunki, co zresztą doskonale widać, gdy porównamy zdjęcia 😉

A skoro Górny Wrzeszcz (na koniec, bo na koniec, ale jednak) postanowił mnie nieco przekonać do siebie, to i ja spróbuję znaleźć więcej plusów w mojej piątce 😉
- Mnogość sklepów
To może być i plus, i minus. Z jednej strony we Wrzeszczu załatwimy pewnie większość sprawunków, ale czasem wolałabym zamiast tylu witryn sklepowych móc podziwiać, jak te starsze budowle wyglądały oryginalnie. Wyobrazić sobie klimat dajmy na to sprzed stu lat. A przecież nasze miasto zmienia się nawet na przestrzeni kilku. Jestem pewna, że poznajecie ten, wówczas jeszcze nieskończony, budynek. Dolnowrzeszczański, ale z punktu widzenia Górnego Wrzeszcza 😉 A że Górny Wrzeszcz ma swój odpowiednik, sztandarowe miejsce spotkania w tej części miasta, to i to centrum handlowe ujęłam w kadrze.

- Stara zabudowa
To nierzadko majstersztyk! Bryły kościołów i ich gabaryty naprawdę robią wrażenie. Ale warto spojrzeć także bardziej detalicznie, a myślę tu chociażby o odrzwiach kościoła garnizonowego. Zawsze moje zaciekawienie budzą też naniesione na murach daty powstania budynku, jak na jednym z domów. Niektóre nie potrzebują naniesionych dat – samym swym wizerunkiem przenoszą nas dziesięciolecia wcześniej. A jeden z nich – stary gmach Wydziału Chemii UG, cofa mnie w przeszłość o tych parę lat, kiedy to studiując biologię, miałam zajęcia z wykładowcami z Wydziału Chemii. Pamiętam też zajęcia z wf-u w niższym budynku obok.

- Różnorodne perełki
Zacznijmy może od tego, że to właśnie Górny Wrzeszcz prezentuje nam obiekty sakralne kilku wyznań. Mamy tu chociażby prawosławną cerkiew, synagogę, a także kościół adwentystów dnia siódmego.
W pobliżu tego ostatniego mieści się też niezwykły teatr, a mianowicie Teatr Leśny. Miałam okazję pójść tam kiedyś na koncert bluesowy. Ma ciekawy klimat, bo widownia siada na ściętych kłodach, jakby w środku lasku.

- Różne oblicza przyrody
A skoro już o lesie mowa, to Górny Wrzeszcz ma do zaoferowania także nieco terenów zielonych i zbiorników wodnych. Niewielki, ale zaciszny zakątek znajduje się za akademikami Politechniki Gdańskiej. Warto przysiąść nad stawem, pokarmić kaczki albo po prostu pokontemplować. Nieco więcej z Was kojarzy pewnie zbiornik retencyjny Srebrniki 😉 A jeśli chodzi o zieleń… Niepozorny z punktu widzenia przypadkowego przechodnia Park Uphagena ma stworzoną przy udziale przedszkolaków z lokalnej placówki tablicę informacyjną. A na wysokości Klonowej znajdziemy skwer z fontanną i rzeźbą ptactwa wodnego. Do tych wyrzeźbionych z chęcią dołączały żywe 😉 Gołębie z przyjemnością korzystały ze świeżej wody.

- Sztuka pod wieloma postaciami
Przez rzeźby przejdźmy do ostatniej części. Bo prócz wysmukłych ptaków była też rzeźba po drugiej stronie drogi i tej zrozumieć nie było mi dane. Chyba bardziej oddziałuje na mnie literatura. Z niemałą fascynacją przyjęłam fakt, iż rondo wieńczące Jaśkową Dolinę ma za patrona Pana Cogito, postać stworzoną przez jednego z moich ulubionych poetów, Herberta. Nie da się przejść obojętnie także obok wielu wrzeszczańskich graffiti. Zaprezentuję Wam tu ledwie kilka. Mistrz Tuse, grafiki nawiązujące do praw człowieka, Lechia… Już te parę lat temu malunków było więcej, a wciąż przybywają kolejne i trzeba przyznać, że poprzeczka znajduje się coraz wyżej.
I niech to będzie dla Was zapowiedź miniserii trzech wpisów, które pojawią się na blogu od przyszłego wtorku. Z lekką przekorą dodam, że nie będzie to jednak Wrzeszcz. A po kolejne kadry i akapity gdańskie zapraszam już w najbliższą sobotę 🙂

Mural z reklamą antyków wymiata, też go kiedyś fotografowałem. Pamiętam jak szukałem Biblioteki Chemicznej UG nie bardzo orientując się, gdzie się ona znajduje. „Rzuciło” mnie aż pod ten urokliwy opuszczony budynek na wzgórzu niedaleko Jaśkowej Doliny, który chyba niedawno płonął. Dotarłem do Sobieskiego niemal na zamknięcie, ale przynajmniej cała trasę przebyłem na pieszo, więc zadbałem o zdrowie 🙂
W dzieciństwie najważniejsza była dla mnie Partyzantów ze względu na Manhattan i najstarszy gdański MacDonald ;), bywałem też w pomalowanym na biało domu handlowym, który stał dalej w kierunku Batorego. Przed powstaniem hipermarketów przy obwodnicy razem z Zatoką, Crystalem, delikatesami i domem handlowym Centrum to było miejsce pielgrzymek handlowych wielu rodzin zza Wisły. Moim ulubionym elementem tej trasy był antykwariat na Dmowskiego 😉
Osobiście uwielbiam grę słów, a tę zastosowano w tym miejscu pierwszorzędnie 😉
Dziękuję Ci za pokazanie miasta w tej perspektywie, której sama w latach dziecięcych nie miałam szansy poznać.
Antykwariat brzmi jak bardzo słuszny wybór na top one 🙂