Wystartowałam tym razem w pojedynkę, planując przejść sporą dzielnicę, jaką są Kokoszki, na trzy razy. Determinacji mi nie brakowało, wszystko zależałoby od sił i warunków pogodowych. Niemniej jednak podjęłam rzucone samej sobie wyzwanie i przyjechałam na przystanek autobusowy Karczemki, by zacząć właściwą wędrówkę na skrzyżowaniu Gostyńskiej i Otomińskiej. Była to część zwana Kiełpinem Górnym.

Z Gostyńskiej zeszłam ku Egiertowskiej, po czym na celowniku znalazły się ulice biorące swą nazwę od miesięcy. Brak kompletu drogowskazów nie ułatwiał zadania, dlatego zapytałam młodego chłopaka:
– Czy to jest Wrześniowa?
– Sierpniowa.
Spojrzałam na mapę, gdzie dostrzegłam, że Sierpniowa powinna sąsiadować z Wrześniową, więc i tak w nią weszłam i chwilę później znalazłam także tę drugą. Z gęstych traw wyłaniały się huśtawki i drabinki, a ponadto wokół dominowała zabudowa jednorodzinna. Kolejną ulicą była Lipcowa. Następnie odwiedziłam kilka ulic, których nazwy fajnie ze sobą współgrały: Kwietniową, Czerwcową, Wiosenną i Marcową. Kolejnych miesięcy w terenie nie znalazłam, aczkolwiek na Google Maps doszukałam się Styczniowej, Lutowej i Grudniowej. Wracając na moment na Wiosenną, znalazłam tam firmę zakładającą ogrody i była ona w pewnym sensie swoją własną reklamą. Posesja miała zadbany, ładny ogród i przykuwający oko skalniaczek.





Niedługo później wyszłam na Otomińskiej na wysokości sali bankietowej. Miałam zamiar obejrzeć teraz uliczki po jej przeciwnej stronie. Przeszłam się Otomińską i dotarłam do Karlikowskiej. Następnie ruszyłam ku Charzykowskiej. Pamiętałam, że już parę lat temu moją uwagę zwróciła tam tabliczka z wysokością, tym razem jej nie fotografowałam. Zeszłam na Łapalicką, gdzie moją uwagę poza normalnymi domami zwrócił jeden mniejszy. Być może był to odpowiednik domku na drzewie, stworzony do zabaw dzieci, tylko osadzony na ziemi. Droga tworzyła pętlę, dzięki której zawróciłam do Otomińskiej.
Kolejna z ulic, którą odwiedziłam, nie miała tabliczki. Była to ulica Mamuszki i znając tę postać, czułam smutek, że nigdzie nie dopatrzyłam się jej nazwy, skoro miała takiego patrona! Piaskowa nawierzchnia długim pasmem biegła coraz dalej i dalej. Droga, nie dość, że długa, zauważalnie szła też solidnie w górę. Rzuciłam pod nosem:
– Nikt nie mówił, że będzie łatwo 😉



Jednakże pozornie trudniejsze podejście, rozciągnięte na długość, wcale tak trudnym się nie okazało. Kawałek dalej po swojej prawej stronie zobaczyłam szeroki pas łąk, za którym wyłaniały się domy, a pośród nich kościół. Akurat w momencie, gdy go dostrzegłam, wybiła dwunasta w samo południe i usłyszałam dzwonienie kościelnych dzwonów.
Ulica zawijała, płynnie przechodząc w ten sposób w Niegocińską. Z niej zeszłam na Kortowską. Tymi peryferyjnymi uliczkami kierowałam się w stronę obwodnicy. Natrafiłam niedługo później na budynek Gdańskiej Infrastruktury Wodociągowo-Kanalizacyjnej. Sama Łagowska miała chodnik oddzielony kępą chwastów od drogi. Chodnikiem szła pani z psem, tymczasem ja szłam drogą. Dwa małe psy z jednej z posesji najpierw oszczekały spacerującego czworonoga. Skakały przy płocie, jakby miały pod sobą trampolinę. Gdy psiak ze swoją panią zniknął im z oczu, zainteresowały się mną i też byłam oszczekiwana, aż minęłam ich (sporą) posesję.
Przez Łagowską wyszłam na jedną z większych dróg w okolicy – Goplańską. Skręciłam w prawo, a chwilę później przez Stężycką dotarłam do następnego skrzyżowania. To tutaj znajdowała się tabliczka oznajmiająca, że opuszczamy Gdańsk. Nie miałam tego jednak tym razem w swoich planach 😉 Zawróciłam zatem i minęłam przy linii lasu oznaczenie prowadzące na zielony szlak. Trzymałam się jednak ulic i żwawym krokiem szłam Goplańską ku kolejnym ulicom Kiełpina Górnego.





Na początek zajrzałam w Kolbudzką. Krajobraz w tej części dzielnicy nie różnił się znacząco względem tego, co widziałam wcześniej. Kolejną na mojej trasie była jednak ulica Wiecka, przy której mieścił się wspomniany kościół Św. Jana Chrzciciela. Sama świątynia była zamknięta, ale sfotografowałam ją z zewnątrz wraz z pomnikiem papieża, stojącym naprzeciw.
Później cofnęłam się do Kolbudzkiej. Z niej zaglądałam w Karsińską i w Gołuńską, obie biegnące po prawej, natomiast niemal pod linią lasu po lewej zwróciłam uwagę na zbiornik wodny, który był bardziej osłonięty niż kilka lat wcześniej. Wzdłuż lasu przespacerowałam się ulicą Somińską. Odwiedziłam następnie bez większych przygód Wielewską i Lipuską. Z Lipuskiej wyszłam na Otomińską i ruszyłam najpierw na północ, by obejrzeć jeszcze Wdzydzką i część Goplańskiej przy pętli autobusowej i Stawie Goplańska. Zaintrygował mnie ceglany prostopadłościenny konstrukt w obrębie pętli. Sfotografowałam także plac zabaw i niewielką odnogę Goplańskiej.






Cofnęłam się do ronda, kierując się następnie Otomińską na północ w stronę cmentarza i Szkoły Podstawowej nr 84. Wówczas ruszyłam na południe aż do leśnej drogi, w którą zmieniała się Otomińska. Po krótkiej przerwie na „łazienkę” uznałam, że w sumie niekoniecznie się już zmęczyłam, dlatego postanowiłam, że po skończeniu planowanej tego dnia trasy nie skończę na pętli przy Węsierskiej, lecz przejdę jeszcze część dzielnicy funkcjonującą pod nazwą Smęgorzyno.
Już wędrując w stronę lasu, odwiedziłam Lublewską i zajrzałam w kolejny odcinek Gołuńskiej. Za sklepem spożywczym znajdowała się jeszcze Sulmińska, a pod samym lasem Kiszewska.


Po przerwie ruszyłam wspomnianą Sulmińską. Przeszłam na Gołuńską, a biegnąca po łuku droga doprowadziła mnie najpierw do Widlińskiej, a następnie do dalszego ciągu Goplańskiej, krzyżującej się tu z Węsierską. Dopatrzyłam się tam domu z pokrywającymi sporą część dachu panelami słonecznymi.
Obeszłam zarówno ulice po jednej stronie Goplańskiej, jak i pętlę tworzoną przez Węsierską. Spacerując kolejno Tuchomską, Łapińską oraz Bieszkowicką, natrafiłam na użytek ekologiczny „Łozy w Kiełpinie”. Niedługo później trafiłam na pętlę autobusową, której też poświęciłam krótką sesję zdjęciową, bo akurat stał tam autobus. Wędrówkę kontynuowałam przez Goplańską, która sąsiadowała na pewnym odcinku także z ładnym laskiem. Wkrótce dotarłam do zabudowań przy Gostyńskiej, natrafiając na zamknięte osiedle i niedużą ulicę Mezowską.











Kawałek za tym skrzyżowaniem formalnie zaczynało się Smęgorzyno. Był to może niezbyt odkrywczy, ale dla mnie ciekawy, odcinek. Ulica biegła właściwie bez rozgałęzień przez dłuższy czas, ale zmieniała moją perspektywę na ten obszar. Kilka lat wcześniej oba obszary przechodziłam osobno i nie pokonałam Gostyńskiej w całości, a fragment dochodzący do Smęgorzyńskiej dodatkowo odkrywałam wtedy w przeciwną stronę.



Już z tej perspektywy zauważyłam, że Smęgorzyno było mniej gęsto zabudowane i bardziej obfitowało w pola i łąki niż Kiełpino Górne. Po dłuższej wędrówce dotarłam do rozstaju dróg z krzyżem. Miejsce to zapadło mi w pamięć i było pewnego rodzaju kamieniem milowym na mojej trasie tego dnia. Odbiłam kolejno w końcowy (początkowy?) odcinek Tuchomskiej, w Sierakowicką i dalszy fragment Gostyńskiej.




Następnie żwawo ruszyłam Smęgorzyńską, która w pewnym sensie tworzyła „kręgosłup” tej części Kokoszek i przebiegał tędy odcinek niebieskiego szlaku turystycznego. Kierując się na północ, minęłam przystanek autobusowy, a tuż za nim po mojej prawej znajdował się ciąg zbiorników wodnych, które wydawały się jednak znajdować na terenie prywatnym.
Pierwszą z odnóg była Zbąszyńska. Przycupnęłam tam na chwilę, skupiając swoją uwagę na skaczącej przez drogę żabce. Niedługo później odwiedziłam Mirachowską. Tam skusiłam się z kolei na sesję zdjęciową z ostem w roli głównej. Dalej skręciłam ku Barkoczyńskiej. Krajobraz dalej był sielankowy i mało miejski. Gdy wędrowałam chwilę później Będomińską, zauważyłam idące z małym chłopcem (kilkuletnim) dwie starsze panie. Mój widok musiał mu się wydać niecodzienny, bo zawstydził się i schował za jedną z kobiet. Rzeczywiście, spacerując, prawie nikogo nie mijałam, ale każdy „obcy” byłby tu zauważony, o czym miałam przekonać się jeszcze później.




Tymczasem przeszłam znów na granicy lasu, dopatrując się bramek do piłki nożnej gdzieś w zaroślach między posesjami. Już ścieżką pośród drzew dotarłam do granicy powiatów i ulicy Kartuskiej. Zrobiłam nawrotkę, zajrzałam w Sianowską, po czym ruszyłam ulicą Choczewską. Biegła między polami, co ponownie sprowokowało mnie do obfitego fotografowania krajobrazu, a jednocześnie wsłuchiwałam się w cykające świerszcze. Spacer był prawdziwą przyjemnością.
Po powrocie na Smęgorzyńską przekroczyłam ją i weszłam naprzeciw w Miechucińską. Niedługo później skierowałam się na południe, bo zostało tam jeszcze kilka ulic. Pierwszą z nich była Dębogórska. Minęłam przystanek autobusowy i sklep ze stojącym obok niego żubrem, po czym dotarłam do Brodnickiej.
Gdy ponownie ruszyłam na północ, pierwszą do odwiedzenia była Swarzewska. Nieomal naprzeciwko mieściła się króciutka ulica Borska. Była o tyle ciekawa, że wyglądała jakby ktoś miał zapędy do stworzenia tam zamkniętego osiedla. Na wjeździe między zabudowania postawiono ogrodzenie, ale co ciekawe, tylko na chodnikach po obu stronach, a bramy wjazdowej nie było.





Ruszyłam dalej Smęgorzyńską i przy tej okazji odkryłam nowiusieńką ulicę Sulęczyńską, do której na tę chwilę należał dosłownie jeden dom. Dowiedziałam się tego od pana, który zagadał mnie tuż przed. Tak naprawdę najpierw obadał mnie jego psiak, a właściwie suczka.
– Czego Pani szuka?
– Nie szukam. Wędruję ulicę po ulicy. Jak wygląda nie tylko ten turystyczny Gdańsk, a jestem przewodnikiem. Już przeszłam cały kilka lat temu. Patrzę, co się zmieniło. To takie krajoznawcze wycieczki.
– To spokojna, bezpieczna okolica. Żadnych bandziorów. Jak miałem dwa lata, to się przeprowadziliśmy z Karczemek. Tam było gospodarstwo, ale nie było komu robić.
Suczka bacznie obserwowała naszą rozmowę i dreptała cały czas w pobliżu. Śmiałam się, że psiak przyszedł się przywitać pierwszy i mnie obwąchać.
– Od razu się zczaiła, że jakaś obca baba i chciała sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Pan mi przytaknął. Tymczasem rozglądając się wokół, odkryłam wspomnianą Sulęczyńską i skonfrontowałam tę nazwę z mapą. Pana zainteresowało, że mam jakieś „papiery” w ręku:
– Co Pani pisze?
– Nic nie piszę, to jest tylko mapa.
Wskazałam na Sulęczyńską.
– Ale wie Pan, że jej nie ma na mapie?
– To jest nowa ulica. Ledwie jeden dom wybudowany. Na pewno jej na mapie nie będzie. [Aktualizacja 2022: już jest w wersji online]
– Wyprzedziłam mapę – uśmiechnęłam się do swojego rozmówcy.

Rozmawialiśmy około kwadransa i jeśli dobrze go zrozumiałam, pan był z tego samego rocznika, co moja mama.
Wkrótce dotarłam do Kartuskiej, a przejście na drugą stronę przez intensywny ruch samochodowy okazało się niełatwe. Wreszcie kierowcy się nade mną zlitowali i mogłam ruszyć ku ulicy Stokłosy, gdzie mieściła się Szkoła Podstawowa nr 83. Zajmowała ciekawy, bo ceglany 😉 budynek.


Odwiedziłam jeszcze dość żwawym tempem ulice Geodetów, Nowatorów, Cementową i Maszynową. Nim łapałabym autobus powrotny, zależało mi przede wszystkim na uwiecznieniu pomnika upamiętniającego więźniów podobozu Stutthof w Kokoszkach, a samą Maszynową postanowiłam odwiedzić przy innej okazji, ze względu na budynek dawnego dworca. Tymczasem zdążyłam jeszcze spojrzeć na tory z wiaduktu, nim nadjechał pojazd oczekiwanej linii i mogłam udać się w podróż powrotną, by naładować akumulatory przed kolejnym spacerem.


Podsumowanie tego dnia byłoby naprawdę niezłe – pokonałam w kilka godzin niemal 20 km. Z zadowoleniem spojrzałam na mapę, planując już trasy na kolejne dwie wyprawy po dzielnicy. Niewątpliwie moje morale po takim dniu miały się bardzo dobrze!

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej, drugiej i trzeciej wycieczki po Kokoszkach!
