Portugalia – i znów w przestworzach!

Rano zjedliśmy smaczne śniadanko. Szykując się do wyjazdu, zwróciłam uwagę, że kosmetyki, które udostępniano w pokojach, można było zakupić w recepcji hotelowej, a w szufladach były szlafroki i kapcie dla gości, choć my z nich nie skorzystaliśmy.

Pakowanie poszło dosyć sprawnie. O dziwo zmieściliśmy się w walizkach do 8 kg. Choć muszę przyznać, że nieco obeszłam system, bo do malutkiego plecaka, spełniającego kryteria przedmiotu osobistego wrzuciłam wszystkie papierowe pamiątki, które co prawda ważyły swoje, ale objętościowo były mocno skompresowane 😉 A że tych małych plecaków czy torebek nikt nie ważył, wyszło całkiem zgrabnie.

Kierując się na metro, poszliśmy na dworzec São Bento. Wybudowano go na miejscu dawnego klasztoru benedyktynów. Słynął z azulejos, które pokrywały 500m² (ponoć ponad 20 tysięcy płytek) i prezentowały m.in. historię Portugalii. Z tego powodu zależało mi na odwiedzeniu tej stacji. Jednocześnie trzeba było przebić się przez wycieczki z przewodnikiem, innych niezorganizowanych turystów, pasażerów kolei i aby w ogóle tam wejść – znaleźć drogę poprzez remonty. W każdym razie się udało 😉 Ciekawa była scenka, gdzie pewien człowiek prezentował przed królem swoją żonę i dzieci. Niestety, gdy sprawdziłam, kim był Egas Moniz, znalazłam informację o osobie żyjącej na przełomie XIX i XX wieku, a nie XII, jak zapisano poniżej azulejos. Przy tej okazji dowiedziałam się jednak, że bardziej współczesny nam neurolog został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny jako pierwszy Portugalczyk. Na innej ilustracji zaprezentowano Henryka Żeglarza i zdobycie przez niego Ceuty (dziś eksklawa hiszpańska na terenie Maroko). Przedstawienie to pochodziło z XV wieku. Z kolei w wieku XIV król Jan I przybył do Porto, by poślubić Filipę de Lencastre i uwieczniono ów wjazd na płytkach powyżej. Nie wszystkie wydarzenia podpisano. Ponadto były tam też scenki rodzajowe: prace na polu, w sadzie, tańce, życie codzienne.

Na lotnisko pojechaliśmy stąd metrem. Zakup biletów nie był jednak intuicyjny i zajęło nam z 5 minut, nim kupiliśmy dwa bilety, bo okazało się, że jeden upoważnia do dwóch przejazdów, a nie obejmuje dwóch pasażerów. Płatność kartą też nie należała do najłatwiejszych, bo guziki nie działały, a należało podać PIN i udało się to dopiero po którejś próbie. Dodatkowe utrudnienie stanowił fakt, że w okienku niby wybierało się język (w domyśle my braliśmy angielski), ale część komunikatów nagle wskakiwała po portugalsku. Aczkolwiek nieco połechtało to moje ego, bo akurat w tym miejscu rozumiałam 100% treści.

W środku, w metrze, całą drogę staliśmy i się grzaliśmy, bo było jakieś 20-21°C, a na zewnątrz niewiele mniej, bo 18°C. Obserwowałam rodzinkę – prawdopodobnie Hiszpanów, rodziców z kilkuletnią córeczką. Mała była przeszczęśliwa i miała fantastyczny kontakt z tatą, który zagadywał do niej i śpiewał jej piosenki. Czekała nas jeszcze przesiadka z linii D na linię E, której celem, podobnie jak naszym, było „Aeroporto” (dokładniej Aeroporto Francisco Sá Carneiro). Mieliśmy dużo szczęścia, że trafiliśmy akurat na odjazd, bo kursowała co pół godziny.

Na lotnisku nie było kolejek. Ale i tak przeżyliśmy zaskoczenie, bo lot był tak obłożony, że walizki musieliśmy nadać pomimo nieprzekroczonego limitu 8 kg. Pani obkleiła nasze bagaże i puściła dalej, więc nie mieliśmy nawet możliwości zgarnąć ich z powrotem i czegokolwiek przepakować, dlatego cieszyłam się, że wszystkie dokumenty, elektronikę i większość pamiątek (poza koszulkami u nas obojga i puzzlami z mapą Lizbony u Michała) mieliśmy ze sobą. Brakowało mi jedynie pomadki (była z wszelkimi płynami w walizce), bo przez kilka godzin nie miałam nic, co chroniłoby moje usta przed suchym powietrzem w samolotach i na lotniskach. Michał miał chociaż krem do rąk. Tym niemniej, choć przeżyłabym potencjalną utratę ubrań czy kosmetyków, brak kontroli nad tym, gdzie jest moja walizka (szczególnie, że podczas przesiadki nawet ich nie widzieliśmy) przysporzył mi nieco stresu. Email od Lufthansy w stylu „my się tym zajmiemy, więc enjoy your flight” nie bardzo pomógł, ale nie miałam wpływu na zmianę tej sytuacji.

Chociaż podróż powrotna jako taka wywołała mniej emocji niż ten pierwszy lot, w stronę Portugalii, widoki z lotu ptaka cieszyły podobnie 🙂 I ponownie złowiłam nieco kadrów z góry.

Przesiadka w Monachium zajęła nam znów ze trzy godziny. Port lotniczy miał 84 bramki na dwóch poziomach w tym terminalu, w którym znaleźliśmy się tym razem. Niestety byliśmy w innym miejscu niż poprzednio, więc nie trafiliśmy na stoisko z kanapkami, które tak nam smakowały wtedy, ani nie wypatrzyliśmy sensownych opcji obiadowych i musieliśmy się zadowolić innymi kanapkami. Były ok, ale bez szału. Cieszyliśmy się, że na tym portugalskim jeszcze podjedliśmy przysmaki lokalne, wytrawne z dorszem, a na słodko klasyczne pastéis de nata. Ale jednak jak na całodzienną podróż (w domu byliśmy przed północą) obiadu brakowało.

Po wylądowaniu w Gdańsku staliśmy jeszcze w oczekiwaniu na nasze bagaże. Z taśmy numer 7 zjeżdżały kolejne walizki i torby, które ludzie odbierali. Myśmy ogarniali to po raz pierwszy, ale przede mną stały dzieciaki, dla których ewidentnie to była już kolejna podróż, bo były totalnie wyluzowane i niczym się nie denerwowały. Nam pozostało cierpliwie czekać, aż pojawią się nasze walizki, specjalnie w żywych kolorach, żeby dało się je wypatrzeć. Dla pewności patrzyłam też na naklejki, które sobie dokleiliśmy przed pierwszą podróżą z tymi walizkami. Był lekki stresik, czy na pewno doleciały z nami i w jakim stanie do nas wrócą. Poza długim czasem oczekiwania na nie, wszystko było w najlepszym porządku.

Już w domu, pomimo zmęczenia, nagraliśmy chociaż te parę minut wspomnień z podróży, tak jak robiliśmy to dzień po dniu przez cały wyjazd. Choć jak przyznał Michał, my i tak każdego dnia rozmawiamy, jak nam minął i co się u nas wydarzyło. I to dobrze wróżyło na tę najważniejszą wspólną podróż – przez życie.

A do Portugalii mamy nadzieję jeszcze wrócić 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *