Drugą wędrówkę odbyła ze mną koleżanka. Spotkałyśmy się na przystanku Potokowa. Jakiś czas się nie widziałyśmy, więc ucieszyłyśmy się na swój widok, a dodatkowo usłyszałam komplement:
– Ładnie Ci się włosy ułożyły 🙂

Przez moment szłyśmy główną drogą, gdzie moją uwagę zwróciły kwitnące maki i pomalowane na żółto przyczepy. Niedługo później odbiłyśmy w prawo i tam było już dużo spokojniej, choć wciąż to właśnie ta ulica mogłaby stanowić taki „kręgosłup” Matemblewa, póki nie przechodziła w… Matemblewską. Właśnie w tamtą stronę się kierowałyśmy. Przy jednym z budynków po drodze, który chyba był hotelem z restauracją, dopatrzyłam się herbu Gdańska z trzymaczami pod postacią lwów, jednak na wstędze zamiast napisu „Nec Temere Nec Timide” widniała nazwa obiektu. Nawet koleżanka zatrzymała się, by zrobić zdjęcie. Wspólną fotografię wykonałyśmy z kolei, gdy zorientowałyśmy się, że furtka jednej z posesji stanowi jednocześnie… lustro. To było zaskoczenie.



Minęłyśmy zarówno skrzyżowanie z ulicą Dolne Młyny, jak i wspomnianą Matemblewską, najpierw kierując się nad zbiornik wodny. Pamiętałam, jak kilka lat temu udało mi się zrobić artystyczne zdjęcie sąsiadującej z wodą altany, wyposażonej dodatkowo w młyńskie koło. Postanowiłam zaprezentować swojej towarzyszce piękno tej przestrzeni. I tym razem nie pozostałyśmy na nie obojętne, co skończyło się wzajemną sesją zdjęciową.




Ścieżką za zbiornikiem, przez odcinek ulicy Dolne Młyny, dotarłyśmy do ulicy, której patronem był Herling-Grudziński. Za kolejnym zbiornikiem retencyjnym możliwe było przejście niemal na wysokości domu opieki. Droga kończyła się na granicy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.
– Tam wyjeżdżam z lasu, jak jedziemy [z X.] na rowerach.
– Tam czy tam?
– Tu.
Chwilę później rzeczywiście znalazłyśmy się na żółtym szlaku biegnącym przez las. Intrygujących elementów nie brakowało od samego początku.
– Ojej, czemu ta pszczoła szła? – zastanawiałam się na widok owada na ziemi.
Nie minęło dużo czasu, a znów zawołałam, tym razem w zachwycie:
– O, jaki szałas!
– Wow – podzieliła moje odczucia koleżanka.

Naszym oczom ukazała się bowiem konstrukcja z gałęzi, na kształt tipi. Zdecydowanie byłyśmy pod wrażeniem zarówno czyjegoś zapału, jak i efektu końcowego. Cieszyłyśmy się, że nikt do tej pory nie uznał, że to zniszczy i że mogłyśmy zobaczyć tipi na własne oczy. Nie obyło się bez pozowania 😉
Na kolejnym odcinku lasu dopatrzyłyśmy się betonowych słupków w metalowymi obręczami u dołu.
– A co to za ciekawy słup? (…) I kolejny – zastanowiło nas ich przeznaczenie.
Teraz myślę, że może miały być podstawą pod śmietniki, żeby ludzie nie wyrzucali śmieci, gdzie popadnie? Z drugiej strony w większości lasów raczej nie stawia się śmietników. Zdecydowanie jednak to natura była dominantą na tym odcinku. Przyglądałam się nawet mchom na korze. Chłonęłam zieleń wokół.


W pewnym momencie zobaczyłyśmy wodę po naszej lewej. Podeszłyśmy nad Strzyżę, schodząc nieco niżej, bo jak ujęła to koleżanka:
– Zawsze chciałam tu zejść.
Więc zeszłyśmy. Zrobiłyśmy sobie zdjęcia nad potokiem. Zanurzyłam też rękę w wodzie, czując przy tym jej przyjemny chłód. Bardzo głębokie było we mnie w tamtej chwili przekonanie, że tu w lesie jest naprawdę fajnie. Zakątek okazał się doprawdy uroczy i wywołał w nas wewnętrzne poczucie, że grzechem byłoby się tu na moment nie zatrzymać. Moment trwał jakieś 10 minut, ale w tym czasie poprzytulałam się do drzew, obserwowałam ślimaki i detale lokalnej przestrzeni, dotknęłam przepływającej tu wody. Czułam, że naprawdę obcuję z naturą.



Na szczęście dalsza wędrówka nie oferowała nagłego przeskoku do wielkomiejskości, ale wciąż niespiesznie, leśną drogą, podążałyśmy naprzód. Zresztą i potok tak łatwo nie chciał się z nami pożegnać:
– O, patrz! Tu też płynie.
Wkrótce dotarłyśmy do tabliczek, informujących, że znajduje się tu rezerwat Dolina Strzyży. Drogowskaz pokazywał, że zbiegają się tu szlaki kilku kolorów i pokazywał odległości do wybranych punktów:
– O, dworzec PKS. 10,5 kilometra. Idziemy? – rzuciłam do koleżanki. Kiedyś obie przecież pracowałyśmy w pobliżu. W tamtym czasie jednak moja ścieżka zawodowa się zmieniła, a i moja towarzyszka miała parę dni urlopu.
Koleżanka posłała mi wymowne spojrzenie.
– Na którą masz do pracy? Na za tydzień, na dziesiątą? – zażartowałam.


Tymczasem nas interesowało Matemblewo, więc ruszyłyśmy ścieżką, którą biegły wspólnie szlaki żółty i niebieski. Co ciekawe, dla obu określono inną odległość do celu. Bez problemu trafiłyśmy jednak do Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej, które miało być kolejnym punktem na naszej trasie. Nie było nam dane wejść do kościoła, czego bardzo żałowałam, bo nie byłam w tym miejscu podczas swojej pierwszej wizyty tutaj. Odbywała się jednak I Komunia, więc sprawa nie podlegała dyskusji. O świątyni do tej pory słyszałam tyle, że kobiety, nie mogąc zajść w ciążę, właśnie tu przybywały modlić się o poczęcie. Pewnym paradoksem wydało mi się, że dopatrzyłyśmy się w jednej ze ścian okna życia, a częścią kompleksu był Dom Samotnej Matki. W pewnym sensie dwie skrajne sytuacje w życiu kobiety.
W najbliższym otoczeniu kościoła znajdowały się rzeźby. Był pośród tych postaci chociażby Jan Chrzciciel. Zaaranżowano też estetycznie zieleń. Ułożono ścieżkę z tajemnicami różańca w formie malunków:
– A te tajemnice światła są prześwietlone – zauważyłam.
Cóż za zbieg okoliczności 😉 Ale w momencie, gdy odwiedziłyśmy to miejsce, rzeczywiście promienie światła padały tak na szyby, że trudno było dopatrzeć się obrazów za szkłem.
Spacerując, natrafiłyśmy na nagrobek ks. Kazimierza Krucza oraz Józefa Ciesielskiego. Był też inny, niepodpisany grób. Tymczasem na niewielkim wyniesieniu znajdowała się gablota z figurą Matki Bożej Brzemiennej. Gdy wspinałam się po schodkach, moją uwagę zwróciły latarenki, herb Gdańska, litera M z koroną oraz… przebiegająca akurat wiewiórka. Na szczycie, poza oczywiście samą figurą i okalającymi ją detalami, zaciekawiło mnie, że ktoś położył na ceglanym krzyżu… szyszkę. Ów widok wydał mi się nieco abstrakcyjny.




Po zejściu skierowałyśmy się w stronę Ołtarza Papieskiego. Trasa biegła wzdłuż początku drogi krzyżowej. Przy pierwszej stacji słowo „sąd” przeczytałam jako „S.A.D.” i w głowie pojawiła mi się myśl „jakie Anno Domini?” 😉 Dalsze stacje prowokowały jednak inne pytania. Poza postacią Chrystusa, inne rzeźby zdecydowanie zwracały uwagę:
– Czemu on nie ma nóg? – zadałam pytanie na głos.
– Bo funduszy nie starczyło – przedstawiła swoją tezę koleżanka.
O dziwo jednak Weronika przy szóstej stacji była w długiej sukni, spod której wystawała stopa. Dynamika rzeźb była dosyć zaskakująca – co szczególnie zwróciło moją uwagę przy stacji siódmej. Postać upadającego pod krzyżem Chrystusa budziła raczej skojarzenie z bohaterem w locie. Przynajmniej u mnie.




Dotarłyśmy do Ołtarza Papieskiego. Obiekt był dość monumentalny i wyróżniał się w tym otoczeniu zarówno gabarytami, jak i dominującą bielą. To przy tym ołtarzu odprawiał msze papież Jan Paweł II podczas wizyty w Gdański u w Sopocie w 1999 roku. Historyczne informacje rozpisano na stosownych tablicach. Poza rzeźbami Matki Boskiej i świętych (Floriana, Katarzyny, Krzysztofa, Franciszka, Jana Nepomucena), obiekt wzbogacono o namalowane postaci anielskie. Mój wzrok spoczął jednak dłużej na wyrzeźbionych wraz z Franciszkiem ptakom. Zawróciłyśmy ścieżką wzdłuż której ustawiono drugą połowę stacji drogi krzyżowej. Już na wstępie w oczy rzucały się postaci niewiast:
– One też nie mają nóg.
– Może nie umie rzeźbić nóg.




Tymczasem dotarłyśmy do tablicy informacyjnej. Byłam ciekawa, co tam znajdę, choć miałam świadomość, którędy chcemy dalej iść. Znajdujący się akurat tam pan rowerzysta ustąpił mi miejsca przy mapce, co było bardzo miłe. Podziękowałam mu i wykonałam zdjęcie.
– Jest aplikacja do map – polecił.
– My dziś tak analogowo – zaprezentowałam swoją, trzymaną w ręku.
Posłaliśmy sobie uśmiechy i pozytywnie nastrojone ruszyłyśmy w obranym kierunku. Swoją drogą zaśmiałam się do koleżanki, że to byłby ciekawy scenariusz, gdybym kiedyś na jednej ze swoich wędrówek poznała takiego drugiego wędrowca 😉
Inny pan nieopodal tablicy powiedział nam:
– Sobie zróbcie zdjęcie, a nie tablicy. Żeby była pamiątka i żebyście pamiętały, kiedy byłyście.
– Takie zdjęcia też już są. I mamy bardzo bogatą dokumentację.
– Bardzo to pojemne słowo – rzucił pan w odpowiedzi.
Był przekonany, że się chwalę. Pomyślałam, że nigdy ze mną nie wędrował 😉 A dalszą dyskusję uznałam za bezcelową. Ale przynajmniej życzył nam miłego pobytu.

Gdy zawracałyśmy, udało nam się dosłownie na moment zajrzeć do wnętrza świątyni, po czym ruszyłyśmy dalej. Dotarłyśmy do matemblewskiej pętli autobusowej i poszłyśmy na wprost. Zajrzałyśmy w ulicę Zielone Wzgórze. Po jej odwiedzeniu zbliżyłyśmy się znów do linii lasu, na północy osiedla. Podbiegł do nas uroczy czworonóg:
– Cześć, piesku – zawołałam.
Psiak zobaczył, że nic złego nie zrobimy i uspokojony wrócił do siebie. Widać było po jego sierści, że niedawno musiał wytarzać się w trawie. Zdecydowanie nie poszłyśmy w jego ślady, ale weszłyśmy na chwilę w las, zachodząc kawałek dalej niż rozwidlenie dróg, po czym zrobiłyśmy nawrotkę.

Odbiłyśmy w ulicę Ks. Tischnera. Gdy byłam w tym miejscu kilka lat temu, nie kończyła się rondem jak obecnie. Obejrzałyśmy kapliczkę, po czym skręciłyśmy w lewo, chciałam bowiem pokazać koleżance punkt widokowy na końcu ulicy Waldorffa. Nie przemyślałam jednego: w trawy wybrały się dwie alergiczki 😉 Koleżanka z gołymi nogami, ja z bosymi stopami (w sandałach). Nawet wlazłam po drodze w jakąś dziurę, ale i tak uznałyśmy, że cała sytuacja jest raczej z kategorii tych zabawnych. Widoki były średnie, trawy porastały wysoko, będąc niemal naszego wzrostu. Ale jakoś udało nam się wrócić. Wyszłam pierwsza, bo zmęczyłam się tymi chaszczami. Tymczasem koleżanka spędziła tam jeszcze chwilę, uznając, że pomalowała się tego dnia nowym podkładem i cytując: „testuje go w warunkach ekstremalnych”. Na szczęście nie skończyłyśmy ani z napadami kichania, ani z pasażerami na gapę w postaci kleszczy.
Dalsza trasa przebiegała już bez większych przygód. Zrobiłyśmy pętelkę ulicą Karskiego. Przy schodach natrafiłyśmy wreszcie na kosz na śmieci, którego potrzebowała moja towarzyszka, dlatego zaśmiałam się i nazwałam ją „zdobywcą matemblewskiego śmietnika”. Zawróciłyśmy do pętli autobusowej przez ulicę Waldorffa. W sklepie po sąsiedzku uzupełniłyśmy prowiant, nim ruszyłyśmy dalej.




Na Matemblewskiej zwróciłam uwagę koleżanki na ogrodzenie niczym drzwi do Tajemniczego Ogrodu. Odwiedziłyśmy Górzystą, po czym spacerowałyśmy dalej główną ulicą. Weszłyśmy w Giedroycia, ale była ślepa, więc z myślą, jak ta ulica odbiegała od pozostałych (wyglądała bardzo przedmiejsko, jakby dopiero miała się tam zaczynać zabudowa tego obszaru), zawróciłyśmy.
Chciałam pokazać koleżance malunek z kotkiem i napisem „I love you” przy schodkach, których szczyt widziałyśmy na Karskiego. Jednak kotek został sam i nie zwracał na siebie uwagi, bo obok pojawiły się ogromne litery M jak Marta i G jak Grzesio, postanowiłam więc wysłać zdjęcie mojemu bratu 😉




Wkrótce dotarłyśmy do skrzyżowania z Potokową. Choć szłyśmy tym odcinkiem po raz drugi, dopiero teraz moją uwagę zwróciły kamienne lwy przy jednej z posesji. Mostem nad Strzyżą wyszłyśmy ku ulicy Dolne Młyny. Odbiłyśmy w prawo. Trasa na tym odcinku była dość niewygodna, bo zamiast płaskiego chodnika przez spory odcinek biegły szerokie schody. Nie byłam zwolenniczką takiego rozwiązania, aczkolwiek przewyższenia czasem takiego wymagały. Każdy stawia jednak różnie długie kroki, przez co wymiary stopnia nigdy nie będą optymalne dla wszystkich.
Ze względu na wiejący wiatr związałam włosy, a niedługo potem byłyśmy przy ulicy Nowiec i drugiej, bardziej adekwatnej w tych okolicznościach nazwy – Wichrowe Wzgórze 😉 Po przejściu tej części dzielnicy zawróciłyśmy do okolic mostu. Przy okazji moją uwagę zwrócił niewykończony dom, dość eklektycznego konstruktu.



Przy moście tym razem nie skręciłyśmy, a poszłyśmy dalej prosto, w ten sposób wychodząc przy ulicy Dolne Migowo. Tylko ona została nam do przejścia. Widząc inną kostkę na poboczu, a inną na przebiegu drogi, gdzie jechały auta, koleżanka zasugerowała:
– To jest chyba chodnik.
Wcześniej, z Potokowej, miałyśmy widok na stację PKM Brętowo. Jednak dopiero w biegu ulicy Dolne Migowo, gdy przechodziłyśmy nią pod wiaduktem, zobaczyłyśmy uciekającą kolejkę. Wydawała się śmigać naprawdę szybko. A pod wiaduktem, jak małe dzieci, powygłupiałyśmy się i wołałyśmy:
– Echo, echo! 😉


Może to już głupawka ze zmęczenia. Cóż, wyprawa w bardzo ciepły, letni dzień, była jednak wymagająca. Kilka godzin na słoneczku, jakkolwiek satysfakcjonujące, dawało się odczuć w ciele. Naładowałyśmy się jednak nie tylko promieniami słońca, ale też pozytywną energią w swoim towarzystwie 🙂 Przez ulice należące już do dzielnicy Piecki-Migowo, przeszłyśmy do Myśliwskiej, gdzie się rozdzieliłyśmy.

Dopiero później, porządkując notatki, zorientowałam się, że pominęłam ulicę Ogrodową. Będąc w okolicy przejazdem, specjalnie wysiadłam z autobusu, by uzupełnić braki. Odpokutowałam to jednak srogo, bo pod wieczór autobusy jeździły mocno nieregularnie. By dostać się na Jasień, gdzie wówczas się wybierałam, bardziej niż czekać na autobus, opłacało mi się pół godziny spacerkiem iść pieszo na Bulońską. No ale jednak braki uzupełniłam, obejrzałam zarówno ulicę Ogrodową, jak i zbiornik retencyjny o tej samej nazwie. Teraz mogłam stwierdzić, że mam za sobą całą kolejną dzielnicę.
Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Brętowie!
