Oliwa – co wiedzą listonosze?

Trzecią, ostatnią wyprawę po Oliwie, odbywałam już w pojedynkę. Rozpoczęłam w znanym już sobie miejscu – przy stacji SKM Gdańsk Żabianka AWFiS. Skierowałam się stamtąd na Grunwaldzką, ale przeszłam na drugą stronę mniej więcej na wysokości ulicy Górskiego. To właśnie teren Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu jako pierwszy trafił na mój celownik. Dotarłam pod wejście główne, z logo uczelni, w które wpisane były symbole z herbu miasta. Tam odbiłam w lewo, by przespacerować się aleją Grubby. Wokół roztaczało się sporo zieleni, a ja mogłam zobaczyć różnorakie boiska. Minęłam także budynek pływalni. Za nim skręciłam już ku ulicy Czyżewskiego.

Na skrzyżowaniu nieopodal trwała jakaś budowa, ale mnie bardziej interesowały budowle już istniejące. Dotarłam do pogranicza miast – Gdańska i Sopotu, odwiedziłam ulicę Nadwodną, ale potem skupiłam się na przeciwnej stronie ulicy Czyżewskiego. Pierwszym obiektem był Zespół Szkół Architektury Krajobrazu i Handlowo-Usługowych. Placówka w 2018 roku obchodziła 60-lecie, co dumnie ogłaszał wiszący na terenie szkoły baner. Posesja była zadbana, a zieleń urozmaicono chociażby rzeźbą łosia. Szkoła nosiła imię botanika, Szafera, którego nazwisko kojarzyłam już dzięki jego zaangażowaniu w powstawanie parków narodowych w Polsce.

Kolejna posesja interesowała mnie jeszcze bardziej. Mieściły się tam budynki administracyjne Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu, jak również biblioteka. Jednak to zabytkowy gmach tzw. Ludolfiny zapisał się w mojej głowie jako warty odnotowania i obejrzenia, choćby z zewnątrz. Nie pogardziłabym okazją wejścia do środka, ale budynek był zamknięty w momencie mojej wizyty tam, a mijany pracownik nie umiał mi udzielić stosownych informacji. Oddałam się zatem samotnej kontemplacji z poziomu ścieżki wśród zieleni. Podziwiałam budynek o ciekawej bryle, którego historia sięgała XVIII wieku. Nagrywałam o nim nawet filmik na swój kanał Youtube. Ponadto na terenie posesji urzekły mnie latarenki.

Chwilę później spacer stał się bardziej dynamiczny. Przez odnogę Czyżewskiego ruszyłam ku ulicy Bobrowej. Minęłam przy tym kilka ceglanych budynków. Dotarłam do linii lasu, po czym przy wieżowcu zeszłam schodkami na dół. Nie dopatrzyłam się już jednak graffiti przedstawiającego dziewczynkę z balonikiem, jak kilka lat temu. Wróciłam na Czyżewskiego. Minęłam przystanek autobusowy i plac zabaw, po czym weszłam w kolejną z ulic – Sobolową. Tu bloki ustąpiły miejsca domom, a dodatkowym atutem były kwitnące akurat rośliny. Płynnie przeszłam w Jelenią, a zwierzyniec ulic dopełniały Żubrowa, Zajęcza i Sarnia.

Po ich odwiedzeniu sfotografowałam jeszcze kapliczkę przy Czyżewskiego, z charakterystycznym zwieńczeniem niczym zamkowe blanki, z datą 1898 rok. Minęłam pasaż, wjazd do oddziału telewizji regionalnej i bramę cmentarza, po czym skręciłam w ulicę Karpacką. Moją uwagę zwrócił szczególnie niski ceglany budynek z medalionami prezentującymi jakieś popiersia – w sieci znalazłam potem informację, że to „dawny dom Bieschków”. Również pobliski budynek, choć otynkowany i wyglądający na młodszy, miał tego typu zdobienia i chyba dawniej stanowiły jedną posesję.

 Odwiedziłam jeszcze ulicę Pawła Gdańca, minęłam kaplicę cmentarną po drugiej stronie Czyżewskiego, po czym weszłam w las przez Tatrzańską. Drogowskaz sugerował, że ledwie 800 m dzieli mnie od wieży widokowej, ale spacerowałam niespiesznie, delektując się również widokami po drodze, jak chociażby ceglanym domem z werandą czy kapliczką u podnóża Pachołka. Na wzgórzu o wysokości 101 m n.p.m. zlokalizowano 15-metrową wieżę widokową.

Gdy wspięłam się na górę, początkowo byłam sama. Oglądałam roztaczający się wokół krajobraz, bo choć nie był to dla mnie widok nowy, to jak zawsze cieszył oko. Dominowała w nim zieleń, ze względu na bliskość drzew, ale spomiędzy zielonych połaci wyłaniały się budynki – zarówno te charakterystyczne, jak Katedra Oliwska, kościół przy Leśnej czy Olivia Star, ale też zabudowa mieszkalna. Tłem dla tego mieszanego krajobrazu były szaro-błękitne niebo i morze. Dopatrzyłam się jednak także detali tuż pod nosem, jak przyczepiona do barierki kłódka z hasłem „Victory”.

Jakiś czas później pojawili się na wieży państwo ze Skierniewic. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, zrobiłam im też zdjęcie. Pokazałam im, w którą stronę wszystko fajnie widać i nazwałam charakterystyczne obiekty. Okazało się jednak, że pan gościł w Gdańsku co roku od ósmego roku życia i zawsze odwiedzał to miejsce. Wspominał, jak jako dziecko bał się wchodzić na wieżę, choć młodsza od niego siostra wspinała się bez obaw. Teraz przyjechał już ze swoją rodziną i wspinał się z nimi 🙂 Rozmawiałam głównie z nim i pytał mnie o różne ścieżki. Wyszło przy tym, że marzy mi się napisanie książki o Gdańsku, stąd zwiedzam miasto ulicę po ulicy. Pan uznał to za nie lada wyzwanie i życzył mi powodzenia. Z panią ucięłam sobie pogawędkę w sumie w zupełnie innym kontekście. Pstrykałam im zdjęcie na wieży, po czym zrobiłam i sobie krótką sesję z wykorzystaniem selfie sticka. Pani zauważyła przy tym, że moja czapka z daszkiem to bardzo dobry pomysł, a ja zażartowałam, że jestem pedantyczna i wkurzałoby mnie, gdyby rozwiewało mi włosy. Jednocześnie zdradziłam, że czapka to już niemal mój znak rozpoznawczy 😉

Po opuszczeniu wieży schodkami skierowałam się ku Spacerowej. Przeszłam na drugą stronę nad Staw Młyński. Ruszyłam pobliską ścieżką jak do ZOO, aczkolwiek ostatecznie nie zmierzałam aż do ogrodu zoologicznego. Tę przyjemność zostawiłam sobie na inną okazję i faktycznie dwa miesiące później zawędrowałam tam, robiąc sobie prezent urodzinowy, choć nie była to moja pierwsza wizyta tam.

Tymczasem w ten lipcowy dzień skręciłam z Karwieńskiej ku Kościerskiej drobną odnogą je łączącą. W ten sposób wyszłam niemal naprzeciw bramy z gdańskim herbem z lwami i dewizą Nec temere, nec timide. Spacer ulicą Kościerską mógłby wydawać się dość spokojny, mijałam bowiem niewiele obiektów. Gdy jednak byłam kawałek za Instytutem Budownictwa Wodnego PAN, przejechała obok mnie śmieciarka z taką prędkością, że leżąca na poboczu gałąź poleciała wraz z jej pędem na środek jezdni. Dalej zaintrygowały mnie altanki zza płotu, pośród zieleni.

– Ciekawe, co to jest… – pomyślałam. – O! Kawałek ZOO – uznałam po chwili namysłu.

Niedługo później odbiłam jednak w Bytowską, która to droga pachniała konikami i prowadziła do zabytkowej Kuźni Wodnej z 1597 roku. Po sąsiedzku mieścił się jeszcze Dwór Ernsttal, którego dalszych losów byłam bardzo ciekawa. Samą kuźnię miałam okazję zwiedzić rok wcześniej przy okazji Open House, a obok mieścił się zbiornik retencyjny.

Kolejny sąsiadował z Dworem Oliwskim, do którego dotarłam niedługo później dalszym odcinkiem Bytowskiej. Dwór był nieco młodszy od Kuźni i pochodził z 1611 roku. Przykucnęłam w pobliżu, by się przepakować i zagadała do mnie starsza pani. Gdy minęły mnie, w kuckach na poboczu, dwa auta, pani zaczepiła mnie:

– Muszą jeździć tutaj! I deszcz pada nieprzyjemny.

– Już czwarty mnie dzisiaj złapał – odparłam.

– Mnie wczoraj zmoczył.

– Mi też buty przemokły. Dziś jeszcze nie jest tak źle.

– U mnie też nie, bo mam kurtkę przeciwdeszczową. Ja tutaj – wskazała i skręciła w leśną ścieżkę, życząc mi jeszcze miłego dnia.

Tymczasem ja po obejrzeniu Dworu Oliwskiego i jego okolic zrobiłam nawrotkę i mijając ogródki działkowe oraz ponownie Kuźnię Wodną, odbiłam w ulicę Kwietną, kierując się ku bardziej gęstej zabudowie Oliwy.

Wchodząc w ulicę Świerkową przystanęłam z mapą i chwilę później spotkałam młodego listonosza:

– Czegoś Pani szuka?

– Nie, tylko się zastanawiam, jak sobie dalsze ulice przechodzić, w którą stronę.

Mówiłam mu, czemu wędruję, że porównuję miasto z pierwszych wędrówek z obecnym, będąc już po kursie przewodnickim. Przyznałam się nawet do utracenia pracy przez pandemię. Opowiedziałam o blogu, planach na książkę, które określił jako ambitne i poczęstowałam go wizytówką, zapraszając do lektury. W toku rozmowy okazało się, że jest wręcz młodszy ode mnie, a że dobrze się nam rozmawiało, przeszliśmy na ty. Opowiadał, co go skłoniło, by być listonoszem i jak duży ma rewir. Gdy zapomniał nazwy jednej z ulic (Karwieńska), podpowiedziałam mu, mając wdrukowany obraz dzielnicy w głowie. Zapytał, czy podobnie jak on, mieszkam w Gdańsku od urodzenia, ale zaprzeczyłam. Przyznał, że pracuje pośród tych ludzi już dwa lata i niejednokrotnie zapraszają go na kawę i ciasto, bo już dobrze się znają. Z innych ciekawostek, rozmawialiśmy również o językach, że mogłabym się przełamać i uczyć niemieckiego, bo wielu niemieckich turystów przyjeżdża ze względu na historię miasta. Tymczasem on przyznał, że czyta książki po angielsku, by nauczyć się tego języka. Rozmowa toczyła się na tyle płynnie, że początkowo staliśmy, po czym przeszliśmy wspólnie kawałek Świerkowej. Na koniec sprzedał mi ciekawostkę, że przy ulicy Liczmańskiego faktycznie stoi dom, w którym mieszkał Liczmański (pod numerem 7) i nawet zawieszono stosowną tablicę. Wiedziałam, że muszę to zobaczyć!

Pożegnaliśmy się na skrzyżowaniu, bo jednak najbliższe ulice przechodziłam inaczej niż przebiegała trasa poznanego listonosza. Dotarłam do Podhalańskiej, a przez nią do Słonecznej. Dopiero wówczas ruszyłam pod wyczekiwaną „siódemkę”. Na tablicy zapisano, kim był Liczmański i że mieszkał w tym domu w latach przedwojennych 1930-1939. Wojna niestety dość szybko stała się przyczyną jego tragicznej śmierci.

Wyszłam ostatecznie na Kwietnej, przechodząc nią aż na Stary Rynek Oliwski. Kolejną uliczką, w którą zamierzałam zajrzeć, była Leśna. Po drodze minęłam sporo ciekawych architektonicznie domów, ale docelowo najbardziej interesował mnie kościół Matki Bożej Królowej Korony Polskiej. Dotarłam do końca Leśnej, by ponownie zajrzeć w Podhalańską, po czym cofnęłam się ku świątyni. Wejście z przedsionka do środka było niestety zamknięte, więc jedynie zajrzałam do wnętrza, a następnie przeszłam się wokół kościoła, ciesząc oko detalami architektonicznymi. Po tej chwili zadumy przeszłam się ścieżką ku ulicy Polanki.

I tu moją uwagę zwróciła przede wszystkim architektura, a dokładniej płaskorzeźby na budynku V Liceum Ogólnokształcącego. Na tyle, na ile pozwoliło mi moje oko krótkowidza, uznałam, że były to przedstawienia nauk, np. historii.

Chwilę później zajrzałam jeszcze w skraj Podhalańskiej i Żeromskiego. Dalej sfotografowałam kota i mysz – wytwory graffiti na budynku naprzeciw ulicy Witkiewicza. Następnie skręciłam w pierwszą dróżkę po prawej, by zobaczyć ostatni z dworów przy ulicy Polanki – Dwór I, zwany także Mont Brillant, z końca XVIII wieku. W przeciwieństwie do pozostałych dworów, tu znalazła się stosowna tabliczka. Podeszłam także bliżej wejścia, by sfotografować kolumny w stylu jońskim. Budynek obecnie zajmowany był przez Lasy Państwowe.

Zawróciłam i weszłam w ulicę Witkiewicza. Na Grottgera skręciłam w lewo, dochodząc przy tym do skweru im. Ireny Jarockiej. Mieściła się tam m.in. siłownia pod chmurką. Przypomniałam sobie spotkanie ze staruszką sprzed kilku lat, dokładnie w tym miejscu. Pozwoliła sobie nawet wówczas zrobić zdjęcie na pamiątkę naszej miłej konwersacji.

Obejrzałam ulicę Żeromskiego, po czym przez krańcowy odcinek ulicy Grottgera wyszłam na Wita Stwosza w okolicy przystanku tramwajowego. Tam odbiłam w prawo i wykorzystując najbliższe przejście dla pieszych, skierowałam się ku ulicy Kaprów. Na skrzyżowaniu z ulicą Asnyka znajdował się budynek z 1890 roku, a datę tę wpisano w płaskorzeźbę nad wejściem do budynku.

Po przejściu ulicy Asnyka skierowałam się ku Obrońców Westerplatte. Wypisałam sobie kilka tamtejszych adresów z rejestru zabytków, ale ciekawych willi znalazło się tam więcej. Natrafiłam także na budynek powiązany z osobą Jana Wojnarskiego – działacza PTTK. Na moment odbiłam na plac Inwalidów Wojennych, zajrzałam również w niedługą ulicę Flisacką, ale poza tym przeszłam całą ulicę Obrońców Westerplatte aż do pętli tramwajowej. Tam zakończyłam swoją wyprawę.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej, drugiej i trzeciej wycieczki po Oliwie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *