Drugą wędrówkę po Matarni odbyłam już w pojedynkę. Zaczęłam od ulicy Budowlanych, wysiadając na przystanku autobusowym Matarnia PKM i rzeczywiście najpierw robiąc sobie spacerek wokół peronu kolejki, jak również schodząc na sam peron.



Kolejna na mojej trasie była ulica Jesienna. Znalazłam się w pobliżu cmentarza. Gdy go minęłam, dotarłam do kapliczki ufundowanej w 1902 roku! Chwilę później znalazłam się na rondzie – skrzyżowaniu z ulicą Sąsiedzką. Jedna z odnóg prowadziła pod wiaduktem kolejowym i załapałam się akurat na widok przejeżdżającej PKM-ki. Drugi odcinek Sąsiedzkiej odwiedziłam, zawracając jednak niedługo później, bo interesowała mnie kontynuacja wędrówki ulicą Jesienną.

Mieścił się tam kościół Św. Walentego o dość długiej tradycji, co było widoczne chociażby w częściowo niepokrytej tynkiem cegle i dolnej warstwie ścian złożonej z kamieni. Niestety nie udało mi się zajrzeć do środka, ale spędziłam dłuższą chwilę na spacerowaniu wokół świątyni, bo chciałam wychwycić jak najwięcej detali. Dostrzegłam na dachu bocianie gniazdo, choć nie udało mi się zobaczyć, czy było zamieszkane. Kościół miał ceglaną fasadę zwieńczoną szczytem schodkowym, w obrębie którego zamontowano dzwon. Tylną ścianę zdobił z kolei krzyż, co wydało mi się nietypowe. Z detali najbardziej spodobała mi się latarenka przy bocznej „dobudówce”. Obok świątyni znajdował się jeszcze niewielki ceglany budynek o prostej bryle, kilka kapliczek (przy jednej dostrzegłam datę 1880 rok) oraz przykościelny cmentarz, również z historycznymi nagrobkami osób żyjących na przełomie XIX i XX wieku. Dopiero gdy opuszczałam teren kościoła, dopatrzyłam się w gnieździe jednego bociana i uśmiechnęłam się na to odkrycie, a niedługo później z gniazda wychyliły się kolejne ptaki.






Skierowałam się następnie ku ulicy Agrarnej, ale wędrując jakby naokoło Jesienną. Na słupku minęłam oznaczenie czarnego szlaku PTTK. Kawałek dalej za drzewami stał biały dom o złożonej bryle, z ciekawym wykończeniem balustrad balkonów i laubzegami pod dachem. Był to jeden z elementów poszukiwanego przeze mnie zespołu dworskiego z XIX wieku. Spacerując całkiem przyjemną ścieżką z kocich łbów pośród zieleni, minęłam jeszcze malutki budynek kamienno-ceglany, którego jednak nie umiałam zidentyfikować. Obserwowałam także owady. Wkrótce za drzewami z jednej strony delikatnie wyłoniła się obwodnica, po przeciwnej wciąż jednak miałam ogrodzony parkowy teren, wewnątrz którego mieściły się wspomniane zabudowania dworskie. Żałowałam, że nie mogłam zobaczyć ich z bliska, choć na koniec, gdy dotarłam do bramy wjazdowej, położone w tej części posesji ceglane budynki były całkiem nieźle widoczne, stanowiąc tło dla wypielęgnowanego trawnika. Później udało mi się znaleźć informację, że teren został zaadaptowany jako ośrodek MONAR-u dla młodzieży.



Przeszłam wzdłuż biurowców na Agrarnej i przy zabudowaniach Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, gdzie umieszczono także modele kilku pojazdów, wyszłam na Słowackiego. Skierowałam się w lewo i po pokonaniu licznych świateł dotarłam do ulicy Podchorążych, w pobliżu której moją uwagę zwróciła ścieżka pieszo-rowerowa z rysunkami namalowanymi na drodze jeden pod drugim. Minęłam także trzepak, który znalazł się na początku mojej trasy sprzed lat i wróciły do mnie wspomnienia, jak mój towarzysz zawisał na trzepaku.

Gdy weszłam w ulicę Elewów, szła akurat pani z yorkiem. Luzem przebiegły dwa spore psy i pani wzięła swojego malucha w razie czego na ręce, bo się przestraszyła. Psy biegły w tym kierunku, w którym zmierzałam i ja, więc i mi towarzyszyły delikatne obawy i miałam oczy dookoła głowy, gdy przechodziłam ulicami Elewów i Kadetów. Minęłam również pana, który kosił trawę. Gdy przechodziłam obok, to na moment przerwał, więc podziękowałam mu i się do mnie uśmiechnął.

Przeszłam następnie nad obwodnicą i minęłam po swojej prawej centrum handlowe z Ikeą, z kolei po lewej zaintrygowała mnie wysoka biało-czerwona wieża o nieznanym mi przeznaczeniu. Z detali pod nogami przystanęłam moment nad włazem do kanalizacji z Neptunem i gdańskimi dwoma krzyżami z koroną.



Na rondzie im. Jacka Kaczmarskiego odbiłam w prawo w ulicę Złota Karczma. Dotarłam do kolejnego kościoła w obrębie dzielnicy – tym razem pod wezwaniem Św. Rafała Kalinowskiego. Spodobało mi się malowidło nad wejściem, choć nie umiałam do końca rozszyfrować przedstawionych postaci i scenki rodzajowej. Wewnątrz na tablicy ogłoszeń pojawiły się w tym kontekście trzy nazwiska: patrona świątyni, papieża-Polaka oraz błogosławionego Augusta Czartoryskiego. Kościół udało mi się podejrzeć z poziomu przedsionka, odgrodzonego od wnętrza kratą z symbolami alfy i omegi. Dostrzegłam m.in. płaskorzeźbione stacje drogi krzyżowej. W podobnym stylu ozdobiono podstawę ołtarza. Dodatkowo okna zdobiły witraże, co lepiej udało mi się podejrzeć, spacerując wokół kościoła.



Wędrując dalej, zrobiłam zdjęcie bloku mieszkalnego, bo urzekły mnie prowadzące do niego schodki. Później dopatrzyłam się adresu – Złota Karczma 7. Kolejną na mojej trasie była ulica majora Słabego. Oprócz zabudowy mieszkalnej i sklepów mieściły się tam przedszkole, a za nim Szkoła Podstawowa nr 7, której patronem również był major Słaby.



Po odwiedzeniu tej części Matarni wróciłam do ronda i poszłam w kierunku kilku ostatnich ulic należących do dzielnicy. Pierwsza na tym odcinku była Harfowa. Szybko skręciłam ku Wiolinowej, a następnie metodą harmonijki pokonałam ulice Lutniową, Lirową i Cytrową. Teren zdominowała zabudowa jednorodzinna i obyło się bez większych przygód. Nie czułam, że lokalny wystrój mocno się zmienił przez tych parę lat, aczkolwiek wyłapałam parę akcentów, które zapamiętałam, jak kształt barierek balkonu na jednym ze skrzyżowań czy zawieszone zielone konewki. Przystanęłam też na moment, aby sfotografować fioletowy bez z motylami. Na tych paru uliczkach zakończyłam zwiedzanie dzielnicy.




Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Matarni!
