Rumia – wycieczka obrazem społeczności ;)

Na kolejny spacer zaprosiłam kolegę. Spotkaliśmy się jeszcze w pociągu. Z dworca ruszyliśmy w stronę tunelu z graffiti, którym wędrowałam poprzednio. Wiedziałam, że malunki przypadną koledze do gustu, a szczególnie lis, z którym z radością dał się sfotografować. Kolega namówił mnie też do pozowania, wybrałam zatem dziewczynkę z książką. Ustawiałam się obok z mapą na kształt rozłożonej księgi albo, zgodnie z sugestią mojego towarzysza, pod koroną.

Za skrzyżowaniem Abrahama i Starowiejskiej prócz ostatnio spostrzeżonych obiektów dopatrzyliśmy się jeszcze szkoły językowej oraz salonu fryzjersko-kosmetycznego. Skierowaliśmy się ku Dąbrowskiego, gdzie poruszaliśmy się właściwie wzdłuż sklepów i lokali usługowych. Zaczęło się od restauracji i jubilera, przy których wejściu ustawiono dla ozdoby rowery, dynie i kruka przebranego za stracha na wróble.

Dalej natrafiliśmy na fryzjera, solarium, sklepy mięsny, odzieżowy i obuwniczy, a także taki, którego witrynę zdobiło dużo ciekawych kubeczków. Znaleźliśmy tam chociażby postaci z bajek i komiksów. Przy piekarni i aptece przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Na tej wysokości biegła też rzeka.

Następnie ruszyliśmy wzdłuż kiosku, sklepu odzieżowego, Żabki, Rossmanna i studia urody. Naprzeciwko nich mieścił się budynek, w którym stacjonowali okulista, optyk, stomatolog, piekarnie, sklepy odzieżowe, mięsny i monopolowy. Jeszcze ze skrzyżowania z ulicą Wejhera dostrzegliśmy kolejny sklep odzieżowy, kantor i warzywniak, po czym skręciliśmy w lewo.

Znaleźliśmy tam pracownię malarską, sklep zoologiczny oraz kapliczkę, w której umieszczono figurę jakiegoś świętego. Odbiliśmy na Hallera w lewo, dzięki czemu mogliśmy zajrzeć w ulicę Maczka. Ostatecznie ruszyliśmy ku Mickiewicza. Moją uwagę zwrócił wbity w chodnik kamyczek w kształcie serduszka. Przy skrzyżowaniu z Wybickiego mieściły się przedszkole i zegarmistrz, sklep meblowy, ogrodniczy i psi fryzjer. Podążyliśmy dalej na wprost. Minęliśmy fryzjera i Miejski Dom Kultury. Przy ulicy Bohaterów Kaszubskich znaleźliśmy stomatologa i sklep spożywczo-przemysłowy.

Za skrzyżowaniem z Czechowa minęliśmy jeszcze boisko MOSIR-u i firmę oferującą schody drewniane. Zaglądaliśmy w ulice Kusocińskiego i Jaworskiego, ale zdecydowanie bardziej doceniliśmy komizm „czający się” po lewej. Na jednym z budynków MOSIR-u reklamowała się fabryka kotłów. Nieopatrznie odczytaliśmy to jako „fabrykę kotów”, które nagle zaczęły się gromadzić w okolicy parapetu sąsiedniego budynku. Jeszcze zabawniej wyglądało to w kontekście wiszącymi nad nimi znaku o zakazie wprowadzania psów na teren stadionu.

Jeszcze przed kolejną krzyżówką dróg dostrzegliśmy kebab i salon urody.

– Tak parafrazując, czy czujesz magię Egiptu? – spytał mnie nagle kolega.

– Nie? – spojrzałam na niego pytająco.

– Bo tam jest Horus Kebab – wyjaśnił.

Wkrótce wyszliśmy na Dębogórskiej. Naprzeciwko dostrzegliśmy teren, który prawdopodobnie mogło zajmować targowisko. Weszliśmy najpierw w ulicę Świętopełka. W pobliżu skrzyżowania z ulicą Mściwoja II mieściły się sklepy mięsny i meblowy. Ponadto kolega, ze sobie tylko znanych powodów, uznał, że musi koniecznie zapozować z drogowskazem z nazwą ulicy. Oczywiście spełniłam jego prośbę.

Zawróciliśmy nieco, by powędrować dalej ulicą Kościelną. Zaglądając w ulicę Plac Kaszubski, dostrzegliśmy sklep spożywczy. Chwilę później natrafiliśmy na wycieczkę szkolną, którą na szczęście udało nam się wyprzedzić. Dzieci radośnie snuły między sobą opowieści i z nie mniejszym entuzjazmem machały workami z kapciami. Miałam tylko nadzieję, że sznurki worków były wystarczająco mocne, a dziecięce uchwyty wystarczająco silne. Dzieci, jak się okazało, zmierzały do budynku Szkoły Podstawowej Nr 1. Według napisów na ścianach i w oknach placówka istniała już sto lat. Prócz tego na stojącej przy ogrodzeniu tabliczce doczytaliśmy się, że dawniej stojący tu kościół ewangelicki po II wojnie światowej niszczał, w związku z czym zaadaptowano go na świetlicę i salę gimnastyczną dla szkoły. Po drugiej stronie ulicy znajdował się nieduży skwerek z pomnikiem poświęconym biskupowi Konstantynowi Dominikowi.

Kawałek dalej znajdował się punkt sprzedaży ziemniaków, a za nim przedszkole. Fotografowanie pobliskiej kwiaciarni spotkało się z czujnością jej właścicielki:

– Do czego te zdjęcia?

– Robię taki projekt, że chodzę ulicę po ulicy. Napiszę tylko, że jestem na ulicy takiej i takiej, i że była tu kwiaciarnia. To zdjęcie się nigdzie nie pojawi – zapewniłam.

– W sumie mogłaby pani nawet zdjęcie dać.

Widocznie kwiaciarnia chętnie skorzystałaby z dodatkowej reklamy. Dalej mieściły się jeszcze piekarnia i cukiernia.

Wreszcie dotarliśmy do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Zaintrygowało nas umieszczone nad wejściem oko opatrzności, jako dość dwuznaczny symbol. Dodatkowo pod nim znajdowała się figura dźwigającego krzyż Chrystusa. I w tym może nie byłoby nic nietypowego, gdyby nie fakt, że Chrystusa przedstawiono jakby przystającego po to, by kogoś pouczyć, na co wskazywałby uniesiony palec wskazujący, odwrócone oblicze i tworzone w ten sposób wrażenie statyczności. Minęła akurat dziesiąta i dzwony zaczęły wybijać melodię Wznosimy modły… Po drugiej stronie ulicy mieściły się pozostałości cmentarza. Ruiny budynku, prawdopodobnie kościelnego, miały swoisty klimat i nie mogłabym ich nie uwiecznić.

Skręciliśmy w ulicę Chopina i skierowaliśmy się ku rzece. Wyszliśmy na Lipowej. Znaleźliśmy tam krawcową, fryzjera i salon kosmetyczny. Moją uwagę zwróciła aranżacja jednego z ogrodów, z kolei kolega wypatrzył coś zupełnie innego:

– O, gołębnik! – zawołał nagle. – Kocham gołębniki. Moja prababcia miała gołębnik. O, nawet też mają kury. Zastanawiam się, czy jak ktoś ma kury, to opłaca mu się kupować udka kurczaka?

– Pytanie, czy ma też kurczaki, a nie tylko kury – zauważyłam.

Skręciliśmy w Mostową, gdzie przystanęliśmy na… moście. Na brzegu rzeki stało ogrodzenie, chociaż i tak nie było zagrożenia wpadnięcia do niej z boku, gdyż tuż za płotem tkwiła już ściana budynku. Zresztą na obu krańcach barierki wyglądało to jakby ze sobą nie współgrało.

– Co to za błąd gry? – spytał kolega.

Okazało się, że i sam most nie był zwyczajny i śmiało można by go nazwać rumskim mostem miłości. Chociaż nie umieszczono tam kłódek z inicjałami zakochanych, znalazło się kilka ciekawych wyznań. Prócz nich i zabawnych ksywek (podpisali się między innymi Pumba i Oliwka, do czego jeszcze wrócę) odczytaliśmy tam kilka nicków graczy i odniesień do konkretnych serwisów. O dziwo nawet zapisane tam nazwisko okazało się prawdziwe.

– Co tu za gimbaza łazi? – zastanawiał się mój towarzysz. – Pumba, jak Ty się szerzysz – dodał, gdy kawałek dalej na płocie znów podpisali się Pumba z Oliwką. Węszyliśmy w tym mały romans, choć pewnie go sobie dopowiedzieliśmy.

Nasze rozbawienie zdawało się sięgać zenitu, gdy spacerując Mostową, na jezdni zobaczyliśmy nagle ziemniaka. Kolega zaczął go trącać niczym piłkarz.

– Nie wiem, czemu kopanie tego ziemniaka mnie bawi.

– To jest bulwa – rzucił mężczyzna idący z naprzeciwka.

Ukucnęłam na chodniku i zaczęłam płakać ze śmiechu tak, że dłuższą chwilę nie mogłam się uspokoić. Zauważyliśmy, że z której bramy uprzednio wyszedł ów jegomość i chwilę później sami się tam znaleźliśmy.

– Ekologiczne warzywa – odczytał kolega. – Bulwa uciekła.

Tajemnica odrzuconej bulwy – wymyśliłam na poczekaniu tytuł dla tej historii. – A ty ją kopałeś jeszcze! Nie kopie się leżącego.

Minęliśmy Kościelną, Świętopełka i Agrestową. Na skrzyżowaniu z Wiązową i Kazimierską stał krzyż z sylwetką Jezusa. Skierowaliśmy się w prawo.

Zajrzeliśmy w Porzeczkową. Po prawej widniały głównie szeregowce. Dalej mieścił się skup drewna oraz warsztat samochodowy. Gdy na jednym z ogrodzeń zobaczyliśmy tabliczkę z napisem Ziemniaki, przykucnęliśmy, by z nią zapozować, co spotkało się ze zdziwionym spojrzeniem wjeżdżającego akurat właściciela. Ten jednak nic nie powiedział. Gdy ujrzeliśmy niedużo dalej warzywniak, w którym oczywiście sprzedawali również ziemniaki, kolega wysnuł wniosek:

– Rumia stoi pod znakiem ziemniaka!

Wkrótce szeregowce pojawiły się również po lewej stronie i wówczas kolega zwrócił uwagę na kuliste lampki umieszczone przy ziemi. Nazywając je smoczymi kulami, zliczał je z nadzieją, że znajdzie się siedem, bo miało nawiązywać do fantastyki, której był fanem. Niestety, na tym odcinku zobaczyliśmy ich pięć.

Gdy skręciliśmy w Malinową, zobaczyliśmy wiatę pełniącą rolę garażu na kilka aut. Pozostałe mogły stanąć na przystającym do wiaty, lecz niezadaszonym parkingu. Z tej perspektywy widzieliśmy także wąskie trawniki, na które mieszkańcy mogli wejść przez furtkę lub od strony domu. Kolejne dwa szeregowce były zwrócone do siebie drzwiami i skojarzyły nam się amerykańskie przedmieścia rodem z filmów.

– Wyobraź sobie – zaczął snuć swoją wizję kolega. – Rano wychodzisz w szlafroku. Bierzesz gazetę z wycieraczki i machasz do sąsiada.

Chociaż było już koło jedenastej, po chwili jedne z drzwi się otworzyły i wyszedł z nich mężczyzna.

– Ej, ja żartowałem z tym szlafrokiem – speszył się kolega.

Prócz tego poczuliśmy się obserwowali przez skulonego przy bramie naprzeciwko kota. Kolejnego czworonoga zobaczyliśmy na następnym skrzyżowaniu:

– Kolejny kot. Monitorują ulicę z obu stron.

Skręciliśmy w prawo na Świętopełka, a aparat zaczął powoli szwankować. Na obiektywie pojawiła się niechciana kropka, której nie mogłam zetrzeć. Koledze przypomniała się historia „przygarnij Kropka”, o której słyszała pewnie zdecydowana większość Polaków. Nie mówiąc już o tym, ilu ludzi naiwnie wierzyło w to, że wystarczy przykleić tekturowe kółeczko (Kropka właśnie) na włączony na odpowiedni kanał (i o zapowiedzianej porze) telewizor, by naświetlić Kropka. Następnie należało go wysłać do telewizji TVN lub wrzucić do urn w wyznaczonych punktach u partnerów akcji, by wygrać atrakcyjne nagrody. Telewizja sprytnie żądała naklejania Kropków podczas emisji reklam, zmuszając potencjalnego uczestnika konkursu do ich oglądania. Teraz, kiedy po latach zagłębiłam się w tajniki tej inicjatywy, najzabawniejszy wydaje mi się fakt, że mama przynosiła mi i bratu całe mnóstwo Kropków, chociaż w tamtym czasie mieliśmy ze cztery kanały na krzyż i nie było wśród nich TVN-u. I wcale nie przyklejaliśmy na telewizor, lecz bawiliśmy się nimi, czyniąc z nich dodatkową walutę. Tego pewnie twórcy akcji nie zakładali.

Na Jagodowej zobaczyliśmy ciężarówkę z przyczepionym znaczkiem w kształcie kobiety. Dalej zwracaliśmy już uwagę raczej na realne stworzenia. Najpierw napięknego psa przy bramie, potem kolejnego stojącego na balkonie. Zrobiłam im zdjęcie, a kolega zaczął dubbingować:

– Mam nadzieję, że nie wstawisz tego na fejsa, hau! Bo dam ci łapkę w dół!

Później moją uwagę zwróciły wróbelki, aż wreszcie dwa konie stojące w zagrodzie. Nawet kierowały się ku nam, gdy tylko podniosłam aparat do zdjęcia, ale spostrzegliśmy się, że pomiędzy nimi a płotem było jeszcze dodatkowe ogrodzenie pod napięciem. Odsunęliśmy się zapobiegawczo, aby nie podążały ku niemu.

Na skrzyżowaniu z Truskawkową uznałam, że z mojego aparatu nie będzie już tego dnia zbytniego pożytku i dalej fotografowałam wszystko telefonem. Skierowaliśmy się w lewo, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć piękny zadrzewiony ogród z latarenkami. Przyznaję, że miejsce miało bardzo romantyczny charakter.

Zajrzeliśmy w ulicę Północną, po czym zawróciliśmy. Przy tej okazji spostrzegliśmy samochód policyjny. Zastanowiło nas, że radiowóz mijał nas tego dnia kilka razy i za każdym razem widzieliśmy wewnątrz tę samą policjantkę. Pewnie i ona była zaintrygowana, widząc nas tyle razy. O ile w ogóle zwróciła na nas uwagę.

Z Kazimierskiej skręciliśmy w Poziomkową ku Morelowej. Spodobały mi się różnorodne skrzynki pocztowe. Morelowa była relatywnie długą, piaskową ulicą.

– Idziemy wzdłuż rowu – stwierdziłam.

– Marian. Wyłaź z rowu – zaczął się śmiać kolega. – Czaisz? – spytał.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Rów Mariański! – zawołał, a ja doznałam olśnienia.

Co jak co, ale żarciki polegające na grze słów, to ja doceniam.

Przez Porzeczkową trafiliśmy na Borówkową i skręciliśmy na Wiązowej w lewo. Niektóre domy były naszym zdaniem aż nazbyt eklektyczne i nie mogliśmy pojąć zamysłu twórców. Zajrzeliśmy kolejno w Cyprysową, Modrzewiową i Klonową. Spacerując Leszczynową, powróciliśmy pętlą ku tej ostatniej. Po drodze znaleźliśmy jedynie pomalowany na zielono kamień w różowe kropki. Kolega jednak zakumplował się z psiakiem dreptającym po jednej z posesji.

Odbiliśmy lekko w prawo ku Cisowej. Od razu rzucił nam się w oczy domek na drzewie, stylizowany na wioskę Smerfów. Gdy przechodziliśmy na Bukową, dopatrzyliśmy się na jednym z dachów kominiarzy. Na samej Bukowej najbardziej intrygujący okazał się dla nas parking przed domem, który zastawiono doniczkami. I chociaż po ostatnich widokach sądziliśmy, że nic nas nie zaskoczy, wystarczyło kilkanaście metrów, byśmy znów wybuchli serdecznym śmiechem. Jestem szefem tego podwórka – głosiła tabliczka z… jamnikiem.

Dotarliśmy do skrzyżowania Rajskiej i Akacjowej. Po lewej dostrzegliśmy plac zabaw i siłownię na powietrzu. Tymczasem jednak ruszyliśmy w prawo. Podeszliśmy do starszej pani, która nagle przystanęła i podejrzewaliśmy, że mogło jej się zrobić słabo. Na szczęście okazało się, że wszystko było w porządku. Minęliśmy zakład kamieniarski. Na posesji obok musiał mieszkać ktoś z aspiracjami artystycznymi, bo zobaczyliśmy tam drewniane krasnoludki i grzybka. Dalej mieścił się gabinet stomatologiczny.

Wyszliśmy na Borówkowej. Z niej zajrzeliśmy w Jodłową, po czym ruszyliśmy wzdłuż cmentarza ulicą Cmentarną. Za cmentarzem dało się jeszcze dostrzec boisko. Większą uwagę przykuwał jednak baner promujący świętego Jana Bosko na patrona Rumi. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, aczkolwiek adres strony internetowej, która miała dodatkowo przybliżyć tę inicjatywę brzmiała dość zabawnie: www.boskarumia.pl. Oczywiście w pobliżu cmentarza nie mogło też zabraknąć punktu, gdzie sprzedawano kwiaty i znicze.

Na Świętopełka skręciliśmy w lewo. Zajrzeliśmy w Spółdzielczą i Subisława. Wędrowaliśmy od strony zaplecza Szkoły Podstawowej Nr 1. Biorąc pod uwagę ilość rowerów pozostawionych na zewnątrz, znacząca część uczniów wybrała właśnie tę formę pokonania drogi z domu do szkoły. Zauważyliśmy jednak, że większość rowerów tylko pozornie była zabezpieczona przed kradzieżą – zapięcia łączyły dwie części roweru ze sobą albo zamiast być przypięte do ogrodzenia, umieszczano jedynie końcówki zapięcia między kolejnymi oczkami drucianego płotu.

Przez Subisława przeszliśmy na Chełmińską. Wzdłuż ulicy utworzono skwer, w obrębie którego umieszczono pomnik poświęcony bohaterom walki z faszyzmem. Po prawej dostrzegliśmy jeszcze firmę oferującą systemy zabezpieczeń.

Wyszliśmy na rondzie Płażyńskiego. Następne ulice zwiedzaliśmy dość pospiesznie metodą harmonijki, gdyż zebrało się na deszcz. Równocześnie odnotowaliśmy już teraz kilka pierwszych obiektów na Dębogórskiej: pizzerię, krawca, tapicera, fryzjera i przedszkole.

Ruszyliśmy Brzozową. Na Topolowej skręciliśmy w prawo. Zawracaliśmy Jesionową. Na Klonowej mieścił się punkt wymiany butli i ów punkt naprawdę zaskoczył nas swoją formą. Ogrodzono bowiem przestrzeń jednego, może dwóch metrów kwadratowych i przyczepiono tabliczkę. Nie do końca zrozumieliśmy sposób działania tego punktu. Zaglądaliśmy też z ciekawością do ogrodów – w jednym z nich znaleźliśmy figurki flaminga i czapli.

Ponownie znaleźliśmy się w okolicy placu zabaw przy Rajskiej, aczkolwiek z jego drugiej strony. Chwilę spędziliśmy na szacowaniu strat, jakie poczyniła względem nas ulewa, po czym przyspieszyliśmy kroku. O notowaniu czegokolwiek na mapie w tamtym momencie nie mogło być mowy. Zastanawiałam się jedynie, jak ochronić dotąd zapisane teksty przed rozlaniem się w niemożliwe do odczytania barwne plamy. Z Topolowej zajrzeliśmy w Wiśniową i Orzechową. Na chwilkę weszliśmy w Leszczynową, a z niej rzuciliśmy okiem w Jaworową. Nim Kasztanową podążyliśmy ku Dębogórskiej, znaleźliśmy introligatornię.

Wyszliśmy przy rondzie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po jego drugiej stronie dostrzegliśmy Centrum Janowo – galerię handlową z Biedronką, apteką i kilkoma innymi sklepami, do których wchodziło się niezależnie od zewnątrz budynku. Z Dębogórskiej zaglądaliśmy kolejno w Gruszkową, Jarzębinową, Kalinową, Dębową, Jałowcową i Wierzbową. Po drodze znaleźliśmy warsztat samochodowy. Dotarliśmy niemal do granicy Rumi. Wówczas zawróciliśmy, planując w nagrodę zajrzeć do pizzerii. Była dość blisko, a przyznam szczerze, że prócz ciepłego posiłku marzył nam się dach nad głową. Parasol miał stanowić jedynie tymczasowe rozwiązanie.

Za rondem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleźliśmy studio urody, salon manicure, stomatologa i ortodontę oraz piekarnię. Zobaczyliśmy śmieciarkę z namalowanym superbohaterem i kolega postanowił ustawić się do zdjęcia. Dalej znajdowały się sklep z lakierami samochodowymi, kwiaciarnia, fryzjer, studio tatuażu, warsztat samochodowy. Za skrzyżowaniem z Piłsudskiego odnotowaliśmy jeszcze sklepy papierniczy, odzieżowy i spożywczy, monopolowy, z zabawkami i z sukniami ślubnymi. Pomiędzy nimi był również fryzjer.

Pizzeria okazała się zamknięta w poniedziałki, niczym muzeum. Pamiętaliśmy jednak, że mijaliśmy pizzerię także na początku naszej wyprawy i planowaną trasą powrotną kierowaliśmy się w jej stronę. Minęliśmy ulice Gdyńską i Derdowskiego, zamierzając skręcić w ulicę Rodziewiczówny. Po drodze znaleźliśmy kiosk, a po przeciwnej stronie pasaż handlowy, w którym dostrzegliśmy między innymi Żabkę, grawera, salon kosmetyczny, fryzjera z solarium, aptekę i sklep dla trenujących sztuki walki.

Do ulicy Rodziewiczówny musieliśmy przejść niezbyt oficjalną i dość meandrującą piaskową dróżką. Gdy jednak zobaczyliśmy przed sobą normalną ulicę, krzyżującą się z Jaworskiego, wiedziałam już, że dobrze trafiliśmy. Po drodze zajrzeliśmy w Targową. Dalej ktoś napisał na murze popularne hasło: YOLO (You only live once). Za skrzyżowaniem z Kusocińskiego w jednym z ogrodów dostrzegliśmy fontannę z ptaszkami. Za ulicą Czechowa zwróciłam uwagę na figurki żółwi. Niemal naprzeciwko posesji, w obrębie której je zobaczyłam, mieścił się serwis rowerowy. Minęliśmy ulicę Bohaterów Kaszubskich, a za nią szopę, przy której przyczaił się kolejny w Rumi kot. Trzeba przyznać, tego dnia było ich zatrzęsienie. Zapozowałam na ścieżce przy skwerze nieopodal. Minęliśmy jeden z budynków należących do MOSIR-u. Wyszliśmy ostatecznie na Wybickiego przy cukierni, restauracji i salonie fryzjersko-kosmetycznym. Drugi fryzjer mieścił się naprzeciwko. Skręciliśmy w prawo. Dotarliśmy do Starowiejskiej i wkrótce gościliśmy już w Credenc’e przy skrzyżowaniu z Dąbrowskiego. Miejsce okazało się bardzo klimatyczne. Nawiązywało stylem do ubiegłego stulecia. Od stolików i kanap, przez stojące wzdłuż ścian kredensy. Dopełnienie stanowiły zdjęcia, lampy z abażurami, ustawiony dla ozdoby w kąciku stary telewizor czy podwieszone pod sufitem trąbka i gitara. Nie mniej urzeczona byłam przyczepionymi przed kolejnymi pomieszczeniami tabliczkami z nazwami ulic. Zasiedliśmy w sali Braterskiej i posililiśmy się naprawdę dobrą pizzą. Tym smakowitym akcentem zakończyliśmy kolejny spacer po Rumi.

Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *