Ponownie na celowniku znalazła się dzielnica, którą dało się przejść w całości podczas jednego spaceru. Towarzysząca mi tego dnia koleżanka zasugerowała, by do krótkiej wycieczki dołożyć spacer przez las do Oliwy, byśmy spędziły więcej czasu razem i mogły się nagadać w ciekawych okolicznościach przyrody. Poza tym obu nam odpowiadało zakończyć w okolicy pętli tramwajowej w Oliwie.

Wystartowałyśmy na przystanku tramwajowym przy Uniwersytecie Gdańskim i najpierw weszłyśmy w ulicę Macierzy Szkolnej, kierując się ku akademikom. Obok rozciągały się, jak to określiła koleżanka: „ogromne połacie ogródków działkowych”. Moja towarzyszka zauważyła, że w Gdyni zna trzy takie miejsca, m.in. na Witominie, ale to nad Obłużem są największe.

Minęłyśmy sklep, ale nie skręciłyśmy między akademiki. Na piątym roku studiów spacerowałam tam niemal co dnia, bo mieszkałam w jednym z nich. Tym razem poszłyśmy na wprost. Przy jednej z posesji wypatrzyłam rzeźbę – popiersie. Stojący tam dom miał pod dachem ładne laubzegi.
Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy Polanki. Podążyłyśmy wzdłuż ogrodzenia wokół terenu szpitala i lądowiska dla helikopterów, kierując się jakby w las. Zastanawiałyśmy się z koleżanką, jak często przy szpitalu lądują helikoptery, bo wydawało nam się, że jednak tworzy to spory odcinek do pokonania z pacjentem od takiego lądowiska do szpitalnego oddziału ratunkowego. Zależało mi, abyśmy podeszły dalej. To tam, gdzieś w głębi, powinnyśmy dopatrzeć się Dworu V – jednego z zabytkowych dworków, które były charakterystycznym ciągiem rezydencji dawnych mieszczan gdańskich. W XXI wieku przeszedł w ręce prywatne. Zza drzew udało się zobaczyć tylko kawałek budynku z bocznej perspektywy.


Niedługo później weszłyśmy w ulicę Czarnowskiego. Stamtąd przez Ogryczaków i Kurzyńskiego dotarłyśmy ponownie do ogródków działkowych. Spacerowałyśmy wzdłuż nich przez Paneckiego. Koleżanka zwróciła uwagę na stojący nieopodal wieżowiec (nr 19).
– O, nie wiedziałam, że tu jest jakiś wieżowiec.



Zawsze sprawiało mi radość, gdy moi towarzysze również czerpali z naszych spacerów i odkrywali coś nowego dla siebie. Wkrótce przeszłyśmy pod wspomnianym wieżowcem, a dalej ku ulicy Bellinga. Wypatrzyłam tam ogrodzenie, które wyglądało jak drewniane, pomalowane na szaro, ale było murowane i tylko imitowało drewno między słupkami. Z daleka wydawało się, że widzimy słoje na deskach, tymczasem z bliska widoczne były nawet pęcherzyki powietrza w odlewach. Zaciekawiła mnie także ceglana obramówka jak na okno w murze, ale zabudowana, z osadzoną u szczytu latarenką.



Spacerowałyśmy następnie ulicą Krasnoludków przy ogródkach działkowych wzdłuż drugiego ich skraju niż na początku wycieczki, co faktycznie wskazywało do gabaryty tego obszaru. Tutaj z kolei naszą uwagę zwracały rośliny – róże, piwonie, dzwonki i inne. Moja towarzyszka rzucała mi pod nogi płatki róż i poczułam się prawie jak na procesji w Boże Ciało. Przypomniał mi się jeden z naszych gdyńskich spacerów, gdy koleżanka układała bukiecik ze znajdywanych kwiatków, ale i chwastów.
Wyszłyśmy jednak wkrótce na ulicy Wita Stwosza, biegnącej wraz z torami tramwajowymi i rzeczywiście udało nam się dostrzec pojazd, którego patronem był Oscar Kupferschmidt.



Zaglądając w ulicę Abrahama w prawo, dopatrzyłyśmy się tabliczki z nazwą dzielnicy. Moją uwagę zwrócił także narożny dom o dość ciekawych detalach architektonicznych. Kolumny podtrzymywały balkonik nad wejściem, a powyżej spodobało mi się półkoliste okienko ze szprosami. Ustawiony w osobnym budynku garaż też miał w dachu dodającą mu charakteru lukarnę.


Podeszłyśmy bliżej stacji PKM Strzyża i skręciłyśmy stamtąd w ulicę Drożyny, z której zajrzałyśmy także w Głogowską, by ostatecznie wrócić na Drożyny. Nie miałam poczucia, że ten teren zmienił się w ostatnich latach, ale dopiero teraz dopatrzyłam się nieco przearanżowanego herbu Gdańska na jednym z budynków. Wyszłyśmy na Polanki i odbiłyśmy w lewo, docierając do wiaduktu, przy którym VII Dwór przechodził już w Strzyżę. Zawróciłyśmy przez Polanki aż do ulicy Abrahama.


Tam na moment skupiłyśmy się na budynku meczetu. Chciałam go obejrzeć wewnątrz podczas oliwskiej edycji Open House, ale nie byłam w stanie pogodzić wszystkiego, co mnie interesowało. Tym razem mogłam popatrzeć i sfotografować budynek z zewnątrz, ale nie traciłam nadziei, że kiedyś będzie mi dane jeszcze znaleźć się w środku. Po kursie przewodnickim zwróciłam uwagę na obecność łuków podkowiastych w oknach, czego nie dostrzegłam nigdy wcześniej.
Przeszłyśmy najpierw odcinek ulicy Abrahama, wiodący do Oliwy, ale należący jeszcze do VII Dworu, gdzie mogłyśmy zajrzeć jeszcze w drugi skraj Głogowskiej, po czym zawróciłyśmy do ulicy Polanki. Nie weszłyśmy jednak w Abrahama, a w Doroszewskiego, odbijając również w okoliczne chaszcze, prowadząc nieudane poszukiwania Dworu VI.


Wyszłyśmy za kościołem Św. Stanisława Kostki i wstąpiłyśmy na moment do środka. Nieopodal dopatrzyłyśmy się jeszcze przychodni. Kolejne dwie uliczki tworzyły jakby kształt klepsydry i pozwiedzałyśmy je takimi zawijasami, a były to Siemiradzkiego i Gryglewskiego. Tę pierwszą zdominowała zabudowa jednorodzinna. Z nich wyszłyśmy na Chełmońskiego, gdzie moją uwagę od razu zwróciły bloki. W tamtej okolicy mieścił się też kiedyś Dwór VII, dziś już nieistniejący.
Na ulicy Norblina, w okolicy apteki, spacerujący ze swoją panią psiak postanowił się zakumplować z koleżanką, więc zrobiłyśmy sobie krótki przystanek. Potem odwiedziłyśmy ulicę VII Dwór i w sumie wydało mi się to ciekawe, że ma taką samą nazwę jak dzielnica i to nie w formie przymiotnika. Wzdłuż szeregu garaży dotarłyśmy do Gdańskiej Szkoły Szermierki. Przystanęłam także przy tablicy informacyjnej o płazach obok Szkoły Podstawowej nr 70. Kawałek dalej niestety zobaczyłyśmy płaza, który nie przeżył pobytu pośród miejskiej zabudowy.


Kolejną ulicą na naszej trasie była Michałowskiego. Mijane przez nas przedszkole miało tabliczkę informującą, jakoby znajdowało się w Gdańsku-Oliwie. Ot, ciekawostka 😉 Pętelkę drogi pokonaliśmy, zawracając przez Orłowskiego.
Przy Rodakowskiego znajdowała się piekarnia, gdzie moja towarzyszka postanowiła uzupełnić swój prowiant, tymczasem ja obeszłam tę uliczkę w górę i z powrotem, odwiedzając także ulicę Mehoffera. Parę lat temu jeszcze nie wiedziałam nic o tym malarzu, ale w międzyczasie uświadomiła mnie moja wizyta w Turku. Na tym odcinku pobawiłam się również aparatem, kadrując między innymi blok z całą ścianą balkonów.


Wyszłyśmy na Norblina na wysokości Chełmońskiego i ruszyłyśmy żwawo ku ulicy Abrahama. Od ostatniego jej odcinka odchodziło kilka małych uliczek z szeregową zabudową jednorodzinną: Sośnickiego, Potyrały, Rylkego i Bukowskiego. Na skraju drogi stał krzyż.


W tamtym miejscu weszłyśmy na ścieżkę prowadzącą w las. Przebiegała tamtędy ścieżka przyrodnicza „Dolina Samborowo”. Zamiast tablic przyrodniczych, natknęłyśmy się jednak na krzyż upamiętniający twórcę lokalnej drogi krzyżowej. Wkrótce koleżanka zauważyła w lesie drzewo (a właściwie chyba dwa zrośnięte) z taką naturalną dziurą pomiędzy dwoma pniami. Stwierdziła, że ptaszki mogły tam pić wodę, gdyż we wgłębieniu woda się zatrzymywała, nie spływając w całości niżej.


Przekroczyłyśmy szlaban i znalazłyśmy się na zielonym szlaku. Zgodnie z interesującą nas opcją na drogowskazie skręciłyśmy w prawo. Minęłyśmy kolejne trzy krzyże tworzące drogę krzyżową. Wędrowałyśmy dalej, a koleżanka z zaciekawieniem studiowała moją mapę.


Choć wydawało się, że trzymamy się cały czas głównej ścieżki, natrafiłyśmy wkrótce na rozgałęzienie, które nijak nie odwzorowywało tego, co powinnyśmy zobaczyć według mapy. Kierowałyśmy się intuicyjnie jak najbardziej na wprost, później okazało się jednak, że nie szłyśmy na północ, raczej na północny-zachód.
Widząc, że wędrujemy zdecydowanie za długo i powinnyśmy już dawno wyjść w Oliwie, zagadałyśmy do pana uprawiającego nordic–walking. Kijkiem rozrysował nam, na jakie rozwidlenie natrafimy dalej i zasugerował, byśmy odbiły tam w prawo. Prostopadła do naszej ścieżki droga – Szwedzka Grobla, którą wskazywał nam spacerowicz, była trasą, którą podążyli w 1626 roku Szwedzi w stronę Oliwy, gdzie napadli na włości cystersów.

Tym szlakiem o historycznych konotacjach stopniowo i my zbliżałyśmy się do celu, robiąc sobie krótki przystanek regeneracyjny, gdy zobaczyłyśmy pieńki i kłody, gdzie dało się przysiąść. Dopiero dalej na naszej drodze znalazła się ławeczka. Dawniej z niej rozpościerał się widok na morze (o czym wspominał spacerowicz), dziś jednak teren był bardziej zadrzewiony. Mimo to zobaczyłyśmy kawałeczek wody i statek w oddali.


Nim wyszłyśmy z lasu, natrafiłyśmy jeszcze na polanę z miejscem na ognisko okolonym kamieniami. Ostatecznie ścieżka wyprowadziła nas w okolicy skrzyżowania Świerkowej i Kwietnej. Odbiłyśmy w prawo i resztę trasy, tak dobrze już znanej, przeszłyśmy bez przygód.

Moja towarzyszka śmiała się ze mnie, że miałam średnią orientację w lesie i niestety, ale miałam świadomość, że ma rację. Żywiłam nadzieję kiedyś poznać lepiej okoliczne lasy i nabrać i tam orientacji. Jednocześnie ścieżki nie były jakoś super oznaczone. Byłam prowodyrem przez odcinek miejski, ale zgodnie z sugestią mojej towarzyszki jakieś drugie tyle szłyśmy przez las i pewnie trwałoby to krócej, gdybyśmy nie odbiły nadmiernie w lewo. W każdym razie zwiedziłyśmy całą dzielnicę, a według aplikacji koleżanki cała wycieczka obejmowała dystans 14,5 km.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z VII Dworu!

Z tego co pamiętam to z leśnej ławeczki widać morze ale muszą liście opaść 🙂 W VII Dworze polecam jeszcze wzgórze Lagry i dawną skocznię narciarską. Opis wycieczki jak zwykle klasa 🙂
Nie było mnie tam jeszcze jesienią / zimą, gdy drzewom brakuje liści – także chyba do nadrobienia 😉
Bardzo dziękuję! Staram się, by relacje z wycieczek były ciekawe i pełne detali 🙂