Właściwą wędrówkę rozpoczęłyśmy na ulicy Dąbrowskiego, a dokładniej przy jej skrzyżowaniu z ulicą Paderewskiego, gdzie skręciłyśmy. Tym razem towarzyszyła mi koleżanka, z którą nie widziałyśmy się od wspólnego spaceru po Wejherowie. W pobliżu mieściły się sklepy odzieżowy, spożywczy, wielobranżowe i z firankami. Urzekła mnie witryna tego pierwszego. Rozstawiono tam pluszowe i wiklinowe jeże i wiewiórkę. Tymczasem po przeciwnej stronie drogi zobaczyłyśmy kantor, lombard i sklep z bielizną.


Skręciłyśmy w lewo przy kwiaciarni. Dalej mieściły się sklepy odzieżowe, fryzjersko-kosmetyczny oraz zoologiczny. Znalazł się tam także sklep z suplementami diety, kosmetykami naturalnymi i tym podobnymi produktami. Choć ulica była niedługa, minęłyśmy również pralnię, salony fryzjerski i fryzjersko-kosmetyczny oraz krawca. Za skrzyżowaniem z Hallera zrobiło się nieco luźniej. Znalazłyśmy tylko opuszczone zakłady – jeden gastronomiczny, drugi ze sprzętem AGD.
Na Wybickiego odbiłyśmy lekko w lewo, ku Derdowskiego. Tam dostrzegłyśmy pomnik, więc ruszyłyśmy w jego stronę. Był nietypowy, bo miał trójkątny przekrój. Na jednej z trzech ścian wygrawerowano listę fundatorów. Pozostałe dwie ozdobiono podobiznami Derdowskiego i Wybickiego wraz ze zwięzłym przedstawieniem tychże postaci. W przestrzeni pomiędzy jedną z sylwetek a ścianą pomnika ktoś umieścił kartkę w koszulce. Korciło nas, by sprawdzić, co na niej zapisano, ale ostatecznie jej nie wyjęłyśmy. Miałyśmy dziwne wrażenie, jakbyśmy były w ukrytej kamerze, a zza płotu miałby wyskoczyć zaraz ktoś z okrzykiem: Mamy was! Ponadto za pomnikiem dostrzegłyśmy dwa banery – jeden promował powstające dopiero przedszkole, drugi istniejącą już kawiarnię. My tymczasem wybrałyśmy ścieżkę wiodącą ku ulicy Derdowskiego.




Przy jednej z posesji natknęłyśmy się na rozpołowiony domofon. Jego część leżała na chodniku. Obok stał zaparkowany samochód należący do firmy, która zajmowała się naprawą domofonów i zakładaniem monitoringu. To nie mógł być przypadek. Chociaż zabawniej było widzieć w tym obrazowe przedstawienie zwrotu najciemniej pod latarnią. Dalej minęłyśmy dość zadbane boisko z bramkami, koszami oraz dwupasmową bieżnią.
W okolicy skrzyżowań z ulicami Bohaterów Kaszubskich i Miłosza mieściły się kilka aptek i piekarnia. Dostrzegłyśmy także budkę z pieczywem oraz food trucka pokrytego graffiti sugerującym amerykańskie menu. Za tymi krzyżówkami dróg znajdowały się dwie przychodnie, po obu stronach ulicy. Dalej minęłyśmy parterowy ciąg sklepów, na który składały się kantor, sklep zoologiczny, księgarnia z dewocjonaliami. Za nimi polecał się zakład rehabilitacyjny, który wykonywał także hirudoterapię. Sama miałam okazję na spotkanie bliskiego stopnia z pijawkami podczas wakacji na Mazurach i jakkolwiek obyło się bez braterstwa krwi, a jako biolog uważam te zwierzęta za fascynujące, nie sądzę, bym kiedykolwiek zdecydowała się na taki zabieg. Chwilę później dostrzegłyśmy jeszcze biuro tłumaczeń oferujące także kursy językowe, sklep spożywczy i zakład ślusarski. Kawałek dalej mieściły się komisariat policji i Żabka.


Wreszcie skręciłyśmy w Targową. Wówczas deszcz dawał nam się już mocno we znaki. Ani nie miałam jak zapisywać czegokolwiek na mapie, a robione na tym odcinku dość pospiesznie zdjęcia wyszły nieciekawie. Wyjątkiem mógłby być jednak dostrzeżony w jednym z ogrodów daszek studni, na którym usadzono kilka sztucznych ptaków. Ten kadr przypadł mi do gustu.

Zamotałam się nieco, gdzie właściwie planowałam skręcać i w ten sposób przegapiłyśmy zejście w Pułaskiego, jedynie tam zaglądając. Skręciłyśmy zatem w Piłsudskiego i na wysokości skrzyżowania z Miłosza odbiłyśmy pod ostrym kątem w lewo, jakby się cofając. Po chwili ponownie znalazłyśmy się na Targowej, skąd skręciłyśmy w Marynarską. Mieścił się tam warsztat samochodowy skupiający swą działalność na markach francuskich. Kolejny dostrzegłyśmy na Helskiej. Ruszyłyśmy jednak dalej na wprost. Podobny kierunek obrałyśmy przy skrzyżowaniu z Pucką, gdzie znajdował się zakład fryzjerski.


Skręciłyśmy w lewo w ulicę Poznańską. Pomiędzy drzewami dostrzegłyśmy kiosk, a dalej bloki. Odbiłyśmy niemal od razu ponownie w lewo. Na naszej trasie znalazł się salon fryzjerski. Zaglądałyśmy kolejno w Pucką, prawą odnogę Poznańskiej (gdzie leżała przewrócona ławka) i Helską. Znalazłyśmy również organizację zapewniającą niepełnosprawnym opiekę medyczną i inne usługi. Wyszłyśmy ku Sopockiej, mijając przy tym przedszkole i zakład zajmujący się video, choć nie doprecyzowano, czy ich kręceniem, czy może wypożyczaniem.
Wkrótce znalazłyśmy się na skrzyżowaniu Łokietka i Gdyńskiej. Naszą uwagę zwrócił budynek studia tańca. Tymczasem jednak skręciłyśmy w lewo. Zaciekawił nas dom z zielonym dachem i ogrodzeniem. Minęłyśmy szkołę językową i ulicę Zygmunta Augusta. Skręciłyśmy w ulicę Leszka Białego. Już na wejściu stwierdziłam, że przestrzeń wygląda inaczej niż na mapie. Przede wszystkim na drogowskazie dopatrzyłam się imienia króla Jana Kazimierza zamiast Zygmunta Starego. Zatem znajdując się na rozwidleniu, ruszyłyśmy w lewo. Dojrzałyśmy gabinet psychologa. Weszłyśmy w ulicę Kazimierza Wielkiego, skąd zajrzałyśmy w ulicę Jana Kazimierza. Pokonując kolejny szereg kałuż, dotarłyśmy piaskową drogą przez ulicę Zygmunta Starego do Piłsudskiego. Zajrzałyśmy w ulicę Kazimierza Jagiellończyka, a zatem kolejną, której moja mapa nie prezentowała, po czym ruszyłyśmy ku ulicy Królowej Bony. Przeszłyśmy kawałek tej drogi, po czym odbiłyśmy w prawo. Znalazłyśmy się na skrzyżowaniu ulic Bolesława Krzywoustego i Zygmunta Starego. Przechodząc tę drugą, dotarłyśmy w pobliże ronda przy ulicy Władysława Łokietka.
Z niemałą ulgą przyjęłam dla odmiany widok ulicy Kasztelańskiej, ale nie był to koniec naszego spotkania z polskimi władcami. Tym razem jednak miałyśmy kolejne ulice pokonywać metodą harmonijki, więc zapowiadało się prościej. Na kolejnym skrzyżowaniu ruszyłyśmy zatem w lewo, w ulicę Bolesława Krzywoustego. Mieściły się tam pracownia artystyczna i warsztat samochodowy. Odbiłyśmy na Częstochowskiej w prawo, by po chwili skręcić w Mieszka I. Zawracając przez ulicę Zygmunta Augusta ku Czarnieckiego, przemykałyśmy pomiędzy największymi tego dnia kałużami. Na tym odcinku jednak obyło się już bez opadów, co było dużym ułatwieniem. Podobnie jak w obrębie poprzednich dróg, teren zdominowała zabudowa jednorodzinna, w związku z czym najciekawszym elementem były spacerujące po jednej z posesji kury. Jednak po wyjściu na Częstochowską natrafiłyśmy na warsztat samochodowy.






Z Częstochowskiej płynnie przeszłyśmy na Gdyńską, szukając kolejnego skrzyżowania. Dotarłyśmy jednak aż do widzianego wcześniej studia tańca. Tam skręciłyśmy w ulicę Władysława Łokietka, z a niej w docelową Władysława IV. Na zbiegu tych dróg mieściły się fryzjer i salon urody. To, co zobaczyłyśmy dalej, trudno było nazwać ulicą, zwłaszcza po deszczu. Wyglądało to nieco jak kraina tysiąca jezior, których rolę pełniły tu kałuże. Na ten widok wyrwało się nam aż:
– To idźmy tym czymś.
Na końcu ulicy zaskoczyła nas dostojność bramy przy jednej z posesji:
– Królewska brama. Przy piaskowej drodze – usłyszałam komentarz koleżanki.
Wydeptaną przez ludzi ścieżynką, która była tak wąska, że mieściła tylko jednego człowieka, podążyłyśmy ku wyrwie w krzewach. Wiodła ona idealnie ku przejściu dla pieszych, z którego tym razem jednak nie potrzebowałyśmy korzystać. Przespacerowałyśmy się Częstochowską w lewo do najbliższego dużego skrzyżowania. Po drodze przyglądałyśmy się ciekawym okuciom na garażach i przyległemu do drogi wybiegowi dla psów.



Skrzyżowanie Częstochowskiej, Gdańskiej i Pomorskiej było przebudowywane. My podążyłyśmy ostatnią z wymienionych ulic. Po naszej prawej stronie teren zdominowały bloki, poprzecinane pasmem drobniejszych dróg. Gdzieniegdzie już z poziomu Pomorskiej widziałyśmy różne lokale handlowe czy usługowe. W okolicy skrzyżowania z Kujawską były to warsztat samochodowy i myjnia. Dalej mieścił się Lidl i sklep z częściami samochodowymi. Wkrótce naszym oczom ukazał się pasaż, w którego skład wchodziły Rossmann, Pepco, salon prasowy, kwiaciarnia, piekarnia, sklep mięsny, pizzeria i apteka.
Skręciłyśmy w Chylońską. Stacjonowały tam sklep spożywczy i warsztat samochodowy. Dalej mieściły się poczta, zakład krawiecki i Dom Kultury. Przeszłyśmy w lewo, wzdłuż tego ostatniego, po czym odbiłyśmy w prawo, jakby wewnątrz pasażu. Dostrzegłyśmy sklep spożywczy, przychodnię i firmę polecającą samodzielne wytwarzanie serów, piwa czy wędlin. Wreszcie drogą biegnącą wzdłuż kilku drobnych kramików, fryzjera i lombardu, w większości zamkniętych, przeszliśmy w stronę szkoły. Obejrzałyśmy siedzibę Szkoły Podstawowej Nr 9 i II Liceum Ogólnokształcącego, a za skrzyżowaniem z ulicą Stoczniowców również kościół Św. Jana z Kęt. W drugim budynku znajdującym się na terenie kościelnym mieściła się kolejna szkoła podstawowa, prawdopodobnie jednak o charakterze prywatnym. Bardzo spodobało mi się jej kolorowe logo. Nie mniej ciekawa była bryła świątyni. Prócz tego uwieczniłam także pomnik z wizerunkiem papieża-Polaka.




Na dalszym odcinku Katowickiej zaintrygował mnie dom w stanie niemal surowym. Chociaż pozbawiony okien i drzwi, miał pomalowane ściany. Ileż możliwości adaptacji mogło się kryć w tej bryle! A jednak budynek stał opuszczony i przyciągnął już pierwszych grafficiarzy. Zajrzałyśmy jeszcze w Oksywską, po czym odbiłyśmy w lewo. Ścieżka prowadziła w stronę niewielkiego skweru. Znajdowała się w nim fontanna, z rodzaju tych, gdzie woda wybija się spomiędzy płyt chodnika. Otaczały ją proste ławki, a całości kadru dopełniała bryła kościoła. Nie mogłam tego nie uwiecznić. Skwer zaopatrzono także w plac zabaw dla dzieci oraz w akcent artystyczny. Przyznaję jednak bez bicia, że żadna z nas nie rozumiała przesłania drewnianej konstrukcji. Jak dla mnie wyglądała jakby była podstawką dla czegoś jeszcze. Na Filtrowej dostrzegłyśmy jeszcze przedszkole. Skierowałyśmy się ku Stoczniowców. Mieściły się tam kwiaciarnia i gabinet stomatologiczny, ale na większą uwagę z całą pewnością zasługiwał salon fryzjerski. Nie dość, że mógł się pochwalić bardzo atrakcyjnym logo, gdzie z literek utworzono uśmiechnięte, różnorodnie uczesane postaci, miałyśmy okazję dostrzec także postawę wobec klienta – małego chłopca sadzanego w fotelu w kształcie auta. Dostrzegłam w tym wszystkim nutkę geniuszu.




Gdy znalazłyśmy się na Dąbrowskiego i skręciłyśmy w lewo, od razu dało się odczuć, że to droga wylotowa z miasta. Ubóstwo zabudowy dodatkowo podkreślał fakt, iż spacerowałyśmy wzdłuż trawnika, na którym leżały rury ciepłownicze. W pewnym momencie ponad rurami poprowadzono mostek, by można było dojść do Mazowieckiej i znajdujących się tam bloków. Mostek wraz z prowadzącymi ku niemu schodkami był dla mnie czymś tak nietypowym, że aż ustawiłam się tam do zdjęcia. Z mniejszym humorem podeszłam jednak do napisu widniejącego na rurze ciepłowniczej biegnącej nad ulicą. Hasło łączące nazwę spółki energetycznej i miejscowości, zwieńczone słowami razem cieplej, podczas gdy my byłyśmy już totalnie przemarznięte, wydało mi się ponurym żartem czy też ironią losu.


Na rondzie, będącym skrzyżowaniem z ulicami Pomorską i Działkowców, zajrzałyśmy w obie, po czym zawróciłyśmy. Nasza wycieczka powoli dobiegała końca, ale czekało nas jeszcze kilka krótkich ulic za skrzyżowaniem z Gdańską. Odbiłyśmy na niej lekko w prawo, by wstąpić na Wileńską. Przy tej okazji znalazłyśmy solarium, fryzjera, laboratorium analityczne, piekarnię, sklepy papierniczy, monopolowy, odzieżowe i spożywcze. W pobliżu mieściły się również supermarket, apteka i sklep meblowy.
Wreszcie skręciłyśmy w Wileńską. Znalazłyśmy tam hurtownię budowlaną. Zajrzałyśmy w Katowicką. Dalej mieściły się sklep papierniczy z ksero, salon fryzjerski i pizzeria. Odbiłyśmy w prawo we Wrocławską, a zawróciłyśmy Toruńską. Tam mieścił się warsztat samochodowy. Następnie skręciłyśmy w Gnieźnieńską. Przy pierwszej okazji ruszyłyśmy w lewo, dzięki czemu minęłyśmy przychodnię weterynaryjną i trafiłyśmy na Krakowską. Tam znalazłyśmy sklep spożywczy. Skręciłyśmy jeszcze w Elbląską. Weszłyśmy między bloki i przez Opolską wyszłyśmy na Wileńskiej. Ostatecznie skręciłyśmy na Warszawskiej w lewo. Minęłyśmy kebab i znalazłyśmy się na Dąbrowskiego.
W okolicy skrzyżowania dostrzegłyśmy salon fryzjerski oraz salon urody, a także sklep z meblami kuchennymi. Następnie skręciłyśmy w prawo, by kierować się powoli w stronę dworca. Po drodze znalazłyśmy krawca, fryzjera i piekarnię. Dalej mieściły się serwis komputerowy i serwis telefonów komórkowych. Ruszyłyśmy ku ulicy Piłsudskiego, znajdując przy okazji sklep spożywczo-monopolowy i galerię sztuki, a także przyglądając się z pewnej odległości Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Wspomożenia Wiernych. Podążyłyśmy jednak na wprost Dąbrowskiego. Zamierzałam pokonać ten odcinek również podczas ostatniej wycieczki po Rumi, dlatego skupiłam się na obiektach po prawej stronie. Był tam sklep z żaluzjami, księgarnia z dewocjonaliami, drogeria, serwis laptopów oraz sklepy odzieżowy i rybny.





Wkrótce przestrzeń wokół zaczęła wyglądać znajomo. Dopięłyśmy wycieczkę jakoby klamerką, docierając do miejsca startu. Przez Starowiejską przespacerowałyśmy się w stronę dworca, gdzie o włos minęłyśmy się z naszymi pociągami powrotnymi. Postanowiłyśmy zatem odmarznąć w dworcowej kawiarence przy herbacie. Pół godziny później każda odjechała już w swoją stronę.
Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂

Bardzo fajne wycieczki.
Dziękuję za komentarz 🙂 Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do dalszej lektury! 🙂