Oliwa – na tropie patrycjuszowskich dworków

Drugą wycieczkę po Oliwie odbyłam z koleżanką, z którą ukończyłyśmy razem kurs przewodnicki, ale już wówczas korciło mnie zrobienie kroku dalej i pójście na gedanistykę. Spotkałyśmy się w okolicy stacji Gdańsk Przymorze SKM. Przeszłyśmy na światłach, zbliżając się do Hali Olivia. Z tej perspektywy mogłyśmy zobaczyć zarówno wieżowce za nią, jak i po przeciwległej stronie skrzyżowania, wzdłuż linii kolejowej.

Weszłyśmy na teren Uniwersytetu Gdańskiego. Poprowadziłam koleżankę w stronę swojego Wydziału Biologii. Na budynku zawieszono wówczas wystawę plenerową o ptakach. Zapozowałam na tle wejścia, po czym przeszłyśmy się przez tzw. EkoPark. Byłam tam już wcześniej, ale nie pamiętałam pomnika Płażyńskiego. Idąc tamtejszymi alejkami, można było obejrzeć różnorakie skały. Towarzyszyły im tabliczki z nazwami. Ponadto przedstawiono różne zbiorowiska roślinne. Teren wyposażono w ławeczki, stoliki szachowe oraz kładki przy oczkach wodnych. Pamiętając jeszcze z okresu studiów pustą przestrzeń, która znajdowała się w tym miejscu, byłam naprawdę pod wrażeniem tej przemiany. EkoPark mógł, jak podejrzewam, służyć studentom biologii, ale pewnie niejeden student innego kierunku z chęcią spędziłby tam okienko 😉

Zapozowałam jeszcze z instalacją „50 lat UG”, po czym dotarłyśmy pod bibliotekę, gdzie stał pomnik Mrongowiusza. Pamiętałam, jak pozowałam na jego podobieństwo tych parę lat temu, gdy wędrowałam po całym Gdańsku po raz pierwszy. Dalej znajdowała się kolejna instalacja „I <3 UG”, gdzie również znalazłam się w kadrze. Pytałam koleżankę, czy chciałaby zapozować przy swoim wydziale, ale dla aktualnej studentki nie miało to takiego znaczenia, jak dla mnie – sentymentalnej absolwentki.

Przeszłyśmy tunelem pod torami tramwajowymi na drugą stronę ulicy Wita Stwosza. Pamiętałam z okresu studiów graffiti z postaciami historycznymi, władcami, ale także przedstawicielami świata nauki. Te malunki zawsze robiły na mnie wrażenie, ale zniknęły w czeluściach przeszłości, bo zastąpiły je nowe. Cieszyłam się jedynie, że tych parę lat temu zrobiłam sporo zdjęć. Z obecnych graffiti w całym tunelu najciekawsze dla mnie były czarno-białe malunki lasu pełnego zwierząt, choć muszę przyznać, że sam przekaz pozostałych prac, dotyczący szeroko pojętej ekologii, troski o środowisko i odnawialnych źródeł energii był mi bliski.

Z ulicy Wita Stwosza zajrzałyśmy w obie części Bażyńskiego, ostatecznie wchodząc w ulicę Kubusia Puchatka. Podobały mi się lokalne, bajkowe nazwy dwóch równoległych ulic, z których od drugiej dzielił nas jeszcze kawałek. Podobnie pamiętałam, że bardzo pozytywne wrażenia, tym razem estetyczne, towarzyszyły mi w kontekście pierwszej posesji na ulicy, w którą skręciłyśmy najpierw. Przez tych parę lat nic się nie zmieniło – posesja dalej była zadbana i miała ładne ogrodzenie. Inną ciekawą budowlą był dom z okrągłym dachem, kilkadziesiąt metrów dalej po tej samej stronie.

Przez króciutką ulicę Milewskiego, dotarłyśmy na ulicę Jasia i Małgosi. Tam zobaczyłyśmy, jak chłopczyk biegł przez swoje podwórko, by powiedzieć nam dzień dobry. Powiedziałam koleżance o swoim pomyśle na gedanistykę. Nie orientując się jeszcze, jak wyglądają te studia podyplomowe, założyłam, że zapewne finalnie trzeba napisać pracę i pomyślałam, że może skupiłabym się na fortyfikacjach Góry Gradowej.

Wyszłyśmy ponownie na Bażyńskiego i kolejnym odcinkiem tej drogi trafiłyśmy na Polanki. Przy tej okazji zobaczyłyśmy Dom Pomocy Społecznej, ale nas interesowały dworki patrycjuszy, podobnie jak podczas zwiedzania VII Dworu. Dwór IV znajdował się przy Szpitalu Dziecięcym im. Płażyńskiego. Zobaczyłyśmy tablice informujące, aby nie podchodzić, ale prawdopodobnie były to tylko działania zachowawcze, bo obiekt pozostawiono sam sobie. Nawet na planie obiektu poszczególne zagospodarowane budynki oznaczono numerami, tymczasem Dwór IV był zwyczajnie podpisany.

Przesympatyczny pan ochroniarz puścił nas, dodając przy tym, że dworów było siedem, ale Dworu VII już nie ma. Dopowiedziałam, że istniał do 1945 roku. Chyba nam dobrze z oczu patrzyło, a ponadto wiedział, że interesują nas właśnie patrycjuszowskie dwory, nie znalazłyśmy się tam znikąd. Mężczyzna zażartował, że daje nam grant turystyczny i pozwolił pójść z nami swoim psiakom, które zachowywały się, jakby chciały nas oprowadzać. Budynek był dość prosty, pokryty szarym tynkiem, a okna dolnej kondygnacji zabito deskami. U góry przy jednym z okien znajdował się maleńki balkonik, do którego prowadziła drabinka. Na ścianie Dworu IV znajdowała się żółta tablica ostrzegająca, że budynek grozi zawaleniem. Tuż obok znajdował się niewielki staw, po którym pływały łabędzie, a kawałek dalej połać zieleni z placem zabaw, pełniąca także rolę boiska.

Opuszczając teren, zwróciłyśmy uwagę na ciekawy znak ostrzegawczy, prezentujący dziewczynkę z dorosłym opiekunem, przy czym każde z nich miało coś w ręku. Dorosły przytrzymywał dziecko. Poniżej znajdowała się tabliczka z napisem: „Dotyczy całego terenu”. Nie znalazłam tego znaku nigdzie indziej, jedynie mogłam się domyślać, że dzieci na terenie szpitala miały przemieszczać się pod opieką dorosłych.

Wróciłyśmy na ulicę Polanki i przemieściłyśmy się ku kolejnemu z dworów. Dwór III zajmowany był obecnie przez zakład poprawczy, a w pobliżu bramy nikogo nie było, nie próbowałyśmy zatem jej przekraczać. Przeszłyśmy za to na przeciwną stronę ulicy Polanki, skąd weszłyśmy w Kasprowicza. Skręciłyśmy w Grottgera, naszym celem było bowiem kilka najbliższych dróg, których patronami byli głównie twórcy literaccy. Idąc ulicą Tetmajera ponownie w stronę Polanki, zauważyłam:

– To jest też ciekawe, że generalnie tu są domki, a co jakiś czas wyrasta blok.

– O, taki kontrast – dopowiedziała moja towarzyszka.

Nie tylko mi podczas spacerów towarzyszyły różne przemyślenia, tego byłam pewna. Nie zawsze jednak moje towarzystwo dzieliło się nimi na głos, jak zrobiła to moja towarzyszka:

– Jesteśmy nad morzem. I teoretycznie powinno być morze, a idziemy troszeczkę dalej, niedaleko od morza i mamy jakieś pagórki obrośnięte zielenią i trochę to zalatuje górami albo okolicami gór. Teraz też idziemy pod górę. Za chwilę będziemy schodzić z górki (…)

– Czyli w Gdańsku mamy tak jakby liźnięcie wszystkiego, co w Polsce, nie? Są też jeziora.

– Otomin. Zawsze mi się nazwa myli z Witominem.

Następnym punktem na naszej trasie było Ogólnokształcące Liceum Programów Indywidualnych, którego patronem został Unrug. Upamiętniono to głazem przed schodami. Stopnie prowadziły do wejścia z dwóch stron, a powstała przy nich ścianka była pokryta graffiti z ośmiornicą. Obok mieścił się Okręgowy Urząd Miar.

Kawałek dalej zdziwiło mnie, że na tych wszystkich budynkach dworów (a byłyśmy akurat przy Dworze II) nie jest napisane, że są to zabytkowe dwory. Nie było dotąd absolutnie żadnej tabliczki, opisującej na co się w ogóle patrzy. W tym przypadku jedynie na ogrodzeniu przeczytałyśmy, że gmach zajmował obecnie Zakon Najświętszego Zbawiciela Św. Brygidy. Zza płotu udało się zobaczyć całkiem sporo i dla odmiany można było nacieszyć oko, że posesja jest zadbana, a zabytkowy budynek zdawał się być w dobrych rękach. Ten sam herb, co na tabliczce, znajdował się w zwieńczeniu fasady, tymczasem moją uwagę zwróciła także pięknie zdobiona brama.

Ponownie przeniosłyśmy się ku mniejszym uliczkom, których osią była ulica Grottgera. Przy jednym ze skrzyżowań dostrzegłyśmy życiorys artysty. Tuż obok namalowano graffiti z bocianami. Ptasie pióra przykuły moją uwagę kawałek dalej, gdyż ktoś wbił je w drewniane pale na kształt pióropusza. W ten sposób przeszłyśmy od Derdowskiego przez Grottgera do Orkana. Tam odbiłyśmy w lewo, by odwiedzić jeszcze dwie mniejsze uliczki, z czego pierwsza stykała się pod nietypowym kątem z ulicą Wita Stwosza. Przy głównej ulicy zrobiłyśmy delikatną „cofkę”, by również z tej perspektywy tejże zajrzeć w ulice Tetmajera i Kasprowicza.

Gdy zawracałyśmy ku Noakowskiego, jechał akurat tramwaj numer dwanaście, ale tylko na Ujeścisko, choć od pewnego czasu linia ta dojeżdżała na pętlę na południu Jasienia. Patronem mijającego nas pojazdu był Erich Volmar. Patroni tramwajów niezmiennie mnie intrygują, więc chwyciłam po telefon, by zrobić zdjęcie i to zapamiętać. I się tak zakręciłam, że nie umiałam jedną ręką zrobić zdjęcia, bo w międzyczasie się rozpadało i trzymałam już w drugiej ręce parasol. Jak potem nagrałam: momentalnie się nam zrobił deszcz 😉

Deszcz to jednak mało powiedziane. Momentalnie lunęło. Przeszłyśmy Noakowskiego i na złączu z ulicą Zacisze szukałyśmy właśnie ciut bardziej zacisznego miejsca, gdzie strumienie wody nie zacinałyby tak mocno, a buty nie przemakały w tak zastraszającym tempie. Ulewa była nieco lżejsza do przetrwania pod narożnym drzewem, ale nie miałyśmy wątpliwości, że trzeba będzie skrócić wyprawę – nawet jeśli przestałoby szybko padać, to nasze buty nie dały długo rady.

Gdy byłyśmy w stanie uważniej rozejrzeć się wokół, a zaraz potem kontynuować wędrówkę, choć już powoli zmierzając do końca, dopatrzyłam się ciekawego budynku, ze schodkowym zwieńczeniem ściany i okrągłym okienkiem niewiele niżej. W obrębie innej posesji zobaczyłam z kolei na podwórku dziecięcy różowy namiot, który kształtem przypominał zamkową wieżę. Spojrzałam i powiedziałam rozczulona:

– O, tu mieszka jakaś mała księżniczka.

Tymczasem koleżanka, zauważając stosowną tabliczkę, dodała ze stoickim spokojem:

– I zły pies.

Jakże to oddawało kontrastowe natury nas obu! 🙂

Przez Wita Stwosza, gdzie tymczasem dotarłyśmy, ruszyłyśmy znów ku Derdowskiego. Plan trasy wydał mi się w tym momencie nieco chaotyczny, ale stojąc pod drzewem ustaliłyśmy, jak założoną wycieczkę skrócić, by każda z nas była usatysfakcjonowana kompromisem, a jednocześnie wykorzystać fakt, że po krótkim, choć ulewnym deszczu, póki co opady ustały.

Kolejno przespacerowałyśmy się uliczkami Miraua, Kaprów i Wąsowicza. Naszą uwagę zwracała przede wszystkim różnorodność zabudowy – od klasycznych domków szeregowych, przez wille, do drewnianych chat. Zatrzymałam też wzrok na jednym z ogrodów, po deszczu bowiem ta zieleń wydała mi się wyjątkowo ożywcza i piękna. Odwiedziłyśmy ulice Kręckiego i Drzymały. Przy tej drugiej natknęłyśmy się na płaskorzeźbione zdobienia domów, które skłoniły nas do zatrzymania się. Podczas dalszej wędrówki przystanęłyśmy także przy skwerku. Ulicą Husa wróciłyśmy na Derdowskiego.

Wówczas ruszyłyśmy ku Kaszubskiej. Z jej okolic dopatrzyłyśmy się budynku Olivia Star, widocznego zresztą z wielu punktów miasta. Pomyślałam, jak cudownie byłoby kiedyś się tam wybrać na taras widokowy i momentalnie osadziłam sobie to marzenie w głowie (i zrealizowałam nieco ponad dwa miesiące później). Tymczasem koleżanka uświadomiła mnie, że tam jest bardzo „fancy atmosfera”, bo u góry mieściła się dość droga restauracja. Podczas naszej wycieczki po Oliwie ograniczyłam się do uwiecznienia w kadrze odbicia wieżowca w kałużach. Nie byłabym też sobą, gdybym nie zachwyciła się ceglanym murem z towarzyszącą mu zielenią.

Wyszłyśmy na Grunwaldzkiej i skierowałyśmy się na południe, mijając przy tym Olivia Business Centre, którego część stanowił wspomniany wieżowiec. Zakończyłyśmy wycieczkę w tym samym miejscu, w którym ją rozpoczęłyśmy. Usatysfakcjonowane spędzonym wspólnie czasem, wróciłyśmy do domów na zasłużony odpoczynek.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej, drugiej i trzeciej wycieczki po Oliwie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *