Tym razem na celowniku znalazła się Strzyża. Dzielnica, co do której od zawsze miałam mieszane uczucia, być może dlatego, że kilka miesięcy tam mieszkałam i nie czułam się komfortowo ani w miejscu zamieszkania, ani uczęszczając do tamtejszego kościoła i słuchając upolitycznionych kazań ówczesnego księdza. Tak bardzo czułam, że tam nie pasuję, że nawet po przejściu całej Strzyży ulicę po ulicy po raz pierwszy, niejednokrotnie zdarzyło mi się skręcić nie w tę ścieżkę i w efekcie nadłożyć drogi.
Towarzyszyła mi koleżanka, z którą znałyśmy się przez większość życia, co sprawiło, że nawet po długim okresie niewidzenia się, tematów było bez liku. Ciekawie było spoglądać na naszą relację i ludzi wokół nas z perspektywy tego upływu czasu. koleżanka opowiadała mi chociażby o swoim wyjeździe kamperem.
– Byłam mistrzynią szrotu – opowiadała, chwaląc się znalezieniem skrzyni biegów do kampera na wymianę [na złomowisku?].

Spacer rozpoczęłyśmy przy stacji SKM Gdańsk Zaspa. Zeszłyśmy ku Grunwaldzkiej i ruszyłyśmy na skwer Marszałka Józefa Piłsudskiego. Nim jednak obejrzałyśmy pomnik samego marszałka, dopatrzyłyśmy się też takiego z napisem „Jezu, ufam Tobie” i wizerunkiem Chrystusa. Obu pomnikom towarzyszyła połać zieleni.


Wyszłyśmy na Szymanowskiego, która graniczyła z kolejną już dzielnicą – Wrzeszczem Górnym. Gdy skręciłyśmy w Karłowicza, byłyśmy świadkami zatoru, który powstał, gdy kierowcy próbowali wyjechać pomiędzy zaparkowanymi autami przez wąską drogę. Wkrótce znalazłyśmy się na skwerze im. Krzysztofa Kolbergera. Zarówno na głazie pamiątkowym, jak i na słupku umieszczono tablice informacyjne na jego temat, podkreślając związki aktora ze Strzyżą – mieszkał przy ulicy Karłowicza i uczył się w liceum, którego teraz był patronem.


Wkraczając w Lipińskiego, przyglądałyśmy się przelatującym ptakom. Ulica była o tyle ciekawa, że choć biegła bardzo blisko głównej drogi, nie dochodziły tu dźwięki z Wojska Polskiego, szczególnie przejeżdżające tamtędy tramwaje.

Gdy wyszłyśmy na Zamenhofa, mile zaskoczył mnie widok tablicy z zasługami patrona. Co ciekawe, tablica nie była nowa, a dostrzegłam ją po raz pierwszy, choć mijałam ją, mieszkając na Strzyży, dosyć często. Odbiłyśmy w lewo, po czym weszłyśmy w Karłowicza. Przy tej okazji dopatrzyłam się płaskorzeźby nad jednym z wejść. Przy Kisielewskiego odkryłyśmy Dzienny Dom Samopomocy. W ramach tej samej posesji mieścił się Klub Przyjaciół Strzyży.



Przez Szymanowskiego dotarłyśmy aż do Chrzanowskiego. Kolejne uliczki były przeplecione dróżkami bez nazwy. Odwiedziłyśmy ulicę Żeleńskiego. Na naszej trasie dopatrzyłyśmy się ozdoby w kształcie kota, a także drogowskazu rodem z fantastycznego uniwersum – znalazły się tam nazwy takie jak Hogwart czy Narnia, ale również zupełnie realny Toruń. Ponadto zobaczyłyśmy ciekawą roślinę. Moja towarzyszka uświadomiła mnie, że nazywa się ją perukowcem, być może z powodu pochodzenia z Ameryki Południowej, niewykluczone, że z samego Peru. Normalnie miałby kwiaty niczym chmurki, ale nasz okaz miał tylko żyłki, na których wcześniej były kwiatki. My mogłyśmy obejrzeć tylko przekwitnięty kwiatostan.


– Takie chmurki zostały tylko – wskazała moja towarzyszka.
– To wygląda jak taki puch – dodałam.
– No, różowe jak wata cukrowa.
– Podoba mi się.



Moja towarzyszka od dziecka interesowała się roślinami i od zawsze była dla mnie pod tym względem dużym autorytetem. Choć sama z wykształcenia jestem biologiem, nigdy nie czułam się mocna w botanice. Cieszyłam się, że uzupełniła naszą wycieczkę dzięki swojej wiedzy.
Tymczasem na Różyckiego uwagę koleżanki zwróciła inna roślina zielna.
– A tu masz zawilca japońskiego – pokazała mój prywatna botanik.
Szybko stwierdziłam, że to właśnie ją powinnam zabierać na spacery botaniczne. Na posesjach prywatnych nie brakowało zieleni, więc rozglądałyśmy się uważnie za kolejnymi ciekawymi akcentami.

– To chyba wiesz, co jest? – na późniejszym odcinku zadała mi pytanie moja towarzyszka.
– Mogę nie odpowiadać na to pytanie? – zażartowałam, nie chcąc się skompromitować.
– Orzech włoski – usłyszałam odpowiedź.


Obejrzawszy ostatni odcinek Karłowicza, a także ulice Sygietyńskiego i Księdza Sychty, wyszłyśmy na skwer z pomnikiem Stanisława Maczka. Tutaj zrobiłyśmy sobie przerwę regeneracyjną i skupiłyśmy się w stu procentach na prywatnej rozmowie. Tutejsza fontanna była aktualnie nieczynna. Jedno z drzew ubrano w ręcznej roboty „ubranko”, a plac zabaw świecił pustkami.




Kolejna na celowniku była ulica Chopina. Doszłyśmy nią do ulicy Gomółki. Patrona nie należałoby jednak mylić z działaczem komunistycznym Władysławem Gomułką. Mikołaj Gomółka był bowiem renesansowym kompozytorem i w związku z tym jak najbardziej jego ulica pasowała po sąsiedzku z tą, której patronował Chopin. Doszłyśmy do kościoła pw. Zmartwychwstania Pańskiego i z przedsionka zajrzałyśmy do środka. Na okolicznym budynku znalazł się wizerunek założyciela Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego – Bogdana Jańskiego.


Następnie przeszłyśmy się ulicą majora Hubala w kierunku Skweru im. Gałuszki, który, co musiałam przyznać, wypiękniał przez kilka lat, odkąd byłam tam po raz ostatni. Odwiedziłyśmy Rolną i Ludową, następnie kierując swą wędrówkę ulicą Kmieca, która wedle widniejącej na płocie tabliczki „nie była psią toaletą”. W sumie to smutne, że trzeba ludzi w tym zakresie uświadamiać i wydało mi się naturalnym, że mieszkańcy chcą mieć porządek.


Skręciłyśmy początkowo w lewo, dzięki czemu dotarłyśmy do dosyć schowanej drogi.
– Ulica Lindego – przeczytałam. – Linde to chyba był bohater „W pustyni i w puszczy” – skojarzyłam samo nazwisko.
Moja towarzyszka aż się uśmiechnęła. Tymczasem tutejszy Linde, imieniem Samuel, był językoznawcą, bibliografem i pedagogiem. Wówczas ruszyłyśmy ku ulicy Oskara Kolberga, etnografa i kompozytora. Droga jakby zawracała, tworząc dość ostry kąt. Tam znajdowała się niewielka odnoga, będąca samodzielną ulicą Makuszyńskiego.


Niedługo później znalazłyśmy się przy drugim krańcu ulicy Kmieca, a jeszcze dalej na linii lasu przy ulicy Arciszewskiego. Idąc na granicy natury i cywilizacji, wypatrywałyśmy kolejne rośliny zielne, a na niewielkiej polance mieściła się także siłownia na powietrzu. Kawałek dalej można było odbić ścieżką w lewo i tego miejsca bym nie odkryła, gdyby nie moja towarzyszka. Znajdowały się tam relikty mostu Weisera z 1913 roku i dawnej kolei kokoszkowskiej. Zobaczyłyśmy nawet z wiaduktu przejeżdżający pociąg PKM, mijający się akurat z tym na drugim torze.



Gdy wyszłyśmy ponownie przy kościele, wypatrzyłam tablicę z kamieniem węgielnym, a dalej inną, częściowo zasłoniętą przez gałąź.
– O, historia! (…) Potrzebuję pomocy, bo nie umiem na pionowo jedną ręką zdjęcia zrobić. [Telefon słabo się trzyma.]
W reakcji na to moja towarzyszka przytrzymała gałąź, a ja oburącz chwytając telefon, wykonałam zdjęcie tablicy. Chwilę później odwiedziłyśmy jeszcze ulicę Kiepury, nim ruszyłyśmy dalej.


Przez ulicę majora Hubala trafiłyśmy na skrzyżowanie Chrzanowskiego i Wilka-Krzyżanowskiego. Przy niej mieściła się szkoła, której teren obeszłyśmy niemal naokoło, kierując się ku Żeglarskiej. Dopiero wówczas podeszłyśmy pod IX Liceum Ogólnokształcące od frontu – to tu mieściła się tablica z autografem patrona. Okazało się, że w tutejszym zespole szkół jest też Szkoła Podstawowa nr 66.



Dalej poszłyśmy ulicą Glinki i byłyśmy zaskoczone zastawą, którą ktoś wyrzucił na śmietnik. Zawróciłyśmy przez ulicę Fitelberga, po czym wyszłyśmy ku tramwajom. Podeszłyśmy w okolice zajezdni, gdzie znajdowała się oficjalna granica dzielnic. Pod peronem PMK Gdańsk Strzyża spędziłyśmy chwilę oglądając murale „Kobiety Wolności”.






Zawróciłyśmy i już po przeciwnej stronie do dotychczas zwiedzanej miałyśmy uzupełnić resztę dzielnicy. Po bardzo fajnej wspólnej wędrówce rozdzieliłyśmy się jednak na skrzyżowaniu Chopina i Nowowiejskiego. Koleżanka ruszyła tą pierwszą, by wrócić do domu, bo miała jeszcze w planach obiad u „teściowej”. Tymczasem ja planowałam zwiedzić jeszcze kilka uliczek, od Nowowiejskiego począwszy. Wróciłam nią na aleję Wojska Polskiego. Skręciłam jednak ponownie w mniejszą uliczkę, gdy doszłam do Moniuszki. Ostatecznie wyszłam przez Chopina na Grunwaldzkiej i zakończyłam wędrówkę w miejscu jej początku.




Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Strzyży!
