Kilka dni później pokusiłam się o kontynuację spaceru niebieskim Szlakiem Kartuskim, z którego planowałam przejść następnie na szlak czarny Wzgórz Szymbarskich. Jako, że dzień wcześniej temperatury dobijały do 35˚C, a i na ten dzień prognozowano niemało, bo 25˚C, wyruszyłam już koło ósmej. Przed dziewiątą wysiadałam na przystanku Nowatorów i żwawym krokiem ruszyłam na południe, aby dojść do ulicy Kartuskiej. Po drodze przyjrzałam się torom, ponad którymi szłam, ale też pomnikowi, który upamiętniał ofiary hitleryzmu z podległego pod Stutthof podobozu w Kokoszkach.



Na szlak niebieski weszłam właśnie na ulicy Kartuskiej, która uległa lekkiej modernizacji, odkąd byłam tam poprzednio. Poczułam nawet, że te obrzeża miasta straciły trochę swojego uroku, a jedyną ostoją dawnego krajobrazu tychże peryferiów wydała mi się ulica Stokłosy z budynkiem szkolnym. Ceglany konstrukt uznałam zresztą za jeden z moich ulubionych punktów w dzielnicy.
Tymczasem zmianą na plus, choć już mi znaną, było zamontowanie sygnalizacji świetlnej przy przejściu dla pieszych obok Smęgorzyńskiej. Pamiętam, jak nie raz i nie dwa stałam przed pasami, zdana na łaskę i niełaskę kierowców, którzy wiecznie się gdzieś spieszyli i losy jednego pieszego przechodnia były raczej poza zakresem ich zainteresowania, po prostu jechali dalej.



Przy wjeździe w Smęgorzyńską i co pewien czas dalej, natrafiałam na niebieskie znaki. Tutaj raczej nie szło się zgubić, bo cały czas należało iść prosto, ale musiałam przyznać, że boczne drogi, a dalej także zabudowa przy samej Smęgorzyńskiej, zostały ściślej zabudowane niż zapamiętałam to z wędrówek kilka lat temu. Ciekawostką była dla mnie numeracja, bo natrafiłam na budynek, gdzie do cyfry dopisano już literkę P, a jednak znajdowała się w alfabecie dość daleko. Wiedziałam, że ulica Sulęczyńska była dość „młoda” i było to widoczne po stojących tam budynkach. Zaintrygowało mnie również, że na wjeździe w Miechucińską stały dwie tabliczki, a do tego różne wizualnie.



Niedługo później dotarłam do sklepu, gdzie postanowiłam wejść po lody, bo aura była iście letnia. Szukałam rożka, żeby wyrzucić papierek od razu i nie mieć potem problemu ze śmieciami, których nie będzie gdzie wyrzucić. Znalazłam cytrynowego, a że dawno nie trafiłam na lody o tym smaku, to się skusiłam. W sklepie zaczepił mnie pan, którego widziałam wcześniej po drodze:
– Pani szła za mną. Widziała pani, jak jadą jak wariaci pięćdziesiątką, a tu jest ograniczenie do trzydziestu.
Odparłam tylko, że rzeczywiście dostrzegłam, jak się oglądał za każdym autem, ale nie wchodziłam w dalsze debaty, tylko zapłaciłam i ruszyłam dalej. Spacerowałam zadowolona, podjadając lody i fotografując kolorowy krajobraz. Moją uwagę przykuły szczególnie słoneczniki w rządku przy jednej z posesji.



Nie minęła jeszcze godzina od startu, a ja już byłam na skrzyżowaniu z Gostyńską i Tuchomską. Niebieski szlak wiódł dalej prosto przy kapliczce, natomiast ja planowo skręciłam w lewo, obok posesji ze stawem. Uznałam, że jakbym się uparła, to nie potrzebowałabym jeszcze jednego wyjścia, tylko doszłabym dalej niż planowałam (do Złotej Karczmy) i zrobiłabym też leśny odcinek czarnego szlaku (do Spacerowej), ale stwierdziłam, że jednak w tym ciepełku to nie będę się przeciążać i będę miała większą przyjemność z wędrówki, jak sobie to podzielę na dwie wyprawy i z nowymi siłami pospaceruję po lesie innego dnia. Zatem skręciłam w Gostyńską i uważnie rozglądałam się za znakami innego koloru.



Zaskoczyło mnie, że jechało tędy dużo więcej aut niż widziałam podczas poprzednich wędrówek, w tym również samochody dostawcze. Miłym zaskoczeniem był jeden z mieszkańców jadący na rowerze, który uraczył mnie serdecznym „dzień dobry”. Tego dnia użyłam mapy w sumie tylko raz i to właśnie wtedy, żeby oszacować, kiedy mogę się spodziewać zmiany kierunku wędrówki – dzięki znajomości gdańskich ulic i temu, że dzisiejszy plan spaceru obejmował więcej ulic niż lasu, właściwie szłam z pamięci, przyglądając się tylko znakom, żeby rzeczywiście iść w zgodzie z nimi.


Czarny znak zobaczyłam najpierw na drzewie po prawej i była to strzałka, którą dałoby się dostrzec w tym miejscu, gdyby wyszło się z lasu po drugiej stronie drogi. Zatem to tam szukałam ścieżki i czarnych klasycznych znaków. Wypatrzyłam dróżkę ze słupkiem i ruszyłam nią, ciesząc się leśnym krajobrazem. Nawet na pewnym odcinku wyczuwalny był zapach igliwia. A lasek wydał mi się dość przyjemny do spacerowania. Dopiero pod koniec natrafiłam na panią z psem, poza tym nie było tam nikogo. Trasa do Kartuskiej zajęła mi ciut ponad 20 minut, ale dobre parę minut wcześniej słychać było już ruch na drodze.










Ze względu na modernizację tego odcinka nie było tu pełnego oznaczenia szlaku. Po wyjściu z lasu znak nakazywał skręcić w prawo, ale nie znalazłam nic dalej. Sugerując się własną orientacją i faktem, iż wiedziałam, jak miała biec trasa, przeszłam na pasach i za nimi odbiłam w lewo, dochodząc chwilę później do punktu, w którym szlaki niebieski i czarny na powrót się łączyły. Następnie przespacerowałam się ulicą Osiedlową do końca (mijając dorodne krzewy malin, które narobiły mi smaka, ale nie chciałam zrywać u kogoś ;)), aż do wiaduktu nad torami, gdzie trwały prace. Za nim ruszyłam w prawo, znów z pamięci, tym razem dzięki wiedzy nabytej kilka dni wcześniej, podczas poprzedniej wędrówki, gdy szłam tędy tylko w drugą stronę.





Przeszłam tunelem pod torami PKM, gdzie minęłam trzy panie przedszkolanki z grupą dzieci, które szły z taką gąsienicą do trzymania, aby grupa się nie rozpierzchła. Uśmiechnęłam się do jednej z pań i pani do mnie, a dzieci się na mnie patrzyły, dlatego zaczęłam im machać i nawet Jeden chłopiec mi odmachał, co było całkiem urocze. Po chwili maluchy zorientowały się, że w tunelu było echo i zaczęły coś sobie podśpiewywać 😉


Tymczasem ja znalazłam się niedługo później przy kolejnym drogowskazie, gdzie szlaki się rozdzielały. Niebieski miałam już za mną, dlatego skręciłam w Sąsiedzką, aby kontynuować przejście czarnego szlaku. Droga biegła cały czas prosto, a na początkowym odcinku trwały prace drogowe, ale jeden z panów, zapytany, czy mogę przejść, nie widział w tym problemu. Na trasie wypatrzyłam i przejeżdżającą akurat PKM-kę, i miałam okazję się przekonać, jak potężny cień może rzucać rozpoczynający lot samolot. Z tak bliska chyba jeszcze nigdy nie widziałam samolotu.




Dotarłam aż do kościoła Św. Walentego, gdzie szlak skręcał w prawo. Droga stała się brukowana. Częściowo osłaniały ją drzewa, co przy prażącym już o tej porze słoneczku dawało ciut wytchnienia. Minęłam zabytkowe budynki zespołu dworskiego, zajmowane aktualnie przez MONAR, a naprzeciw głównej bramy placówki należało skręcić w prawo. Droga doprowadziła mnie do ogrodzenia z furtką, która jednak była otwarta.






Po jej drugiej stronie stał drogowskaz – ostatni, który sfotografowałam tego dnia. Przeszłam drogą nad obwodnicą, ostatecznie dochodząc około 2,5 godziny od startu do przystanku Harfowa, gdzie wsiadłam w autobus powrotny. Nazajutrz miałam nadzieję przespacerować się leśnym odcinkiem czarnego szlaku.



