Zwiedzanie Matarni podzieliłam podobnie jak kilka lat wcześniej na dwa obszary, niemalże identycznie jak wtedy. Na jedną z tych wycieczek zaprosiłam kolegę, który podczas moich pierwszych wędrówek po Gdańsku był absolutnym rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę spacerów, w których uczestniczył (14 z 92). Miał wówczas okazję obejrzeć ze mną także część Matarni, dlatego obecna wycieczka stanowiła uzupełnienie o te dotąd niepoznane przez niego miejsca.
Spotkaliśmy się już na Zaspie i mój towarzysz zaproponował przejazd Traficarem. Zaparkowaliśmy przy Radarowej i to tam zaczęła się właściwa wędrówka. Kolega zauważył, jak wiele zmieniło się przez tych parę lat:
– miałam laminowaną mapę
– nie rysowałam już trasy po wydruku z Google Maps 😉
– miałam dla każdej dzielnicy wydrukowany wykaz ulic i po powrocie ze spaceru notowałam numerki przy kolejno przebytych ulicach
To wszystko nie byłoby możliwe, gdybym nie przeszła całego miasta już wcześniej i nie rozwinęła się podróżniczo także poza nim. Po pierwsze laminowana mapka zdecydowanie wykazywała się większą odpornością na warunki atmosferyczne. Po drugie wykaz ulic z publikacji Urzędu Miejskiego pozwolił mi kierować się oficjalnymi podziałami administracyjnymi i dawał przestrzeń do notowania. Po trzecie, nie musiałam tego robić zawsze w terenie, bo już go znałam i wystarczająco pamiętałam tę kolejność po powrocie do domu (niektóre fragmenty tras pamiętam nawet po dłuższym czasie), by ponumerować ulice, a anegdotki nagrywałam w trakcie na dyktafon.

Wracając do tej konkretnej wycieczki, po zaparkowaniu przy Radarowej, skierowaliśmy się ku Słowackiego, mijając przy tym sklep spożywczy, zaczepnego psiaka za ogrodzeniem jednej z posesji, a także ulicę Zenitową, którą odwiedziliśmy. Odniosłam wrażenie, że przybyło tam zabudowań. W momencie, gdy ja się rozglądałam, kolega załatwiał przez telefon jakieś formalności związane z błędem w aplikacji do wynajmu aut. Gdy każde z nas ogarnęło swoje interesy, ruszyliśmy dalej.
Na wysokości Słowackiego przeszliśmy na światłach, po czym skręciliśmy w prawo. Zaskoczył mnie widok fragmentu torów kolejowych. Gdy weszliśmy chwilę później w Szybowcową, okazało się, że trwa tam budowa linii kolejowej i prawdopodobnie peronu. Przewidziano również tunel pod torami, my jednak zobaczyliśmy tylko schody w dół, do których nie podchodziliśmy bliżej, więc nie wiedzieliśmy, czy tunel jest już gotowy i drożny.



Gdy odwiedziliśmy Śmigłową, a przy rondzie przeszliśmy na prawą stronę, by zmierzać w kierunku lotniska, rozmawialiśmy o moim marzeniu, by wrócić do tematu książki po Gdańsku. Zamiast relacji z podróży, która bardziej pasowała do publikacji na blogu, pomyślałam o stworzeniu „przewodnika po Gdańsku, jakiego jeszcze nie było” – to hasło wydało mi się nawet niezłym hasłem reklamowym, a jednocześnie wiem, że forma, która kiełkowała w mojej głowie nie wpadła mi dotąd w ręce, więc widocznie nie było jej jeszcze na rynku.
Gdy podeszliśmy bliżej lotniska, zobaczyliśmy kolejkę PKM na peronie. Tych parę lat temu jeszcze nie kursowała. To niesamowite, jak szybko miasto może się zmienić. Najpierw podeszliśmy pod słynny napis „Gdansk Lech Walesa Airport”, po czym weszliśmy odwiedzić wnętrza. Te też zostały zaaranżowane odmiennie w stosunku do tego, jak wyglądały kilka lat temu i potrzebowałam chwili, by znów się odnaleźć. Namierzyłam figurkę Lwa Heweliona, mojego ulubieńca i dłuższą chwilę poświęciliśmy sesji fotograficznej z rzeźbionym dzikim kotem 😉 Zaciekawiły mnie także kolorowe linie poprowadzone w różnych kierunkach. Jak się chwilę później okazało, odpowiadały różnym środkom transportu, które mógłby wybrać podróżujący po wylądowaniu na gdańskim lotnisku.
Niedługo później wspięliśmy się po schodach na peron PKM. Akurat odjeżdżał kolejny pociąg.
– O! Jakie miłe, że tu jest też [napisane] Braillem – doceniłam informację dla niewidomych umieszczoną przy schodach. Prezentowała, jak wygląda stacja.







Ruszyliśmy w dalszą wędrówkę ulicą Spadochroniarzy. Wkrótce pojawiło się skrzyżowanie z Azymutalną. Spacerując tą drogą, dostrzegliśmy ładny, łąkowy krajobraz z ławeczką ustawioną wzdłuż chodnika. Zrobiłam parę zdjęć, po czym najpierw kolega, a później ja oddaliśmy się błogiemu lenistwu, pozując przy tym jednocześnie do zdjęć i chwytając promienie słońca. Osobiście nawet się położyłam na ławeczce, a kolega zasugerował, by użyć plecaka niczym poduszki. Wczułam się, zamknęłam nawet oczy i śmiałam się, że jak wyjadę, to wrzucę takie zdjęcie z napisem „Czas na urlop” 😉

Podeszliśmy do miejsca, gdzie ulica zakręcała ku biurowcom. Zaskoczył nas też widok pustej taksówki w tym miejscu, uznaliśmy jednak, że może pan „poszedł na stronę” i zawstydziłby się, że podchodzimy, więc przy zakręcie zawróciliśmy i dalej szliśmy ulicą Spadochroniarzy.
Kolejna na naszej trasie była ulica Klukowska. Gdy zauważyliśmy stamtąd wieżę obserwacyjną, mój kompan tłumaczył mi, że obsługa wieży mówi pilotom, kiedy mogą lądować, startować, a kiedy trzeba poczekać, aby na płycie lotniska wszystko grało i nikt się nie zderzył.


Krajobraz wokół był sielankowy. Dotarliśmy bez przygód do ulicy Satelitarnej. Wyszliśmy na Radiową w okolicy zarośniętego przejazdu kolejowego. Pamiętałam, że już tych parę lat temu kadr wydał mi się malowniczy. Tymczasem jednak po wykonaniu zdjęć nie przekraczaliśmy torów, lecz poszliśmy w stronę przeciwnego krańca ulicy Radiowej. Szliśmy pod słońce, po swojej prawej mając szerokie połacie pól z zabudową w oddali. Dotarliśmy do bardziej gęstej zabudowy. Na jednym ze słupów znajdowało się bocianie gniazdo, ale to nie ono zwróciło uwagę mojego towarzysza:
– Boćki, boćki, do domu.
– Przecież są w domu – zauważyłam, mając na myśli wspomniane gniazdo.
– Jeszcze są cztery na polu – kolega wskazał dłonią na lewo.
– Ciekawe, czy są prawdziwe – wyglądały bowiem niczym figurki.
– Tak. Lewy dolny się ruszył – dodał baczny obserwator 😉


Minęliśmy przydrożny krzyż i dotarliśmy do skrzyżowania z ulicą Telewizyjną. Na skrzyżowaniu mieściła się spora posesja, gdzie wybiegały się kury. Na ogrodzeniu zawieszono ogłoszenie o sprzedaży jaj. Drobiu było sporo i od razu przykuło to moją uwagę:
– Ooo! Kurki <3 I udawany pies je pilnuje.

Rzeczywiście, na posesji ustawiono [tym razem figurkę] psa. Teren wydawał się bardzo przestrzenny, bo większość zajmował trawnik, a dopiero z tyłu mieścił się dom i zabudowania gospodarcze. Idąc dalej na wprost, zwróciliśmy uwagę na niebo:
– Patrz, jakie klimatyczne zdjęcie – powiedziałam, pokazując koledze uchwycony kontrast kolorów nieba i chmur.

Zauważyłam jednak kropkę od świecącego słońca w kadrze, dlatego przemieściłam telefon i zrobiłam drugą fotografię.
– Czekałam, aż ta kropka wejdzie w słońce.

Dotarliśmy do ulicy Internetowej, a w okolicy mieściły się, nieobecne w moim wykazie, ulice Komputerowa oraz Filmowa. Dalsza trasa wzdłuż nich nie obyła się bez dyskusji na temat budownictwa, do czego skłoniła nas różnorodność brył domów, kształtów dachów czy sposobów aranżacji posesji, ale również fakt, że mój towarzysz zauważył, że jeden z budynków pokrywał eternit, co otworzyło dyskusję o szkodliwości azbestu używanego kiedyś przy dachach.
Nie zabrakło też przygód. Zatrzymałam się na poboczu przy krzewie czarnej porzeczki. Dla mnie był to jeden ze smaków dzieciństwa. Zjedliśmy po jednej – porzeczki były jeszcze nie do końca dojrzałe i okazały się kwaśne. W tym czasie koło nas przejechało auto na blachach CWL i kierowca zatrąbił na nas. Stanęłam w konsternacji, bo rejestracja nie była mi znana, a i kierowcy nie udało mi się dojrzeć, bo niemal nigdy nie dostrzegam twarzy w aucie. Gdy jednak kilkadziesiąt metrów dalej kierowca zatrąbił również na nastolatka, który po prostu sobie szedł, a ten był równie zaskoczony jak ja i nawet podobnie rozpostarł ręce, nawet nas ta sytuacja rozbawiła.


Zajrzeliśmy we wspomnianą Filmową, a kawałek dalej przeszliśmy przez tory. Idąc dalej, minęliśmy wystającą na poboczu pustą w środku rurę, która wyglądała niczym peryskop, choć nie miała soczewek ani luster. Wkrótce znaleźliśmy się ponownie na Radarowej, w okolicy obwodnicy. Szliśmy wzdłuż niej przez pewien czas, docierając do ogródków działkowych. Przy skrzyżowaniu z innym krańcem Zenitowej niż ten poznany na początku, ustawiono przydrożny krzyż. Teren nie przynosił na ostatnim odcinku wielu przygód, co sprzyjało rozmowom. Mój towarzysz zajrzał do aplikacji i pokazał mi porównanie, że robił po 1500 kroków / metrów codziennie, pracując zdalnie, a spacer ze mną pokazał się na ekranie niczym nagły pik i przekroczyliśmy już wartość 8000.


Niedługo później dotarliśmy do ulicy Synów Pułku. Kojarzyłam ją od paru lat z warszawskim odpowiednikiem (nazwa przystanku) i pamiętałam, jak odkrywszy potem właśnie gdańską ulicę i umieszczony na skrzyżowaniu upamiętniający patronów głaz, wreszcie dowiedziałam się, kim owi Synowie Pułku byli. Z bardziej przyziemnych kwestii zauważyłam, że światło niekoniecznie było optymalne do zdjęcia i pomyślałam, że jeśli faktycznie uda mi się napisać książkę, to po jej napisaniu zaktualizuję przynajmniej niektóre kadry, wiedząc już, które tak naprawdę będą mi potrzebne w tym celu.
Tymczasem podążając dalej, minęliśmy sklep, nieduży zbiornik wodny oraz kolejny pomnik w formie głazu. Ten z kolei upamiętniał mieszkańców zamordowanych w Lasach Piaśnickich.


Wędrując dalej Radarową, minęliśmy Szkołę Podstawową nr 82, a następnie trafiliśmy na ulicę Wiłkomirskiego. Po jej odwiedzeniu pokusiliśmy się o wspólną fotkę w przydrożnym lusterku, po czym weszliśmy naprzeciwko, w ulicę Ikara. Z niej skręciliśmy w Dedala, którą to drogą trafiliśmy na Wojnarskiego. Ostatecznie ponownie wyszliśmy na Radarowej. Został już tylko krótki odcinek do pokonania. Przynajmniej w tym miejscu 😉


Weszliśmy w ulicę Astronautów, dochodząc do skrzyżowania z Zenitową i mijając po drodze kolejny krzyż tego dnia. Wróciliśmy do auta, które (choć minęły niemal trzy godziny) wciąż czekało na nas w tym samym miejscu. I choć położenie ulicy Teleskopowej, która nam pozostała, pozostawiało wiele do życzenia pieszym, przy użyciu auta mogliśmy łatwo tam dotrzeć, choć nie bez przygód. Nawigacja poprowadziła nas w pewnym momencie przez polne ścieżki, z wybojami i zjazdem w dół w kierunku wody. Cali, zdrowi, z kilkoma przystankami na super widoki po drodze, odwiedziliśmy ostatnią z zaplanowanych ulic i wróciliśmy w swoje strony.



Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Matarni!
