Lato nie rozpieszczało tego roku. I chociaż wolałabym spacer w słońcu i temperaturze chociaż 20°C, to szkoda mi było każdy dzień wolny przesiedzieć w domu i po kilku deszczowych dniach ten jeden bez zapowiadanych opadów, choć pochmurny, postanowiłam jednak spędzić w terenie.
W planach miałam jeszcze kilka gdańskich szlaków, ale najpierw chciałam dokończyć żółty – Trójmiejski. Poprzednio skończyłam w okolicy przystanku autobusowego Harfowa, dlatego tym razem podjechałam tu autobusem, by zacząć wędrówkę. Na końcu ulicy Harfowej znajdowało się wejście do lasu. Początkowo biegły tu dwa szlaki, a moją uwagę zwrócił jedynie dreptający chrząszcz i przydrożna ławka.




Dalej szlak żółty biegł już samodzielnie, a ja co jakiś czas przystawałam, śledząc znaki, aby uwiecznić je na zdjęciu wraz z leśnym krajobrazem. Gdy ruszałam po jednym z takich postojów, zza pleców nagle wyjechał mi rowerzysta, którego podjazdu wcześniej nie było słychać. Dalej obyło się bez przygód, a po pewnym czasie zobaczyłam przecinającą drogę „rzeczkę”.
Zgodnie z żółtą strzałką ruszyłam niedługo później w lewo, a ze wzniesienia zjechał dość prędko inny rowerzysta, któremu przezornie zeszłam z drogi. Gdy zobaczyłam, co mam przed sobą, pomyślałam:
– Aha! Będzie jak w górach 😉
W sumie nie przeszkadzało mi to tak bardzo, ale faktycznie tego dnia miałam kilka solidnych podejść. Na trasie zaintrygowało mnie drzewo, które było bardzo poszkodowane przez los i w ostateczności miało doprawdy nietypowy jak dla mnie kształt pnia, który z niego pozostał.
Niedługo później musiałam pokonać błotko i zrobiło się głośno.
– Czyżbym była blisko obwodnicy? – zastanawiałam się i faktycznie nawigacja zgadzała się z tym stwierdzeniem.






Przecięłam ubitą drogę, wędrując dalej na wprost. Drugi raz trafiłam na pierwszego z rowerzystów. Szybko jednak zniknął z pola widzenia, a ja w swoim tempie kontynuowałam marsz. Zobaczyłam małe „bajorko” pośrodku drogi, które zaciekawiło mnie swoją roślinnością. Droga falowała, a gdy ponownie kazała skręcać w prawo, uznałam, że mam w tym miejscu dość ciekawe światło.
Z moją drogą kawałek dalej łączyła się błotnista droga, biegnąca u stóp solidnego wzniesienia. Znajdujące się tuż za połączeniem dróg drzewo po lewej wydało mi się ciekawe, bo miało gałąź niczym łapa z pazurami. Po chwili kolejny raz pomyślałam, że ci rowerzyści to są szaleni, ale tym razem jak pan śmignął, to mi chociaż gestem dłoni podziękował, że zeszłam na bok. Po drodze zastanawiałam się, czy tu w dole mogła biec rzeka? Według mapy byłam prawie w Dolinie Zajączkowskiego Potoku, więc niewykluczone.
Wkrótce wyszłam na Węglowej drodze i podeszłam pod drogowskaz, ostatecznie kierując się w lewo. Nie szłam do Diabelskiego Kamienia, bo miałam okazję już go widzieć, a kierunek był przeciwny. Za to idąc szeroką drogą, poczułam nawet lekko promienie słońca, a do tego wypatrzyłam głaz z nazwą drogi ustawiony przez nadleśnictwo.







Chwilę później pomyślałam, że takie niepozorne to zejscie z Weglowej Drogi. Znaki wiodły w prawo, ponownie w las. Bez większych przygód pokonałam dłuższy odcinek, ale zaciekawił mnie szałas i przecinające się gałęzie ułożone nieopodal, wyglądały bowiem jakby miały ułatwić przejście przez być może grząski teren.
Niedługo później znalazłam się na skrzyżowaniu dróg. Prosto biegł szlak czarny, a ja musiałam skręcić w lewo, aby przebyć odcinek, gdzie szlaki żółty i czarny szły razem. Trwało to dość długo i co jakiś czas podchodziłam coraz wyżej, aż dotarłam do Wzniesienia Marii. Tam szlaki ponownie się oddzielały a ja ruszyłam jeszcze na poszukiwania Kamiennej Twarzy, zgodnie z odrębnym drogowskazem, co nie było wcale takie bezproblemowe. Będąc na wzniesieniu, zobaczyłam jeźdźca na koniu, co było dla mnie niespodziewane.











Dalej ruszyłam żółtym szlakiem, co jakiś czas schodząc w dół, aż znalazłam się przy drogowskazie w Dolinie Ewy. Obok tabliczka informowała o istnieniu rezerwatu w tym miejscu, ale droga za nią wiodła ku Oliwie, a mnie interesował przeciwny kierunek.
Choć w Dolinie Ewy drogowskaz kierował w lewo, przez dłuższy odcinek nie zobaczyłam ani jednego żółtego znaku. Tyle, że droga była prosta. Uznałam, że trudno, idę za drogowskazem, gdzieś przecież muszę dojść. Wreszcie zaczełam słyszeć auta – podejrzewałam, że z obwodnicy. Gdy wreszcie zobaczylam inny znak niż ten dla rowerzystów, było to oznaczenie drogi Św. Jakuba, która, o ile dobrze pamiętałam, prowadziła również przez Owczarnię.






Wyszłam w okolicy kamienia granicznego Wolnego Miasta Gdańska, gdzie już kiedyś byłam, choć zabudowa wokół wydała mi się gęstsza niż ją pamiętałam. Rozejrzałam się i zagadałam do pana, prawdopodobnie mieszkańca:
– Przepraszam, Pan mi powie, czy ja dobrze kojarzę, że tam jest przejazd przez obwodnicę, a tam to się idzie koło ogródków na centrum handlowe?
– Bardzo dobrze Pani kojarzy.
– Żółty szlak robiłam i GPS mnie zmylił, pokazuje mi dziś ciągle kierunki odwrotnie… [jakbym szła w kierunku Oliwy, choć szłam na Owczarnię], a nie widziałam żadnej innej drogi. [po analizie zdjęć w domu już wiem, że za drzewami po drugiej stronie drogi była jednak ścieżka w lewo pod skosem, ale zdecydowanie mniej wydeptana, więc skręciłam główną drogą na pewniaka]
– Właśnie z Polski wracam, w oznaczeniach taki bałagan jest, tu też Owczarnia, a na nawigacji ten kawałek to wciąż Kościerska, ostatnio nam tirem wjechali. Dobrze, że Pani chociaż tutejsza, to się Pani odnalazła.
Po krótkiej rozmowie ruszyłam w kierunku CH Osowa, a za nim znajdował się przystanek autobusowy. Drogowskaz na żółtym szlaku stał nieopodal (tu planowałam kończyć), ale nie widziałam nigdzie namalowanych znaków. Tymczasem jednak rozsiadłam się na przystanku i czekałam na autobus linii 171, którym dojechałam do Iławskiej.


Wysiadłam i ruszyłam przez Gnieźnieńską czarnym szlakiem Źródła Marii na północ. Myślałam, że dotrę do granicy z Gdynią, ale musiałam ją przekroczyć, bo planowałam jeszcze dotrzeć do Góry Studenckiej wysokości 180,1 m, a zatem najwyższego wzniesienia w Gdańsku. Szlak wiódł już za zabudową mieszkalną, zatem przekroczyłam granicę miast. W związku z tym, że tabliczka była na granicy ogrodzonej posesji, wychyliłam się tylko, by ją uwiecznić i zawróciłam aż do głównej drogi.





Następnie weszłam w Chełmińską i muszę przyznać, że tutaj znaki przydałyby się częściej, szczególnie, że od tej ulicy odbiegały boczne. Ostatecznie dotarłam do granicy z Chwaszczynem, na ostatnim odcinku nie wypatrując żadnego czarnego oznaczenia szlaku. I znów zawróciłam i ruszyłam pieszo w stronę przystanku Barniewicka, bo autobusy były sporo pospóźniane, a korek na tyle duży, że szłam niewiele wolniej od aut. W drodze powrotnej udało mi się opisać całkiem sporą część spaceru i już zastanawiałam się nad terminem na kolejny 😉




