Dwa oblicza Brętowa #1

Tę dzielnicę postanowiłam podzielić na dwa spacery. Intuicyjny podział na Matemblewo i Niedźwiednik był zresztą tym, który wykorzystałam także kilka lat temu podczas zwiedzania Gdańska po raz pierwszy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te dwie nazwy, figurujące w ogłoszeniach mieszkaniowych jako nazwy dzielnic, wcale tymi dzielnicami nie są.

Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Ani trasy spacerów nie pokrywały się, ani dobrane towarzystwo nie było tym sprzed kilku lat. Choć i wtedy Matemblewo przeszłam z koleżanką, a Niedźwiednik z kolegą.

Tym razem podczas pierwszego spaceru towarzyszył mi Michał Harasim.

– Dzień dobry, dzień dobry – rzuciłam, gdy spotkaliśmy się na przystanku autobusowym przy rondzie im. Św. Jana de la Salle, który był także patronem okolicznej szkoły podstawowej.

Gdy weszliśmy na moment w Góralską, Michał wspomniał mi o mapie satelitarnej dostępnej na gdansk.pl, na której jeszcze jednojezdniowa ulica Góralska biegła bliżej szkoły. Tymczasem w miejscu obecnej drugiej jezdni przy rondzie znajdował się pawilon w kształcie krzyża.

Zeszliśmy z Góralskiej po schodkach ku ścieżce wiodącej do bloku o adresie Mazowiecka 3. Nie podeszliśmy jednak aż do ulicy, przeszliśmy alejkami dla pieszych, pośród zieleni, z widokiem na nietypowe balkony. Bardzo spodobał mi się i zaintrygował mnie ich kształt, z łukowanym zwieńczeniem barierki. Michał przypomniał mi, że podobne płyty balkonowe, jednak z łukiem w przeciwną stronę, znajdę na Olsztyńskiej na Przymorzu. Jednocześnie, jak wspomniał, na Niedźwiedniku takie rozwiązania wykorzystywano raczej w blokach ponadczteropiętrowych.

Po tej krótkiej odskoczni wróciliśmy na Góralską schodkami, a następnie skierowaliśmy się ku ulicy Leśna Góra. To, co od pierwszej wizyty wprowadzało mnie w konsternację, to tak mało, ale bardzo porozgałęzianych lub powywijanych ulic w tej części miasta. To na początku mocno utrudniało mi orientację.

Po przejściu pierwszych kroków ulicą Leśna Góra, Michał opowiedział mi o budynku szkolnym, który dostrzegliśmy. Szkoła w tym miejscu istniała tu od 1997 roku, tymczasem budynek przejęty przez prywatną szkołę im. Jana de la Salle wcześniej należał do szkoły publicznej.

Spacerując na tym odcinku, zwróciliśmy uwagę jeszcze na kilka rzeczy. Pierwszą było ogromne lustro wystawione na śmietnik. Inną ciekawostkę sprzedał mi ponownie Michał: mijane przez nas bloki numer 23 i 25 były pierwszymi naprawdę wysokimi na Niedźwiedniku, a początkową fazę budowy (pustaki) uwiecznił na swoich fotografiach Kosycarz. Najwyżej położony był z kolei blok o numerze 1, dlatego to właśnie na nim umieszczono zestaw anten GSM. Tymczasem, jeśli o polskie skróty chodzi, zaintrygował mnie widniejący na blokach RSM – okazał się Robotniczą Spółdzielnią Mieszkaniową, a pod literami LWSM kryła się Lokatorsko-Własnościowa Spółdzielnia Mieszkaniowa. Innym intrygującym śladem przeszłości okazały się doczepione przy numerach bloków (na pewnym odcinku każdego!) tabliczki z reklamami Pizza Hut i KFC. Ponoć była to pozostałość po dawnej umowie sponsorskiej, a logotypy odwoływały się w swej formie do lat 90.

Drogą dedukcji, gdy zeszliśmy w stronę budynków należących do ulicy Góralskiej, doszedł do tego, że skoro minęliśmy studzienkę z datą 1985 rok, to wybudowana przy niej przychodnia nie mogła być starsza niż 1985 rok. Mój wzrok tymczasem powędrował tymczasem w stronę graffiti ze szkieletami-raperami. Tymczasem jeśli chodzi o historię budownictwa na tym obszarze, Michał zwrócił moją uwagę na nietypowe rozwiązanie: małe okna łazienkowe na bocznych ścianach bloków.

Wędrując dalej najbardziej południowym odcinkiem ulicy Leśna Góra, mijając budynki o numerach około 70, dotarliśmy do budynku hydroforni. Nie byłam świadoma, że same wieże ciśnień to za mało i woda nie dotarłaby do wyższych pięter. Michał uświadomił mnie, że zarówno zabudowania tutaj, jak i chociażby bloki o adresach Chłopska 7 czy Lęborska 21 mają swoje własne hydrofornie (jak on to pamięta?!). Za budynkiem znajdowały się pozostałości po dawnym boisku. Ostała się tam jedna samotna latarnia, ale oświetlenie ponoć wciąż było czynne. Gdy staliśmy obok i sobie debatowaliśmy, zagadała nas przechodząca pani.

– Dobrze, że to zostało bez ingerencji.

Zgodziliśmy się, choć później zorientowałam się, że my myśleliśmy o boisku, a pani o lesie za nim.

– Robicie inwentaryzację?

– Nie, przeszłam kiedyś Gdańsk ulicę po ulicy i dla porównania chcę to zrobić znowu. Obydwoje zresztą jesteśmy po kursie przewodnickim.

Pani chyba wzięła nas za parę i w trochę niezrozumiałym dla mnie kontekście dodała:

– Kiedyś spojrzy pani na niego [Michała] inaczej.

Podebatowaliśmy też nad swego rodzaju zmianami obyczajowymi 😉 Kiedyś, jako dziecko, grałam dość dużo w piłkę, szczególnie, że na pewnym etapie swojego życia byłam na osiedlu jedyną dziewczyną pośród chłopaków w miarę zbliżonym wieku, a mając brata, szczególnie łatwo weszłam w to towarzystwo. Pani poczyniła jednak smutne (moim zdaniem też nie jest aż tak źle) spostrzeżenie, że teraz dzieci już nie grają w piłkę.

Po tej kilkuminutowej rozmowie pożegnaliśmy się, a idąc dalej, próbowałam złapać fajny kadr z autobusem, który kawałek dalej miał swoją pętlę. Tymczasem uwagę Michała w okolicy garaży zwrócił multicar. Wskazał mi, że miał napęd na cztery koła. Pokrój pojazdu skojarzył mi się z meleksem (do przewozu rzeczy, nie osób).

Weszliśmy po schodkach za przystankiem. Mieścił się tam plac zabaw, a przy aranżacji tej przestrzeni jeszcze trwały jakieś prace. Kawałek dalej mieściła się siłownia pod chmurką, a my pięliśmy się jeszcze wyżej. Po pokonaniu tych wszystkich schodków pokusiliśmy się nawet o krótką sesję zdjęciową 😉 A przy okazji mijania odpowiedniej zabudowy, Michał opowiedział mi o stosowaniu w niektórych z tutejszych bloków wind zarówno osobowych, jak i meblowych.

Wyszliśmy pomiędzy blokami, gdzie moją uwagę szczególnie zwróciło zarośnięte trawami boisko do koszykówki. Nie był to pierwszy taki widok w Gdańsku. Ciekawa byłam, dlaczego wyglądają właśnie w taki sposób.

Niedługo później dotarliśmy od drugiej strony do wspominanej już szkoły publicznej. Jej patronem był generał Maczek. Stopniowo schodząc, wyszliśmy na Góralskiej. Przeszliśmy na jej drugą stronę, rozpoczynając ten odcinek spaceru od Mazowieckiej. Przez moment przekazałam mapę Michałowi. Stwierdził, że został tragarzem, ale poprawiłam go, że nawigatorem 😉

Minęliśmy plac zabaw. Przyglądałam się malunkom dzieci kredą po chodniku, ale istniejącego jeszcze parę lat temu muralu z Lucky Luke na ścianie szeregu sklepów już nie było. Przeszliśmy się Mazowiecką, a także południowym odcinkiem ulicy Niedźwiednik, którego Michał nie miał okazji przechodzić wcześniej, więc cieszyłam się, że i ja mogłam zapewnić mu coś dla niego nowego na naszym spacerze. Ostatecznie wyszliśmy na Podkarpackiej, gdzie z poprzedniego spaceru najlepiej zapamiętałam chyba tabliczkę podstawowej szkoły społecznej z niedźwiadkami w logo.

Kawałek dalej między garażami wyłaniała się niewielka ścieżka pokryta płytkami chodnikowymi. Wiodła na stację PKM Niedźwiednik. Postanowiliśmy tam podejść. Zza nasypu widoczna była wieża kościoła. My nie planowaliśmy wędrować tego dnia po drugiej stronie torów, ale weszliśmy na sam peron, by go obejrzeć i popatrzeć na świat z góry.

Wówczas zeszliśmy z powrotem do Podkarpackiej i jej dalszym odcinkiem ruszyliśmy w kierunku Góralskiej. Minęliśmy przy tym chociażby siedzibę Rady Dzielnicy. Przeszliśmy na drugą stronę i delikatnie się cofnęliśmy, by nie pominąć ulicy Niedźwiednik. Na jej końcu były szeregi garaży, a tuż przed nimi schody, które kilka lat temu mocno mnie zaintrygowały, a mimo to nie wspięłam się, by tam zajrzeć. Tym razem postanowiłam nadrobić zaległości i dotarłam do wąskiej ścieżki biegnącej powyżej.

Po powrocie na Góralską, przeszliśmy się jej pierwszą odnogą w lewo. Zobaczyłam znajomą jabłonkę za szlabanem, tym razem jednak pora roku była wcześniejsza niż tych parę lat temu, więc owoce jeszcze nie obrodziły.

Z kolejnego odcinka głównej części Góralskiej odbiliśmy ku górze schodkami w lewo:

– Zrobię zdjęcie ilustracyjne, że szedłem takimi wąskimi schodami – rzucił Michał.

Wspięliśmy się do punktu, który kojarzył mi się z jakimś sklepikiem z usługami fotograficznymi. W okolicy bloku nr 37 nie poszliśmy jednak drogą na wprost do punktu widokowego, ale przespacerowaliśmy się ścieżkami pośród zieleni. Ciekawostką, na którą natrafiliśmy, były niewykorzystane do budowy łukowate płyty balkonowe, które zaaranżowano na pergolę.

– Punkt widokowy zbliża się do nas wielkimi krokami – powiedział Michał i ruszył przodem.

– Albo my do niego – zauważyłam.

– Wzajemność oddziaływań.

Żeby móc podziwiać widoki, trzeba było wejść na teren placu zabaw, z wydzielonym miejscem na ognisko. Szereg kolorowych ławek zachęcał do siadania. Barierki wokół też były pomalowane tymi czterema kolorami: żółtym, czerwonym, niebieskim i zielonym. Docierając do tego punktu, trudno byłoby nie zachwycić się widokami z wysoka. I choć nie byłam pierwszy raz w tym miejscu, podobnie jak wtedy, cieszyłam się jak dziecko rozpościerającą się przede mną przestrzenią. Obydwoje spędziliśmy tam dłuższą chwilę na fotografowaniu i rozmowie, co widzieliśmy z góry.

Gdy opuszczaliśmy teren placu zabaw, dopiero wtedy moją uwagę zwróciła przyczepiona do furtki kartka:

– Świeżo malowane.

– Za pierwszych Piastów.

Rzeczywiście, farba nie wyglądała na wciąż mokrą i przy delikatnym sprawdzeniu okazała się już zaschniętą. Zmierzając dalej, ponownie wybraliśmy ścieżki wzdłuż bloków zamiast ulicy. Przy numerze 41 moją uwagę zwróciły elementy na kształt płyt balkonowych po obu stronach wejść do klatek schodowych. Mijając kolejne bloki i place zabaw, trafiliśmy ponownie na główny ciąg ulicy Góralskiej.

Niedługo później zawędrowaliśmy do stawu. Tabliczka na temat jego mieszkańców od lat niezmiennie znajdowała się w tym samym miejscu. Jednak dzięki Michałowi dokonałam innego odkrycia. Zeszliśmy nad staw i weszliśmy nieco głębiej między drzewa, a moim oczom ukazała się nietypowa drewniana konstrukcja. Okazało się, że to odłownia dzików. Pomimo swej masywności zwierzęta te są dość specyficzne i mając przed sobą przeszkodę nie są w stanie jest przeskoczyć, a widocznie staranowanie takowej nie leży w ich naturze. Poza obejrzeniem tego konstruktu, spędziłam chwilę nad stawem, który był dość mocno zarośnięty, jak również pokryty zieloną warstwą roślin.

Wkrótce wspięliśmy się jednak wyżej w kierunku końcowej pętli ulicy i znów byliśmy na kwiecistych ścieżkach nieopodal bloków, które mogły stanowić wspaniały taras widokowy. Tutejsze przyblokowe ogródki były szczególnie starannie zaaranżowane, co zwróciło moją uwagę. Tymczasem Michał przyglądał się pracom remontowym przy jednym z bloków. Panowie transportowali coś wiadrami z dołu do góry i z powrotem. Gdy ruszyliśmy w dalszą wędrówkę, Michał dopatrzył się jeszcze studzienki z jego rocznika 😉 Opowiedział mi także, gdy mijaliśmy sklep spożywczy, że kiedyś w blokach istniały zsypy, likwidowano je i w tych miejscach umieszczano sklepy, ale do dziś ostał się właśnie ten jeden.

Spomiędzy bloków wyszliśmy na pętlę autobusową, przy której nie obyło się bez wspólnego zdjęcia z charakterystyczną rzeźbą niedźwiadków, tak adekwatnych w kontekście nazwy dzielnicy. Choć byłam tu już wcześniej, dopiero teraz zauważyłam, że poza postaciami niedźwiedzicy i małego niedźwiadka była tu też żabka.

Ostatni etap naszej wędrówki był nietypowy, bo leśny. Minęliśmy parking zlokalizowany blisko pętli autobusowej i weszliśmy w las na tzw. Lipnicką Drogę. Kierowaliśmy się zielonym szlakiem w stronę ulicy Słowackiego. Ścieżki były raz węższe, raz szersze, ale przeważnie dało się dostrzec oznaczenie szlaku. Raz znaleźliśmy się na rozdrożu, gdzie właśnie malunek na drzewie był kluczowy.

– Tu w lewo – powiedział Michał, gdy spojrzałam na niego, upewniając się.

– Tu?

– Tak, szlak skręca.

Leśny odcinek, z Cieniawą na trasie, nie przyniósł dużo przygód, ale dał czas na złapanie oddechu, delektowanie się spacerem i rozmowę. Przeszliśmy ścieżką kawałek ponad ogródkami działkowymi, po czym wyszliśmy na Słowackiego, mogąc tam jeszcze zobaczyć po drodze główną bramę ROD Leśny Stok. Wykorzystując okazję, zajrzałam w ten skraj Matemblewskiej. Zakończyliśmy wspólną wycieczkę przy rondzie im. Św. Jana de la Salle.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Brętowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *