Olszynka – wspomnienie gdańskich początków

Na kolejną wyprawę zabrałam koleżankę. Choć ostrzegałam ją, że wycieczka nie będzie należała do najkrótszych, bo planuję przejść naraz całą dzielnicę, a rejon będzie mało „miejski”, spośród kilku propozycji wybrała właśnie Olszynkę. Dzień był wyjątkowo ciepły, więc i ubrane byłyśmy stosownie do pogody. Spotkałyśmy się na przystanku Akademia Muzyczna, gdzie złapałyśmy autobus linii 178.

Trasa przebiegała nieco inaczej niż pamiętałam to z pierwszego roku studiów, gdy właśnie na Olszynce miałam swoją pierwszą stancję. Wysiadłyśmy na przystanku Maki i z takim zacięciem fotografowałam otoczenie już na dzień dobry, że zakręciłam się, gdzie zamierzałam kierować się najpierw. Zreflektowałam się jednak w porę, żeby niczego nie ominąć. Z ulicy Osiedle przeszłyśmy na Wąskotorową, gdzie pokusiłam się o zdjęcia mostu, ale zrobiłyśmy nawrotkę przez ulicę Maki ku Słonecznikowej. Po drodze natrafiłyśmy na posesję, gdzie na każdym z filarów ogrodzenia widniała figura lwa. Nie omieszkałam zapozować. Niemal naprzeciw niezwykle zaciekawił mnie budynek ze ścianą pokrytą rurami.

– Jak dużo rur! – zakrzyknęłam.

Industrial – skomentowała moja towarzyszka.

Nie przeszłam obojętnie również wobec budynków z cegły. Natomiast kawałek dalej to moja towarzyszka skupiła wzrok na konkretnym domu:

– A la biurowiec.

– Wygląda trochę jak w Simsach – odparłam, sugerując się ciemną kostką zestawioną z bielą pozostałych ścian.

Choć zarysowałam wcześniej swojej towarzyszce moje wycieczkowe zasady działania, uznałam, że warto rozwinąć wątek:

– Nie wiem, czy Agatka Ci mówiła, ale robię notatki po drodze. Ale do książki nie trafi nic wbrew Twojej woli. Większość tych zapisków jest tak naprawdę prywatna, a na bloga będziemy się dogadywać.

– 20% – rzuciła nagle, wybuchając śmiechem.

– W takim razie nie wiem, czy stać mnie na tę książkę – również się roześmiałam.

Na ulicy Maki spostrzegłyśmy jeszcze okno, w którego ramie umieszczono kilka szybek, a środkowej brakowało. Określiłyśmy to zjawisko jako „przewiewne okno z dziurą”. Kolejna ulica, Słonecznikowa, kojarzyła się raczej z łąką niż z ulicą. Chwilę później zajrzałyśmy w końcowy odcinek ulicy Zielnej, ale nie wchodziłyśmy na tym etapie dalej, by nie ominąć Żarnowieckiej. Po drodze naszą uwagę zwróciła jedynie zawieszona na drzewie opona, mająca pełnić rolę huśtawki.

W ten sposób dotarłyśmy ostatecznie do ulicy Zawodzie. Rozpoczynała się przy moście, biegła wzdłuż wody i miała całkiem równą, asfaltową nawierzchnię. Zeszłyśmy z niej na krótką chwilę. Przespacerowałyśmy się przez ulicę Łęgi, zawracając jednak przez Zielną i Dworkową ponownie ku wodzie. Przeczytałam w oddali odwrócony napis:

– Hy-dro-bu-do-wa.

Tymczasem uwagę koleżanki zwróciła przelatująca z pomocą wiatru gałąź, co skomentowała:

– Dziki Zachód.

Znalazłyśmy się przy znaku ostrzegawczym „Piesi na jezdni”. Podeszłyśmy do murku od strony wody, bym zrobiła zdjęcia, ale na widok znaku postanowiłyśmy zrobić sobie także wspólne zdjęcie, stając na krawężniku, by nic nas nie przejechało w razie czego. Akurat wówczas pojawiło się jakieś auto z naprzeciwka, a kierowca spojrzał na nas z wyraźną dezaprobatą. O tej porze odcinek nie wydawał się szczególnie uczęszczany, a dla pieszych przewidziano chodnik, ale mimo to ustawiono spowalniacze, nakazujące kierowcom pokonywać jeden z fragmentów drogi slalomem. Kawałek dalej zaskoczyły mnie dwie rzeczy – przepompownia wody jakby w ramach prywatnej posesji oraz obecność przy tej ulicy hostelu. Niby Olszynka sąsiadowała ze Śródmieściem, ale nigdy nie kojarzyłabym jej jako bazy noclegowej. Może ze względu na charakter lokalnej zabudowy i swoje własne wspomnienia związane z dzielnicą.

Przekroczyłyśmy tory, szczęśliwie nie musząc czekać na to, aż przejedzie pociąg. Często kursowały tędy towarowe nawet o kilkudziesięciu wagonach. Za torami biegła ulica Niwki. Tą trasą kursował autobus przez Olszynkę. Po drodze, którą my niezmiennie przebywałyśmy pieszo, zaciekawiło mnie kilka rzeczy. Ogrodzenie z betonowej płyty odgradzało tory od asfaltowej drogi, a za nimi znajdował się jakiś budynek kolejowy, wystawał jednak tylko jego czubek. Z kolei przy numerze jednej z posesji zawieszono… rower. Większość trasy przebiegała jednak wzdłuż sielankowych zielonych połaci przeplecionych kwitnącymi kwiatami (i chwastami ;)), z domami w tle.

Na krańcu drogi znajdowały się ceglane budynki wyglądające na starsze. Za ostatnim po prawej wyłonił się wiadukt nad torami i namówiłam swoją towarzyszkę, byśmy się tam „wdrapały”. Widoki z góry były tego warte i nawet wagony na torach wkomponowały się całkiem ciekawie w krajobraz. Po przeciwnej stronie wiaduktu znajdowały się domy i szklarnie.

Ciekawe były jednak nie tylko odleglejsze widoki. Wiadukt stał się „płótnem” grafficiarzy i dostrzegłyśmy tam wiele „scenek rodzajowych”, w tym jakąś z postaciami, spośród których kluczową wydawał się biskup. Dopatrzyłyśmy się haseł kibicowskich oraz wielkiej strzykawki.

Miejsce mogło być też miejscem schadzek, bo pod nogami walały się puszki i butelki. Jedna z puszek została poruszona przez wiatr.

– Piękne dźwięki otoczenia – rzuciłam z lekkim przekąsem.

– Dźwięki natury – odpowiedziała mi koleżanka.

– Nie, bo to Tyskie, a nie Żubr.

[lokowanie produktu niezbędne dla zachowania sensu wypowiedzi]

Po zejściu z wiaduktu odwiedziłyśmy bez większych przygód ulice Błońską, Żurawią i Modrą. Spacerując Gęsią, ponownie czułam, jakbym cofała się w czasie do pierwszego roku studiów, aczkolwiek debata z moją towarzyszką sprawiła, że wspomniałam jeszcze dalszą przeszłość. Wyobraziłyśmy sobie potencjalne spotkanie autorskie podczas promocji książki. Przypomniało mi to moment, gdy miałam roczek i według tradycji miałam wybrać przedmioty z pewnej puli jako wróżbę przyszłości dziecka. Jednocześnie chwyciłam długopis i monetę, co koleżanka zinterpretowała ze śmiechem, że książka na pewno okazałaby się sukcesem finansowym.

– Kiedy zdała sobie Pani sprawę z tego, że chce Pani zostać pisarką? – moja towarzyszka przybrała dziennikarski ton.

– Ja tego nie mogę pamiętać, ponieważ mój hipokamp jeszcze nie był rozwinięty… – nawiązałam do wiedzy neurobiologicznej koleżanki. – Ale! Mama mi opowiadała! – odparłam, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem.

Tymczasem na drugim końcu ulicy Gęsiej znajdował się przystanek autobusowy, na którym wsiadałam przez te trzy miesiące wynajmowania pokoju na Olszynce. Kursy realizowane były niejednokrotnie co pół godziny lub nawet co godzinę. Szczególnie odczuwałam to w piątkowe poranki, gdy już po 6:00 musiałam łapać autobus, by zdążyć na pociąg do Gdyni, gdyż Wydział Biologii nie znajdował się jeszcze wtedy w jednym miejscu, na oliwskim kampusie. Choć zapamiętałam to miejsce inaczej, usiadłam na ławeczce i próbowałam przywołać w pamięci widoki z naprzeciwka. Przystanek nie miał wiaty. Była tylko ta ławeczka, na której teraz rozsiadłam się, pozując do zdjęcia w jakże odmiennych warunkach. Już nie z konieczności, w zimowych ciemnościach, ale podczas relaksującej wycieczki, wystawiając odsłonięte nogi do słońca. Wydawało mi się, że w przeszłości była tu jeszcze tabliczka z oznaczeniem przystanku i rozkładem jazdy, ale pamięć bywa zawodna.

Za to gdy przeszłyśmy Łanową, niemal naprzeciwko posesji, gdzie wynajmowałam pokój, znajdował się przystanek na żądanie.

– Gdyby był, jak tu mieszkałam, to bym żądała – stwierdziłam, choć autobus kursował tu raczej w przeciwnym kierunku.

Kiedyś jednak musiał zawracać. Niedługo później zobaczyłyśmy autobus oznaczony jako kursujący do punktu „Olszynka Niwki”.

Na Łanowej, poza budzącą wspomnienia posesją, minęłyśmy boisko do piłki nożnej, zlokalizowane pośród kwitnących na żółto łąk. Były tam również szklarnie i obsiane pola, z których można było już zbierać niektóre warzywne plony. Niezwykle intrygował mnie też najniższy punkt Gdańska (-0,7 m p.p.m.) i zgodnie z GPS-em dotarłyśmy w jego najbliższą okolicę przez boczne od Łanowej dróżki, ale niestety, rozciągały się tam tylko pola, a samego punktu nie oznaczono żadną tabliczką. Mogłyśmy tylko orientacyjnie stwierdzić, kiedy się tam znalazłyśmy.

Zawróciłyśmy przez Łanową do ulicy Błońskiej. Chwilę później przeszłyśmy (ponownie szczęśliwie nie trafiając na moment przejazdu pociągu) przez tory. Znalazłyśmy się na ulicy Ścieżki, w którą weszłyśmy. Biegła wzdłuż torów, ale była od nich osłonięta. Za przystankiem skręciłyśmy w ulicę Stokrotki, którą tworzyły dwie prostopadłe do siebie części. Idąc tak, jak biegła, odbiłyśmy chwilę później w lewo. Napotkałyśmy tam nieufnego kota i ciekawego psiaka, który przysiadł blisko ogrodzenia swojej posesji. Za sklepem spożywczym, na skrzyżowaniu, kolejny psiak był zaciekawiony naszą obecnością. Przez moment myślałyśmy nawet, że nas kawałek poprowadzi.

Odwiedziłyśmy najpierw ulicę Szarotki, potem Altanki. Przy tej pierwszej moją uwagę skupił stojący przy drodze, poza posesją, kranik z wodą, na którym zawieszono konewkę. Woda lała się do wnętrza, aż zaczęła się przelewać dzióbkiem. Stanowiło to dla mnie na tyle ciekawy widok, że postanowiłam to sfotografować. Nawet się nie spostrzegłyśmy, gdy podeszła właścicielka obiektu:

– Fascynujący widok? – zapytała pani.

Roześmiałyśmy się, że tak. Kobieta zapytała, czy już zrobiłam zdjęcie, bo chciałaby zabrać konewkę. Zaciekawiło mnie, że w ogóle nie zdziwiła się, że zastała nas podczas wycieczki w tak nieoczywistym miejscu.

Kawałek później przyglądał się nam kolejny psiak. Tymczasem my wkrótce dotarłyśmy do małego mostka nad rowem i wyszłyśmy w okolicy sklepu spożywczego. Zajrzałyśmy do środka, bo uznałyśmy, że to świetna okazja, by zrobić sobie przystanek na lody 🙂 Żeby mieć wolne ręce, skupić się na przekąsce i zrelaksować, faktycznie nie szłyśmy dalej, ale przysiadłyśmy na chodniku naprzeciwko aż do końca konsumpcji. Śmiałam się, że klimacik wokół był ciut wiejski, przy czym mijałyśmy głównie psy i koty. Z Majowej usłyszałyśmy jednak pianie koguta.

Kontynuowałyśmy wędrówkę wspomnianą ulicą Altanki, a następnie Bratki, Jelinki, Letnią i Majową. Natrafiłyśmy na posesję z drewnianą szopą, obok której zaparkowano czerwony pojazd z „kogutami” na dachu. Zastanowiło mnie, czy to jakaś forma wozu strażackiego, szczególnie, że opisano go literami OSP, aczkolwiek kształtem przypominał dostawczaka. Nie mogłam również przejść obojętnie obok posesji, w której bramę wjazdową wkomponowano herb Gdańska.

Odwiedziłyśmy Miodową, Sierpową, a następnie Wilgi. Na Pasiecznej zobaczyłyśmy ciekawą posesję, która miała dwie furtki. Ta bardziej w głębi stanowiła część ogrodzenia, druga stała samotnie bliżej drogi.

– O co chodzi z tą furtką? – zastanawiałam się. – O, a tu jest kawałek ogrodzenia dalszy, więc może po prostu [teren] był kiedyś większy, a teraz ktoś oddał ulicy kawałek swojego terenu. „Logiczne” – podsumowałam.

Chwilę później na ziemi dopatrzyłam się dziecięcych okularów przeciwsłonecznych, których wzór komponował się z tym kwiatowym na moich tenisówkach. Ciekawa byłam, czy dziecko wróci po zgubę i odnajdzie okulary. Podczas dalszej wędrówki zobaczyłam drewnianą konstrukcję, jakby ławkę na kształt okręgu, na której ustawiono doniczki z kwiatkami.

– Co to za doniczkowe posiedzenie? – zdumiałam się.

Po przekroczeniu mostka odwiedziłyśmy ulice Bluszczową, Fiołkową, Zuchów, Listki, Letnią i Piwonii, mijając przy tym teren ogródków działkowych. Po obejrzeniu ulicy Ostróżek wyszłyśmy na ulicę Na Szańcach nieopodal placu zabaw i siłowni pod chmurką w pobliżu Szkoły Podstawowej nr 59. Teren wzdłuż Opływu Motławy zagospodarowano pod spacerowiczów, więc skorzystałyśmy z chodnika i przeszłyśmy się nad wodą. Na niebie w oddali przelatywał samolot, a na wodzie panował nieskalany niczym spokój.

Wkrótce wróciłyśmy do zwiedzania kolejnych uliczek Olszynki. Weszłyśmy w ulicę Tulipanów, a następnie skręciłyśmy w Jaśminową. Kolejny psiak próbował się z nami zakumplować. W okolicy ulicy Niezapominajek dostrzegłyśmy dwa skrajne widoki – nielegalne składowisko śmieci oraz dopieszczoną w najmniejszych detalach posesję pełną figurek. Następna na naszej trasie była ulica Dzwonki. Na tym odcinku skusiłam się na znalezione przy drodze jabłuszko, niestety nie było już drugiego dla koleżanki. Widziałyśmy też maliny, ale przy bardziej ruchliwej ulicy i jakoś wyobraźnia podpowiadała nam, jakimi spalinami były „wzbogacone”.

Niedługo później trafiłyśmy na Wspólną, co tę ponad dekadę wcześniej kojarzyło mi się z nieoglądanym co prawda przeze mnie, ale popularnym wówczas serialem obyczajowym. Chyba już nigdy nie wymażę z głowy tego skojarzenia. Dostrzegłam wydzielony w obrębie drogi pas dla rowerów, którego sprzed tych paru lat nie pamiętałam.

Po odwiedzeniu również ulic Zagony, Miedza i Goździkowej zmieniłyśmy nieco klimat wycieczki. Przeszłyśmy się Olszyńską, po naszej prawej cały czas mając wody Motławy, z kolei po lewej na pierwszy rzut oka oglądając zabytkowy dwór, zaadaptowany na potrzeby kościoła zielonoświątkowego. Zawsze mam nadzieję, że jeśli zabytku nie zostawiono samego sobie, to może nie będzie niszczeć, ale ktoś (osoba lub instytucja) zadba o to, by jego stan przynajmniej nie ulegał pogorszeniu. Czasem ta nadzieja jest naiwna, ale z sercem do zabytków, szczególnie tych ceglanych, wolę spoglądać na nie z taką nadzieją. Cieszyłam się więc tą chwilą, na ów obiekt mogąc wciąż spoglądać, uwieczniać go w kadrze, choć jego usytuowanie w obrębie ogrodzonej posesji nie czyniło tego zadania łatwym. Według tablicy na budynku, dwór pochodził z 1802 roku.

Następnie przeszłyśmy się Olszyńską aż do Kaczej, przy okazji mijając ogródki działkowe i budynek Państwowego Gospodarstwa Wodnego, naprzeciw którego w Motławie umieszczono miarkę do pomiaru wysokości wód. Niezmiennie podczas spacerów nad rzeką równie intrygujący bywa drugi brzeg, więc przy okazji zerkałyśmy i tam na m.in. ceglaną zabudowę na Oruni. Zgodnie z obietnicą daną mojej towarzyszce, na wysokości Kaczej zawróciłyśmy.

Olszyńską, mijając po drodze miauczącego kociaka, dotarłyśmy do ronda, na którym wykręcał autobus, ale do naszego miałyśmy jeszcze chwilę. Zostały zresztą do odwiedzenia dwie ulice: Pusta i Krótka. Minęłyśmy zatem rondo, most i sklep spożywczy, po czym weszłyśmy w pierwszą z nich. Dotarłyśmy do jej końca.

– Teraz w lewo do krótkiej? – spytała koleżanka.

– Tak – potwierdziłam. – O, patrz, jaki zawijający rów! – zakrzyknęłam po chwili z ekscytacją.

Moja towarzyszka wybuchła śmiechem, choć po czterech godzinach wspólnej wycieczki chyba oswoiła się już z moją dziecięcą ciekawością wobec przestrzeni wokół. Na Krótkiej wypatrzyłyśmy ładne ogrodzenie i kwitnące kwiaty, a na koniec zaczepiły nas jeszcze zza ogrodzenia… psiaki (a jakże!). Parę minut później łapałyśmy już autobus powrotny.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Olszynce!

4 thoughts on “Olszynka – wspomnienie gdańskich początków

  1. Sungrazer says:

    Szkoda, że ominęłyście „bunkier”, nie jest może jakoś super atrakcyjny wizualnie, ale to i tak chyba najciekawszy obiekt w okolicy. W każdym razie dzięki, wpis zachęcił mnie, żeby zajrzeć znowu na Olszynkę przy bardziej sprzyjającej pogodzie.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Dzień dobry, dziękuję za komentarz! 🙂 Cieszę się, że wpis zachęcił do kolejnych spacerów po okolicy. I chętnie się dowiem, jaki obiekt nazywa Pan/Pani „bunkrem” oraz jaka jest jego lokalizacja, może uda się nadrobić przy kolejnej okazji! 🙂

      Odpowiedz
      1. Sungrazer says:

        O, czyli zostało jeszcze coś do odkrycia dla specjalistki od gdańskich zakamarków? 🙂 Myślałem, że obiekt jest dość znany, oficjalnie to schron agregatów prądotwórczych, potocznie bunkier. Więcej na jego temat i lokalizacja w tym artykule: https://www.gdanskstrefa.com/schron-na-olszynce/ Łatwy dostęp i żadnych ogrodzeń, a przynajmniej nic takiego nie było jeszcze rok temu, kiedy go sobie zwiedzałem.

        Odpowiedz
        1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

          Sporo odkrywam na własną rękę, często dopiero w terenie i z całą pewnością każdy spacer może przynieść nowe odkrycia. Co do bunkra, spojrzałam na lokalizację i widzę, że musiałabym za torami odbić w przeciwnym kierunku niż ten obrany wówczas – w ulicę Niwki. Dziękuję Panu za uzupełnienie i polecam też inne wpisy na blogu, może jeszcze czegoś nowego się dowiem z komentarzy 😉

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *