Kokoszki #2 być sobą to znaczy kim?

Drugi spacer po Kokoszkach odbyłam już w towarzystwie. Kolega dojechał z Gdyni, ja z Przymorza, dlatego spotkaliśmy się po drodze, by wspólnym autobusem z Matarni podjechać na ulicę Nowatorów. Wysiedliśmy przy rondzie, skąd skierowaliśmy się zaraz ku kilku mniejszym uliczkom po prawej.

Pierwszą z nich była Okólna, gdzie dopatrzyłam się gdańskich lwów. To zaskakujące, jak często można dostrzec ten motyw, przypatrując się prywatnym posesjom. Tymczasem na skrzyżowaniu ze Zbieżną, naszą uwagę zwrócił drogowskaz, bo był wyraźnie zardzewiały. Na drugim jej krańcu, przy krzyżu, drogowskaz zdecydowanie musiał być nowszy i był w o wiele lepszym stanie. Ostatnią z tych niewielkich (i mimo bliskości lotniska zacisznych) uliczek była Banińska. Po jej odwiedzeniu ponownie wróciliśmy na Nowatorów.

Idąc żwawym krokiem naprzód, póki nie było skrzyżowania, dostrzegliśmy składy drewna po lewej, a nieco w oddali kolorowy autobus i parę naczep ciężarowych po prawej. Pierwszy raz miałam też okazję podpatrzeć ścieżkę dla pieszych, która miała swoją zatoczkę i to wykonaną z kostki, a nie z asfaltu jak ścieżka. Teren w pobliżu był niezbyt gęsto zabudowany.

Do czasu, gdy skręciliśmy w Rakietową, a z niej zajrzeliśmy również w ulicę Kosmonautów. Na szerokiej połaci zieleni wzdłuż tej pierwszej ktoś niekonwencjonalnie „zaparkował” auto – leżało bowiem na dachu. Tymczasem po drugiej stronie ulicy Nowatorów na tej wysokości znajdowały się już ogródki działkowe i ich widok miał nam towarzyszyć jeszcze przez dłuższy czas. Umilaliśmy sobie wędrówkę rozmową i słodkimi przekąskami. Byliśmy jednocześnie dość uważnymi obserwatorami i intrygowały nas nieoczywiste rzeczy.

Przykładem mógłby być przystanek autobusowy na żądanie przy jednym ze zjazdów ku ogródkom, który składał się tylko ze słupka. Pomyślałam, że w takim miejscu przydałaby się ławka, bo często właścicielami takich działek są ludzie starsi i byłoby im lżej, gdyby mogli usiąść. Kolega zasugerował, że pewnie ławkę ukradli, natomiast ja po chwili zauważyłam, że przynajmniej zdemontowali, bo w chodniku ostały się pozostałości wskazujące na to, że ławka w tym miejscu kiedyś musiała stać.

Niedługo później dostrzegłam już kolisty szczyt wieży obserwacyjnej i ucieszyłam się, że jesteśmy coraz bliżej lotniska, tzn. miejsca, z którego da się obserwować jego płytę. Nawet przelatywały w oddali samoloty. Rzuciłam z ekscytacją:

– Widać już lotnisko! O, i są Ryanair’y.

Okazało się jednak, że pomyliłam się, bo różowe barwy były charakterystyczne dla Wizz Aira, ale chwilę później pojawił się także Ryanair i kolega zwrócił mi honor 😉 Jednocześnie byłam pod wrażeniem, że tak doskonale ogarniał różnych przewoźników, jakiego koloru samoloty im odpowiadały – dla mnie była to wiedza tajemna, bo nigdy jakoś szczególnie nie zwracałam na to uwagi.

Dotarliśmy do stanowiska obserwacyjnego Bysewo, naprzeciwko pętli autobusowej przy wjeździe w ulicę Budowlanych. Byliśmy tam w samo południe i spędziliśmy około dziesięciu minut. Nie spotkaliśmy innych osób, podpatrzyliśmy akurat w tamtej chwili mało dynamiczną sytuację przy lotnisku i przyjrzeliśmy się tablicom informacyjnym, które pomagały rozeznać się, co widać z miejsca obserwacji.

Przeszliśmy następnie ku pętli i weszliśmy w ulicę Budowlanych. Już po chwili zaintrygowały mnie biegnące w poprzek drogi stare tory, a po chwili ceglany budynek po lewej. Byłam tak skupiona na zarejestrowaniu tego, że nie zdążyłam zobaczyć przebiegającej sarny, która przestraszona, uciekła zaraz między drzewa. Mój kompan wyraźnie się jednak ożywił, a nawet zawołał do niej:

– Sarenko! Chodź tutaj, sarenko…

Tymczasem patrząc w górę mogliśmy dostrzec jeszcze coś:

– Marionetka – usłyszałam z ust kolegi. – Arionetka – próbował sobie przypomnieć dalej.

– Awionetka? – podpowiedziałam.

Każdemu zdarza się czasem zapomnieć jakiegoś słowa.

Niedługo później zaciekawił mnie jeszcze jeden budynek po lewej z bocznymi oknami zwieńczonymi ostrym łukiem. Po chwili natrafiliśmy na jeszcze inny dom z takimi oknami.

Kolejną nazwę ulicy – Przyrodników, mój kompan kojarzył i nawet zastanawiał się, czy podczas studiów nie byliśmy tu na jakichś terenówkach albo może towarzyszył mi tu już kiedyś, ale zdecydowanie zaprzeczyłam. Gdy dopatrzyliśmy się drogowskazu kierującego do schroniska, wpadł na to, że właśnie tutaj przygarnął swojego kotka. Przed nami ciągnęła się, wydawałoby się, bezkresna droga, otoczona zewsząd polami. Wypatrzyłam jednak motyle, którym poświęciłam krótką sesję fotograficzną.

Zapowiedziałam mojemu towarzyszowi, że czekają nas „łączing i kurzing”, bo chociaż na drodze gdzieniegdzie były kałuże, to każde przejeżdżające auto wzbijało jednak tumany kurzu. Po dłuższym spacerze skręciliśmy w lewo, ku zbiornikowi retencyjnemu.

– I to jest ulica Botaniczna, wyobraź sobie – zaprezentowałam.

– Tu jest jakiś zbiornik.

– Trzeba podejść, bo jest gdańska tablica.

Faktycznie, gdy podeszliśmy bliżej, mogliśmy zauważyć, że nie nadano mu nazwy, ale określono jako „odwodnienie dzielnicy Kokoszki”. Widocznie było to potrzebne, a jednocześnie wyglądało estetycznie. Zbiornik znajdował się na strumieniu i idąc dalej drogą, mimowolnie przeszliśmy na drugą stronę skanalizowanego w tym miejscu strumienia.

Niemal na końcu drogi, na szopie, umieszczono tablicę z nazwą ulicy. Musieliśmy też zejść na pobocze, nieopodal bramy z kurami, by przepuścić ciężarówkę, choć jeszcze chwilę temu wydawało się, jakbyśmy całą bezkresną przestrzeń mieli tylko dla siebie.

– Kici, kici – rzucił kolega.

– Ty robisz kici, kici na kury? – zdziwiłam się.

– A jak się robi? Taś, taś!

– Nie wiem, jakieś cip, cip?

– Cip, cip – podchwycił mój kompan. – Chodźmy. Tu mogą mieszkać ludzie i będą słyszeli moje cipcianie na kury.

Rozbawił mnie tym niezmiernie, choć moje samopoczucie tego dnia miało ewidentnie tendencję spadkową. Skręciliśmy w lewo ku Bysewskiej. Pokonaliśmy ten odcinek bez większych przygód, a ja przystanęłam w sumie tylko na moment, by sfotografować chrząszcza na pniu wśród porostów. Szliśmy asfaltową drogą choć ponownie wśród pól.

Nie mogłabym sobie jednak darować, gdybym nie przystanęła do pamiątkowego zdjęcia z nazwą kolejnej ulicy. Biologiczna była w pewnym sensie odzwierciedleniem mojego „powołania”, części mojej tożsamości i jako biolog musiałam tam po prostu zapozować.

Na Bysewskiej odbiliśmy w prawo ku Grzybowej. W obrębie skrzyżowania mieściły się głównie jakieś zakłady i firmy. Pobocze było mocno zadrzewione, co sprawiało, że wolałam mieć oczy dookoła głowy, by nas nic nie przejechało. Tymczasem mój kompan zwrócił uwagę, że było tu bardzo ładnie, lesiście i rześko od wilgoci, co w sierpniowe wczesne popołudnie nie było niczym oczywistym.

Mijała nas ciężarówka i kierowca zapytał nas o drogę na ulicę Budowlanych. Pomogłam mu jak umiałam, wskazując kierunek i sugerując, że to najwcześniej drugi zakręt, po czym on pojechał w przeciwnym kierunku niż my szliśmy pieszo.

– Dobrze, że nie miałaś mapy – zasugerował kolega (tego odcinka moja mapa nie obejmowała, więc szliśmy na czuja, nieco wspierając się GPS-em w telefonie).

– Właśnie mogłabym mu wtedy lepiej pokazać.

Mnogość polnej roślinności i całokształt krajobrazu prowokowały mnie także i tutaj do szukania kolejnych ujęć i tak dotarliśmy do Żukowskiej, z którą sąsiadowała także ulica Grzybowa. Po ich odwiedzeniu wędrowaliśmy dalej Bysewską.

Wypatrzyłam przystanek autobusowy, choć bez rozkładu, to złożony nie tylko z ławeczki, ale także pełnej wiaty.

– Jak będziemy zawracać, to siądziemy na chwilę na tej ławce, ok? – poprosiłam.

– Ok – zgodził się mój kompan. – Nie jesteś dzisiaj sobą – dodał po chwili namysłu.

Niedługo później odwiedziliśmy Czaplewską. Po drodze wypatrzyłam pasikonika, a już za skrzyżowaniem ciekawe rozwiązanie, które miało skłonić kierowców do zdjęcia nogi z gazu. Ustawiono dwa betonowe żółto-czarne walce, które pozwalały tylko na ruch slalomem pojedynczego auta.

Kawałek dalej dopatrzyliśmy się torów pod nami, co oznaczało, że droga na moment stawała się wiaduktem. Dotarliśmy do ulicy Leźnieńskiej, gdzie mieścił się dom opieki. Niedługo później zawróciliśmy. Kierując się w stronę Kartuskiej widzieliśmy pola i podobny widok roztaczał się, gdy szliśmy już nieprzebytym dotąd odcinkiem ku ulicy Budowlanych. Tam widzieliśmy pustą ramę po banerze reklamowym, tym razem zaś baner „Na sprzedaż”.

– Dołożyli tę płachtę czy tu jest inne pole? – zastanawiał się mój towarzysz.

– Inne – rozwiałam jego wątpliwości.

Zajrzeliśmy najpierw na Biologiczną, sfotografowałam m.in. krzyż przydrożny, po czym podeszliśmy nad zbiornik retencyjny Budowlanych II. Poczuliśmy tam nieprzyjemny zapach, co nie pozostało bez echa dla mojego kompana:

– Gdzie Ty nas znowu wywiozłaś – zaśmiał się.

Przy zbiorniku kolega usiadł na ławce i zaczął czyścić buty mokrymi chusteczkami, wykorzystując czas, gdy ja robiłam zdjęcia. Przystanęłam także nad nim i rzuciłam:

– Daj te buty.

Spojrzał na mnie pytająco.

– Zrobię zdjęcie.

Ustawiliśmy stopy tak, by zmieścić je we wspólnym kadrze. Ponadto zaintrygowało mnie, że przy zbiorniku stała tablica informująca, by się tam nie kąpać, ale także… nie myć samochodów.

Ruszyliśmy poboczem ulicy Budowlanych, mijając kolejne zakłady. Było tam dużo błota, więc nasze buty po chwili wyglądały tak jak wcześniej, przed czyszczeniem. Odbijając ku Maszynowej, minęliśmy tory i nasza rozmowa zeszła na pobliską stację kolejową, właściwie już historyczną. Zasugerowałam, że moglibyśmy tam podejść.

– Chcę zobaczyć te tory – bez wahania stwierdził mój towarzysz.

Gdy znaleźliśmy się na Maszynowej, rozglądałam się po nowym dla mnie terenie (parę lat temu zaglądałam z innej strony) zapytałam swojego towarzysza:

– Byłeś kiedyś w tym miejscu?

– Nie.

Dotarliśmy niedługo później do wspomnianego dworca, po czym ruszyliśmy ku ulicy Nowatorów na przystanek autobusowy. To chyba lubię w wycieczkach najbardziej – odkrywać nowe i pozwalać odkrywać innym.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej, drugiej i trzeciej wycieczki po Kokoszkach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *