Dzień był bardzo ciepły, dlatego postanowiłam wyjść w teren, choć nie mogłam ruszyć z samego rana. Załatwiłam jednak swoje sprawy, po czym z Żabianki ruszyłam na drugą stronę torów. Około 10:30 dotarłam do ulicy Bobrowej w Oliwie i można powiedzieć, że to tam zaczęłam właściwą wycieczkę. Na końcu ulicy po prawej stronie znajdowały się schody, a ścieżka prowadziła na skraj lasu. To tutaj zamierzałam ruszyć leśną drogą ku pograniczu z Sopotem i przejść część gdańskiego odcinka niebieskiego szlaku Kartuskiego.

Oprócz tablicy z mapą ustawionej przez nadleśnictwo, natrafiłam na mniejszą, przyczepioną do drzewa. Sugerowała ona, by przełamać milczenie po zamordowaniu 19-letniej dziewczyny właśnie tu w lasach naprzeciw AWF-u. Przyznaję, że trochę mnie to przestraszyło, choć nie zwróciłam uwagi na datę zdarzenia, więc szłam dość czujnie, nie chcąc popadać w paranoję i rezygnować z wycieczki, ale mając z tyłu głowy, że jednak udaję się sama na wędrówkę przez las.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy znalazłam się już spory kawałek dalej i zobaczyłam niebieskie oznaczenie szlaku. Poza tym zdarzali się biegacze i spacerowicze z psami. Droga w tym miejscu rozwidlała się, ale nie szłam w kierunku Sopotu, lecz musiałam obrócić się i z trzech dróg wybrać tę po prawej, podczas gdy przybyłam tu środkową. Kawałek dalej szlak ostro skręcał w prawo, a że w tym miejscu czułam się jak na tarasie widokowym, zastanawiałam się, co widziałabym za drzewami, które znajdowały się ciut dalej, ale urosły dość wysokie. Uznałam, że twórcy szlaku byli dość oszczędni w oznaczeniach, bo nim znalazłam się na kolejnym rozdrożu, na długiej prostej wypatrzyłam raptem jeden niebieski symbol, ale przynajmniej każdy zakręt był jednoznaczny.

Szlak dwukrotnie ostro skręcał – najpierw w lewo, potem w prawo. Trasa była bardzo fajna, nieskomplikowana, ale ten leśny odcinek zwyczajnie mi się podobał. Na pewnym odcinku szlak niebieski połączył się z zielonym i nie lada ciekawostką było tam dla mnie drzewo, które miało akurat oznaczenia, ale przechyliło się wraz z korzeniem i oparło o sąsiednie. Trafiłam też (i utknęłam na dłuższą chwilę) na pomnik bitwy pod Oliwą, który dawniej upamiętniał postać królowej Prus – Luizy, żony Fryderyka Wilhelma III. Byłam już tu kiedyś, ale i tak czerpałam radość z pobytu w tym miejscu oraz z rozciągających się widoków.

Miałam nadzieję na jeszcze lepsze z Pachołka, mieszczącego się kawałek dalej, ale niestety wieża była w remoncie. Jednak co ciekawe, tuż za nią, obok schodów wiodących ku Spacerowej, znajdował się inny punkt widokowy, oznaczony numerem VII. Tutaj też zatrzymałam się, by chłonąć widoki. Dopiero wówczas pokonałam te setki stopni, by następnie zgodnie ze znakami na Spacerowej lekko odbić w lewo do przejścia dla pieszych.

Za nim szłam już w prawo, najpierw do tablicy z mapą i drogowskazów, a następnie ku ulicy Kościerskiej. Pomyślałam sobie, że spokojnie dotrę do Matemblewa i tam zobaczę, czy będę miała siły ostatecznie wędrować dalej do Kokoszek. Przy skręcie w Kościerską odnalazłam bramę z namalowanym gdańskim herbem, o której pamiętałam po jednym ze spacerów blogerów. Idąc dalej, śledziłam znaki, aż niebieski szlak skręcił ku Kuźni Wodnej, stanowiącej jeden z oddziałów Muzeum Gdańska. Obok znajdowały się tabliczki informacyjne o kuźni i innych obiektach na Potoku Oliwskim, których nie widziałam w tym miejscu wcześniej.

Dalej spacerowałam już ulicą Bytowską, skręcając za kuźnią w prawo. W okolicy Dworu Oliwskiego znajdowały się ogródki działkowe i kawałek dalej szlak nakazywał odbić lekko w lewo w las, przez co spacerowałam niemal równolegle do ulicy, ale nieco wyżej. Tym bardziej absurdalny wydał mi się nagły skręt w prawo, stromo opadający ku drodze, która odchodziła od Bytowskiej – po prawdzie mogłam iść cały czas poboczem głównej drogi.

Po drugiej stronie szlak nagle wiódł ostro w górę i takich stromych podejść było tu kilka, nim teren stał się bardziej równy. Był to wymagający odcinek, ale znajdując się już bardzo wysoko, miałam nie lada satysfakcję 🙂 Dalsza ścieżka okazała się wąska, ale wyraźnie zaznaczona, więc bez problemu dotarłam do miejsca, gdzie chwilowo niebieski szlak biegł razem z czarnym, po czym niedługo później czarny szlak wiódł prosto, a niebieski ostro skręcał w lewo.

Podłoże w tym miejscu było dość błotniste, wyjeżdżone od kół. Pokonawszy dłuższy odcinek wyglądający w ten sposób, natrafiłam na tablicę, z której wynikało, że właśnie przeszłam przez fragment, w którym trwały prace leśne, aczkolwiek ze względu na długi weekend sierpniowy nie natrafiłam na żadne maszyny i bezpiecznie przeszłam ku dalszej części trasy. Być może przegapiłam pierwszą z tablic, zapatrzona na pewnym odcinku w mapę, sprawdzając, gdzie już jestem i szacując, na ile starczyłoby mi jeszcze sił przy temperaturze powyżej 25˚C.

Niepostrzeżenie znalazłam się już na Szwedzkiej Grobli i szczerze powiedziawszy byłam zaskoczona, jak szybko. Chociaż główna droga, pokryta asfaltem, wyglądała kusząco i niemal pokrywała się z kierunkiem drogowskazu, nauczona doświadczeniem ze zwiedzania żółtego Szlaku Trójmiejskiego, rozejrzałam się uważnie i za stertą ściętych drzew znalazłam leśną drogę z niebieskim oznaczeniem.

Droga zwężała się, miejscami była piaszczysta i raczej odsłonięta, więc słoneczko prażyło, ale generalnie szło się dość przyjemnie. Gdy oparłam stopę o kamień, by poprawić buta, wypatrzyłam tam gąsienicę motyla, co samo w sobie już mnie ucieszyło, a i gąsienica należała do całkiem ładnych i urzekających. Z uśmiechem wędrowałam zatem dalej, ciesząc się, ile energii wciąż miałam w sobie.

W okolicy rezerwatu Wąwóz Huzarów częściej mijałam spacerowiczów, a droga była kręta, ale przez to malownicza. Jedno tylko rozdroże nie było oczywiste, dlatego powiedziałam pod nosem do samej siebie:

– Rozdroże. Szukajmy niebieskich znaków – zerknęłam najpierw w prawo. – Jeśli tu ich nie ma, to muszą być tam – spojrzałam tym razem w lewo. – Yhm – były.

Bez większych przygód dotarłam do ulicy Słowackiego. Przejście dla pieszych w tym miejscu nie oferowało świateł, ale było dwuetapowe. Pierwszą część pokonałam bez problemu, bo auta stały w korku, a drugą dlatego, że przejechały ledwie trzy i do tego ostatni z kierowców zatrzymał się, by mi ustąpić. Tablica po drugiej stronie bez wątpliwości nakazywała iść prosto do sanktuarium w Matemblewie.

Droga niby była leśna, ale szeroka i utwardzona, choć po krótkim fragmencie odgrodzona szlabanem. Na drodze zaciekawiły mnie kłody, które miały regularne nacięcia. Mijający mnie pan rowerzysta, zapytał o drogę do sanktuarium. Zasugerowałam, że dojedzie właśnie tędy i że to prosta droga, ale jednocześnie mnie samą zaskoczyło, że ten odcinek pokonałam zaledwie w 10 minut. Jako, że spacerując żółtym szlakiem, poświęciłam kościołowi więcej uwagi, tym razem po prostu skręciłam za nim w prawo, zgodnie ze znakami. Tutaj trzy kolory szlaków łączyły się (żółty, zielony, niebieski), aż dotarłam do rozdroża z tablicą i drogowskazami.

Gdy kontynuowałam wędrówkę lasem zgodnie z niebieskimi szlakami, niemal za skrzyżowaniem dróg zobaczyłam pana z małym chłopczykiem. Maluch nic sobie nie robił z mojej obecności i ze względu na kałuże musiałam przejść bokiem, bo pośrodku chłopczyk z gałązek chciał zbudować bramę dla samochodu-zabawki 😉 Dalej nie było już ani żywej duszy. I znów mile zaskoczona, jak niewiele czasu poświęciłam na dojście, bez większych przygód wyszłam na wysokości stacji Kiełpinek PKM.

Skierowałam się w prawo i niedługo później przeszłam pod obwodnicą. Dotarłam do zbiornika retencyjnego Kiełpinek, który już kiedyś mnie urzekł i nie wiem, czy nie był nawet bardziej malowniczy wtedy o ósmej rano niż teraz wczesnym popołudniem. Szlak prowadził ku ulicy Sąsiedzkiej, skąd odbiegał także czarny, więc kolejny odcinek ku pierwszym ulicom Kokoszek pokonywałam odcinkiem wspólnym dla dwóch szlaków. I wiedząc, że następnym razem będę tędy szła, tylko w drugą stronę, uznałam, że czas kończyć wędrówkę z Żabianki do Kokoszek i przez ulicę Metalowców wyszłam na Nowatorów. Z powodu remontów znalezienie właściwego przystanku dla autobusu powrotnego było nieintuicyjne, ale doczekałam się odpowiedniej linii i zmęczona ciepełkiem, ale pełna satysfakcji wróciłam do siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *