Młyniska – szlakiem nowych odkryć przeplecionych wspomnieniami

Są takie dni, kiedy niekoniecznie chce się wyjść z domu. Ostatniej czerwcowej niedzieli właśnie tak się czułam, a jednocześnie szkoda było mi zmarnować dzień. Dlatego wybrałam mniejszą dzielnicę i podjechałam na przystanek tramwajowy Stocznia SKM, żeby rozpocząć zwiedzanie Młynisk. Zresztą właśnie w okolicy przystanku mieściła się tabliczka z nazwą dzielnicy.

Dałam sobie chwilę na wejście na wiadukt i spojrzenie na miasto, w tym na tereny stoczniowe, z góry. Było dziesięć po ósmej. Świat wydawał się spać, a nie pędzić, jak o tej porze w zwykły dzień w tygodniu. Delektowałam się tą chwilą, gdy weszłam nie po to, by zejść na peron lub po drugiej stronie torów, ale wyłącznie dla cieszenia oczu widokiem ukochanego miasta. Także jego przemysłowe oblicze, z panoramą stoczniowych żurawi, było dla mnie czymś wartościowym. Dziś wiedziałam też o samej stoczni więcej niż tych parę lat temu.

Zeszłam na chodnik i podążyłam na północ. Już po pierwszych metrach wiedziałam, że gdy wrócę do domu, będę miała niemałą satysfakcję z tego, że jednak się zebrałam. Spacerując na początek ulicą Jana z Kolna, uświadomiłam sobie, jak mocno słychać tu szum torów i trzaskanie kabli, po których sunął pantograf, gdy przejeżdżał tramwaj. Jednocześnie, na przekór jego prędkości, ja zatrzymałam się przed upamiętnieniem pożaru w Stoczni Gdańskiej 24 listopada 1994 roku. Cytat z piosenki Golden Life „Życie, choć piękne, tak kruche jest… Zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć…” niezmiennie poruszał. Użycie cegły jako budulca tego fragmentu muru, również było czymś, co rusza Martę 😉 Dopatrzyłam się wyrwy w murze i wykorzystałam ją do zabawy kadrem. Wydało mi się ciekawe, jakie akty z gdańskiej historii jeszcze pamiętają te mury.

Tymczasem w okolicy kolejnego przystanku tramwajowego zabudowa była dużo nowsza i pamiętałam, jak stawiano ów biurowiec. Niedługo później dotarłam do przystanku tramwajowego Twarda i postanowiłam i tutaj poznać teren z innej perspektywy. Dla odmiany nie pięłam się jednak w górę, a zajrzałam niżej, na filary wiaduktów. Pokrywały je liczne graffiti. Spędziłam kolejny kwadrans spacerując od obrazu do obrazu. Malunki były tak różnorodne, że trudno je krótko opisać albo choćby pogrupować tematycznie. Na szczęście są zdjęcia 😉

Jedno z przejść było zalane wodą mniej więcej do kostek. A że miałam tego dnia sandały, a nie kaloszki, postanowiłam jednak zrobić nawrotkę do przystanku. Stamtąd przeszłam na ulicę Twardą, przy okazji przechodząc kawałek ulicy Okrąg. Zaskoczyła mnie ta ilość zieleni, drzewa, gęsta trawa i kwitnące kwiaty intensywnie różowej barwy. Przemysłowa dzielnica i nie ma tu zieleni? Fałsz!

Skręciłam w Chwaszczyńską i z niej przeszłam na kolejny odcinek ulicy Okrąg. Stamtąd wyszłam już na Swojską, bo pamiętałam, że na końcu Twardej mieściły się raczej zakłady i biura, więc nic wyróżniającego się.

Ulicą Swojską ruszyłam ku Wyspie Ostrów, w przeciwnym kierunku niż kilka wycieczek wcześniej, spacerując po Letnicy. Dotarłam nad wodę. Ponownie dałam się skusić magii stoczniowych żurawi. To widok, na który trudno się napatrzeć. Przekroczyłam Martwą Wisłę i znalazłam się na ulicy Na Ostrowiu. Choć wiedziałam, że jest ślepa i dojdę do bramy stoczni, gdzie będę musiała zawrócić, postanowiłam pokusić się o taki spacer, oddając się wspomnieniom sprzed kilku lat. Minęłam siedzibę firmy Gdańskie Młyny. Pamiętałam, że parę lat wcześniej spacerowałam tu z koleżanką, na której wrażenie robiły biegnące wysoko grube rury (grzewcze?). Na łuku drogi odbiłam w prawo, przypatrując się stróżówce, przy której nasza debata wydała się podejrzana pracownikom stoczni i zaczęli się uwijać, jakbyśmy przyszły ich wtedy kontrolować. Pamiętałam panią w polarze, która poinformowała nas, że nie przejdziemy dalej, bo mamy do czynienia z drogą wewnętrzną. Tym razem bez żadnych przygód dotarłam najdalej jak się dało, po czym zawróciłam solidny kawałek, bo aż do ulicy Marynarki Polskiej.

Nie zaglądając póki co w Reja, od razu weszłam między kramiki, oczywiście zamknięte w niedzielę. Nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi, że teren wyłożono płytkami, które kolorystycznie układały się naprzemiennie jak na szachownicy. Dotarłam do Skweru im. Arkadiusza Arama Rybickiego, którego nie miałam okazji odkryć wcześniej. Zastanawiałam się, jak dawno temu zyskał patrona. Zdążyłam zrobić parę zdjęć, nim pojawili się pierwsi mieszkańcy, by przysiąść na tamtejszych ławeczkach.

Chwilę później elegancko ubraną panią zapytałam o drogę do kościoła, bo chciałam wejść na mszę o 10:00. Bryła świątyni pw. NMP Matki Kościoła i Św. Katarzyny Szwedzkiej wydała mi się dość oryginalna, ale w środku kościół nie wyglądał ekstrawagancko. Był skromny w wystroju, a kolorytu dodawały witraże. Trafiłam akurat na dłuższą mszę, po której żegnano wikarego. Burza oklasków świadczyła chyba o tym, że był tu wybitnie lubiany. Różne grupy parafialne podchodziły kolejno z upominkami i życzeniami. Scholka śpiewała pieśni, które znałam ze swoich lat licealnych, kiedy należałam do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. W związku z tym wydarzeniem nieszczególnie udało mi się zrobić jakieś ciekawe zdjęcia, a że miałam w większości kadrów ludzi, traktowałam te ujęcia raczej poglądowo.

Wyszłam w stronę ulicy Zielony Trójkąt. Odwiedzałam ją czasem w przeszłości w celach zawodowych, choć z innej strony. Wkrótce znalazłam się w odnodze obok Szkoły Podstawowej nr 69. Na budynku szkolnym zawieszono płótno z napisem „Gdańsku, będzie dobrze!”. W mieście rozwieszono takich więcej, a miały podtrzymywać ludzi na duchu w erze pandemii.

Zajrzałam potem jeszcze w niejeden zakamarek, przechodząc nieoczywistymi dla mnie wcześniej ścieżkami między zabudową, ale nigdzie nie dopatrzyłam się tabliczki z nazwą ulicy.

– Nie ma tabliczki „Zielony Trójkąt”? – zapytałam panią, która przysiadła przed jednym z bloków.

Pani chyba lekko czuła się zaskoczona pytaniem. Jakby nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Rozejrzała się i potwierdziła, że chyba takiego drogowskazu nie ma.

Gdy na koniec wyszłam na ulicy Reja, pan z ławki nad Strzyżą, z piwkiem w dłoni, popatrzył w moją stronę i rzucił:

– Dzień dobry.

Odpowiedziałam. Jednak ja już finiszowałam. Podeszłam jeszcze pod budynek Zespołu Szkół Energetycznych, po czym mogłabym rzucić raczej „do widzenia”, bo pożegnałam się z Młyniskami, przez ulicę Reja i Dolny Wrzeszcz zmierzając ku tramwajom.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Młyniskach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *