Brzeźno – czy zabytkowe mury mogą oczarować?

Kolejną dzielnicę również postanowiłam spróbować przejść w jeden dzień, nie obierając żadnych limitów godzinowych, a jedynie zobaczyć, na ile starczy mi sił i ochoty. Tym razem na celowniku znalazło się Brzeźno. Pogoda była całkiem przyjemna, świeciło słoneczko. Ubrałam krótkie spodenki i adidasy, a na T-shirt narzuciłam tylko leciutką bluzę, żeby mieć ją w zanadrzu.

Wystartowałam na alei Hallera przy skrzyżowaniu z ulicą Czarny Dwór. Po swojej prawej stronie obejrzałam niedawno powstałe osiedle mieszkaniowe. Na wysokości Dworskiej i przystanku tramwajowego przeszłam na drugą stronę, by zajrzeć w ulicę Nadmorski Dwór. Tutejsza zabudowa też wyglądała raczej nowocześnie.

Kierowałam się dalej w stronę morza. Rzadko spacerowałam tą stroną alei Hallera, za to przeciwną… wręcz przeciwnie. Przez rok mieszkałam w akademiku Uniwersytetu Gdańskiego, więc przechodziłam wówczas tę trasę niemal codziennie. Tym razem podążałam wraz z przebiegiem chodnika po lewej stronie. Łuk drogi poprowadził mnie w prawo za przebiegiem ulicy i torów tramwajowych, na wysokości ulicy Wczasy. Zatrzymałam się na moment przy makach, żeby obserwować pracę trzmieli.

Przekroczyłam jednak tory przy przystanku tramwajowym Wczasy i z sentymentu podeszłam pod budynek zamieszkiwanego dawniej akademika. Wówczas zawróciłam w okolice przystanku i kontynuowałam wędrówkę ulicą Wczasy. Po lewej stronie rozciągały się ogródki działkowe i znajdowała się szkoła podstawowa, tymczasem mnie interesował kościół Św. Antoniego Padewskiego. Na murze dopatrzyłam się sylwetki mewy. Liczyłam, że wejdę do środka i przypomnę sobie wystrój wnętrza świątyni, do której uczęszczałam przez wspomniany rok, oczywiście uwieczniając w kadrze. Zatrzymałam się jednak w przedsionku i ledwie na moment. Choć o tej porze nie powinno być planowej mszy, trafiłam akurat na pogrzeb, dlatego nie chciałam przeszkadzać żałobnikom. Weszłam na moment, pozostając niezauważona i wycofałam się. Upamiętniony tablicą przy wejściu ksiądz Brunon Binnebesel, który poniósł śmierć z rąk hitlerowców, został nawet współcześnie patronem jednego z gdańskich tramwajów.

Jakie było moje zaskoczenie, gdy opuszczając teren kościoła drugą bramą i kierując się w lewo, natrafiłam na Centrum Informacji Turystycznej. Liczyłam na jakieś foldery np. z historią dzielnicy albo mapką współczesnych atrakcji, ale obiekt nie był jakoś świetnie wyposażony, może z racji jakichś prac, które trwały, trudno powiedzieć. Natomiast pan odesłał mnie do obiektu niemal naprzeciwko, galerii, gdzie ucięłam sobie dłuższą pogawędkę z zastanym tam mężczyzną. Folderów tymczasowo na stanie nie miał, ogarniali m.in. turystykę rowerową i jakieś lokalne przedsięwzięcia, ale pan podzielił się ze mną tomikiem wierszy „Moje miasto” młodej autorki Anny Kierbedź. Wszystkie oczywiście dotyczyły Trójmiasta.

Kolejne uliczki pokryte były brukiem, co dawało poczucie cofnięcia się w przeszłość albo wyjazdu poza miasto. Przynajmniej tak mi się kojarzyło. Przez Północną dotarłam do Łamanej. Dalej, niemal wzdłuż plaży, biegła ulica Brzeźnieńska. Deptak przebiegał równolegle ze ścieżką rowerową. Podeszłam kładką w stronę morza, ale nie schodziłam na piasek. Wkrótce zawróciłam i dalej szłam promenadą.

Wstąpiłam w ulicę Młodzieży Polskiej, spacerując nią do ulicy Cichej. Zaintrygowało mnie, że zgodnie z nazwą, było tam cicho 😉 Przeszłam pierwszy odcinek Pułaskiego. Kolejna z dróg – Oksywska, przebiegała nie w prostej linii, ale mniej więcej w połowie odbijała ciut bardziej na prawo. Tuż za tym punktem równolegle ze mną zaczął iść pan, starając się mnie nie wyprzedzać i nie wchodzić mi w kadr. Podjęliśmy rozmowę, gdy złapaliśmy kontakt wzrokowy. Pan zapytał, czy tworzę kronikę. Zwróciliśmy uwagę, że po prawej stronie była starsza zabudowa, a po lewej nowa. Po lewej zaciekawiło mnie dodatkowo kopulaste zwieńczenie wieżyczki jednego z domów. Pan przyznał, że pamięta tę przestrzeń jeszcze z lat dziecięcych. Wspominał linie tramwajowe do Nowego Portu. Sam w swej młodości był harcerzem, a wedle jego opowieści do przełomu lat 50. i 60. plaży nocą pilnowało wojsko. Wracał więc do przestrzeni ze swych młodych lat, więc i ja przyznałam, że mieszkałam tu przez rok podczas studiów. Spytał, czy w akademiku na Hallera. Wspominał, że nim umieszczono tam akademiki, to były tam hotele pracownicze czy coś w tym stylu. Rozmawialiśmy, dreptając dalej, ale rozdzieliliśmy się, gdy weszłam w jedną ścieżkę przed Miłą.

Wyszłam znów na Pułaskiego, zrobiłam nawrotkę przez Miłą w stronę morza i tam odbiłam w prawo, by dojść do ulicy Południowej i Zdrojowej. Ten obszar odwiedzałam zdecydowanie częściej, interesowało mnie również, jak przebiegają prace przy zabytkowym Domu Zdrojowym. Sam obiekt postanowiłam sobie jednak zostawić na deser, nie oddalając się od tej części dzielnicy, którą zwiedzałam do tej pory.

Ruszyłam zatem ulicą Mazurską, wzdłuż linii tramwajowej. Przy okazji zajrzałam w skraj bardzo krótkiej ulicy Orlej. Minęłam także przedszkole czy pocztę i pamiętany sprzed kilku lat plac zabaw, który aktualnie już wyglądał inaczej. Dotarłam w okolice kościoła i restauracji, gdzie kończyła się ulica Dworska. Tymczasem jednak zrobiłam nawrotkę przez Walecznych. Ponownie zajrzałam w Orlą, by zobaczyć jej kontynuację. Zawędrowałam do okolic pętli tramwajowej, gdzie mieściło się sporo punktów handlowo-usługowych. Zaciekawiło mnie też graffiti Lechii przy paczkomacie, prezentujące walecznego boga mórz. Poza tym na mijanych ulicach w tej części dzielnicy dominowała zabudowa mieszkalna, więc trasa nie była szczególnie intrygująca, a jednocześnie spacerowało się bez dłuższych przystanków.

Gdy jednak weszłam w ulicę Korzeniowskiego, od razu po lewej dopatrzyłam się ciekawostki architektonicznej. Poza detalami zdobiącymi budynek, zatrzymałam wzrok także na zwieńczeniu wieżyczki. Chwilę później zwróciłam również uwagę na mieszankę zabudowy w głębi, niski domek pośród wyższej zabudowy, częściowo pośród bloków. Na wysokości Dworskiej odbiłam lekko w prawo, by nie pominąć Herbowej.

– Zgubiła się Pani? – zagadało do mnie dwóch chłopaków mniej więcej w moim wieku.

– Nie – posłałam im uśmiech.

– A chcieliśmy pomóc.

– Mam mapę – zauważyłam.

Aczkolwiek to było miłe. Po przejściu Herbowej do końca, zawróciłam. Na dalszym odcinku ulicy Korzeniowskiego wypatrzyłam dom z 1900 roku, a przy innej posesji małe źródełko z lwem. Przebyłam fragment ulicy Chodkiewicza, który pokonywałam chyba najczęściej w okresie mieszkania w akademiku, po czym skręciłam w ulicę Plater. Emilii Plater – jak mówiłam od dziecka, myśląc o adresie swojej lęborskiej szkoły podstawowej, dlatego samo nazwisko patronki brzmiało dla mnie i tu, w Gdańsku, jakoś „łyso”, jakby czegoś zabrakło.

I ponownie najciekawszą zabudowę zobaczyłam dopiero przy skrzyżowaniu z Gdańską, podobnie jak wcześniej na skraju Korzeniowskiego. Jednak tego, w jaki zachwyt wpadnę, wstępując na Sterniczą, to chyba sama się nie spodziewałam. Było to o tyle ciekawe doświadczenie, że na pewno już w tym miejscu byłam kilka lat wcześniej. Dziesiątki razy mogłam widzieć ten dom z okna tramwaju. A jednak musiało coś we mnie dojrzeć, by zatrzymał mnie podczas wędrówki. Czułam się, jakby ów widok był mimo wszystko czymś nowym i poruszył moje serce do głębi. Obiekt pochodził z końca XIX wieku i był obecnie zwany Willą Pod Cisem. W przyległym ogrodzie dopatrzyłam się grupy starszych państwa. Mieli zorganizowane jakieś aktywności. Gdy przy ogrodzeniu nieopodal mnie przechodziła opiekująca się nimi kobieta, zapytałam ją o ów obiekt. Okazało się, że aktualnie jest to Środowiskowy Dom Samopomocy. Gdy zapytałam, jaka jest możliwość obejrzenia obiektu, choćby z zewnątrz (wewnątrz nie śmiałam nawet marzyć!), zasugerowała, że zawoła kierowniczkę. Musiałam poczekać, ale żadna chwila w tym miejscu nie wydała mi się stracona, a wręcz tego warta – mogłam cieszyć oczy dłużej! Przystałam na to z entuzjazmem, a pani dyrektor okazała się przemiła i bardzo otwarta. Przy zachowaniu pełnych środków ostrożności dobrałyśmy najmniej inwazyjny termin i w kolejnym tygodniu rzeczywiście ugościli mnie nie tylko w ogrodzie, ale też oprowadzili po wnętrzach i opowiedzieli nieco o swojej działalności. Głodnymi detali oczami wodziłam po ścianach, sufitach, poręczach, ciekawa naprawdę każdego szczegółu. Czułam się wdzięczna za tę możliwość. To było niezwykłe doświadczenie, także ze względu na aktywizowanych tu starszych ludzi i wspaniałą ekipę opiekunów.

Tymczasem na drugim krańcu Sterniczej, gdy już przeszłam ją w całości, zobaczyłam tabliczkę, że mieścił się tam Kościół Wolnych Chrześcijan w RP. Między blokami, w okolicy Dworskiej 22, dało się słyszeć na cały regulator słowa piosenki „Kocham Cię moimi myślami, całymi dniami” 😉 Ścieżką wzdłuż zabudowań przeszłam z Dworskiej na Chodkiewicza. Od drugiej strony popatrzyłam na budynek dawnego akademika. Następnie skierowałam się w lewo. Fotografując bloki, zorientowałam się, że na jednym z nich zatrzymałam w kadrze widok cienia ptaka – ale fajnie! 🙂 Ponadto minęłam kilka graffiti związanych z Lechią. To przy piekarni wyglądało na odnowione niedawno. Miało spore gabaryty i znalazło się tam również miejsce dla gdańskich lwów trzymających miejski herb.

Przeszłam na drugą stronę Dworskiej i wędrowałam między zabudową, obierając kierunek na ulicę Polskiego Czerwonego Krzyża. Oprócz bloków, przedszkola i szkoły, minęłam także pasaż handlowy, w obrębie którego mieściła się również biblioteka. Następnym punktem na mojej trasie była Projektornia czyli oddział Gdańskiego Archipelagu Kultury. Swego czasu przyjeżdżałam tu na kurs szydełkowania. Wiedziałam też, że na tyłach mieści się boisko i ściany są pokryte muralami. A że murale uwielbiam, podreptałam również tam, dzięki czemu dopatrzyłam się chociażby napisu na samym boisku: „Lechia Gdańsk mistrzem Polski”. Sporą część terenu obok boiska porastała zieleń i ustawiono tam ławeczki. Powstała w ten sposób ciekawa przestrzeń zarówno do aktywnego, jak i bardziej biernego odpoczynku na świeżym powietrzu.

Ostatecznie przez ulicę Polskiego Czerwonego Krzyża, na blokach oznaczoną czasem jako PCK, dotarłam znów do Gdańskiej. Można powiedzieć, że zwiedziłam niemal połowę dzielnicy. W tym miejscu mogłabym skierować się na autobus powrotny, ale jednak tego nie zrobiłam i uznałam, że spaceruję dalej, że obejście całego Brzeźna podczas jednego spaceru jest możliwe. Skierowałam się jakby w stronę Uczniowskiej, choć nie zamierzałam jej zwiedzać, skoro przeszłam całą podczas wycieczki po Letnicy.

Odnogą Gdańskiej, przy Biedronce i zakładach mechaników samochodowych, dotarłam do szeregu garaży i ulicy Kobieli. Tutejszych kilka niedużych uliczek – Solskiego, Cybulskiego i Gwiazdowskiego, zajmowała zabudowa mieszkalna. Dopatrzyłam się ciekawego graffiti Lechii z motywem statku wikingów. Było bardzo barwne.

Przespacerowałam się ulicą Broniewskiego, po czym wróciłam na Łozy, by następnie wejść w Portowców. Zatrzymałam się na moment, delektując się widokiem kwitnących roślin. Niedługo później na chodniku dopatrzyłam się intrygującego napisu „Quo vadis”. No właśnie. Jak często zadajemy sobie to pytanie w życiu? A biorąc je bardziej dosłownie, jako tu i teraz, czy nie byłam właśnie na trasie? Wędrówka miała swój początek i swój cel, a ja byłam właśnie w procesie. Naszły mnie różne filozoficzne przemyślenia.

Kolejną przebytą ulicę stanowiła Gałczyńskiego, przebiegająca jakby na zapleczu przestrzeni handlowo-usługowej w okolicy pętli tramwajowej. Była też spokojniejsza niż biegnąca niemal równolegle, ale oferująca także ruch komunikacji publicznej i wybierana przez wielu kierowców, ulica Krasickiego.

Następnie przespacerowałam się ulicą Dunikowskiego. Znalazłam graffiti upamiętniające Dywizjon 303 i promujące lokalną szkółkę sportową. Ucieszył mnie widok łąki kwietnej, a jeden z psiaków zareagował na mnie, gapiąc się. Był doprawdy zapatrzony. Towarzyszący mu pan uspokoił mnie:

– Piesek patrzy, bo się pomylił. Myśli, że to po niego już.

Zaintrygował mnie budynek szkolny, teoretycznie zespół szkół ogólnokształcących, co skojarzyło mi się ze szkołą średnią, ale na jego terenie mieścił się… plac zabaw. Myślałam, że być może placówka zmieniła przeznaczenie z czasem. Sprawa okazała się jednak łatwa do wyjaśnienia. Na ów zespół składało się nie tylko liceum, ale też szkoła podstawowa.

Blok nr 1 zdobiły rysunki ptaków w locie na kształt zaokrąglonych literek M. Gdy spacerowałam dalej, pan listonosz rzucił do mnie „dzień dobry”, co uznałam za niezwykle sympatyczne. Podobnie cieszą mnie przywitania dzieci, nawet jeśli się nie znamy. Mała Marta miała niejednokrotnie tak samo. Swoją drogą, zastanowiło mnie, co myśleli sobie ludzie, którzy na tym odcinku mijali mnie już drugi albo i trzeci raz tego dnia 😉 „Co ta dziewczyna robi?”

Po drodze wypatrzyłam jeszcze zaparkowane auta z okresu PRL-u. Wkrótce dotarłam jednak do kolejnych kilku uliczek, które najkorzystniej było przejść metodą harmonijki. Zaczęłam od Zelwerowicza, na początku pustej, gdy zaś kończyłam ten obszar, zgromadziła się tam grupka chłopców w wieku około 10-12 lat, którzy zbierali się chyba, by pograć w piłkę. Z ciekawostek dopatrzyłam się skrzynki do wymiany książek. A wewnątrz znalazłam nawet jeden z tytułów z nastoletnich lat: „Sposób na Alcybiadesa”. Tymczasem jednak nie skusiłam się na żadną książkę, a na dalszą wędrówkę. Już bez kolejnych przygód obeszłam wszystkie cztery uliczki: Galla, Osterwy, Kotarbińskiego i Ćwiklińskiej, po czym końcowym odcinkiem Zelwerowicza wyszłam na Sybiraków. Zaintrygowało mnie, że na drogowskazach z nazwami ulic był u dołu kolorowy pasek odpowiadający barwą dzielnicy, ale już sama nazwa dzielnicy na tych drogowskazach się nie pojawiła. Dopiero na ostatnim ze skrzyżowań tak. Ciekawostką na koniec okazał się betonowy konstrukt, który później znalazłam na Google Maps podpisany jako Dorfbatterie (Bateria Wiejska).

Ulicą Sybiraków dotarłam na Krasickiego. Przeszłam na drugą stronę ulicy na wysokości Parku Brzeźnieńskiego im. Haffnera. Na wejściu ustawiono tablicę historyczną na temat zarówno tutejszego fortu, jak i wspomnianej baterii. Ta druga była obiektem młodszym, z początku XX wieku, tymczasem Fort Brzeźno swoją historią sięgał do lat 60. XIX wieku. Oba założenia po I wojnie światowej zostały rozbrojone, ale postanowiłam (spacerując po parku) obejrzeć pozostałości tego starszego. Druga tablica prezentowała jeszcze plan dzielnicy z zaznaczonymi ważnymi obiektami. Dowiedziałam się m.in., że budynki zachowane w okolicy Domu Zdrojowego, to dawna powozownia i łazienki ciepłe. Jednocześnie również willa przy Sterniczej, która mnie zachwyciła, była tam podpisana – jako Villa Kullinga. Jeszcze jedną atrakcją w parku była ścieżka dendrologiczna. Spodobało mi się, że postarano się o tyle opcji dla spacerowiczów o różnorodnych zainteresowaniach, jednocześnie dbając o propagowanie zasobów Brzeźna.

Ścieżkami parkowymi, mijając przy tym skatepark i kolejne wejścia na plażę, skierowałam się w stronę falochronu. Wędrując już po asfalcie, znajdowałam się nieco wyżej. Momentami dało się stąd obserwować plażę, w innych chwilach skupiałam się na falach. Czasem brzeg był blisko barierki, czasem odległości były nieco większe. Przystawałam momentami, przyglądając się, jak fale rozbijały się o kamienie. Same kamienie też okazały się ciekawe. Na jednym z nich ktoś namalował jednorożca! Tymczasem krople wody dotarły i do moich nóg, aż pomyślałam:

– Morze mnie ochlapało, ale super!

Obserwowałam przepływający statek, dawałam się ochlapywać morzu i uśmiechałam się sama do siebie na myśl, że czuję, że kocham morze i kocham to miasto. Podczas nawrotki, gdy ta myśl do mnie wróciła, nawet spacerowałam tanecznym krokiem i kręciłam się w kółko, mając w nosie, że ludzie się na mnie patrzą 😉

Tymczasem minęłam fragment falochronu prowadzący do zielonej latarni (czerwona oznaczała drugą stronę wejścia do portu i znajdowała się już za wodą), by ruszyć dalej i zobaczyć, gdzie najdalej dam radę dojść. Ogrodzenie blokowało dostęp do basenu, po którego drugiej stronie biegło już Nabrzeże Ziółkowskiego w Nowym Porcie. Gdy zawracałam, mijała mnie dwójka rowerzystów. Pani zatrzymała się mniej więcej na mojej wysokości, a pan ruszył dalej.

– Tam jest kanał, trzeba zawrócić – zasugerowałam, ale pan i tak pojechał.

– Pojechał sprawdzić – powiedziała do mnie, tymczasem pan zawrócił. – Pani mówi, że nie przejedziesz.

– Widzę – odpadł mężczyzna i uśmiechnął się do mnie.

Z kolei przy zielonej latarni robiłam sobie z nią zdjęcie i w tym momencie na rowerach podjechała starsza para. Pan z dumą (z nadążania za trendami?) rzucił do żony:

– Selfie.

Gdy zawróciłam już do parku, postanowiłam odkryć te wszystkie bunkry tworzące dawną Baterię Plażową 🙂 Znacie to uczucie, kiedy jesteście już zmęczeni, ale czeka Was jeszcze trochę pracy do końca? Kocham ten moment, kiedy na koniec wycieczki trafia się jakaś perełka i nagle tak się ekscytuję, że zmęczenie czy głód idą w odstawkę, a w przypływie tej ekscytacji potrafię się tym cieszyć nawet poświęcając dodatkową godzinę. Tym razem spacer po parku, by „obadać” kolejne pozostałości dawnego systemu obrony, zajął mi około pół godziny. Oglądałam każdy element, na który natrafiłam, po kolei, naokoło tam, gdzie to było możliwe. Ciekawostką był fragment korzenia drzewa, który przebił się przez dziurę w murze. Na jednym z murów dopatrzyłam się napisu „Erbaut 1912” (niem. wybudowany). Niektóre napisy (filozoficzne lub wulgarne) były zdecydowanie współczesne. Pod koniec tego etapu natrafiłam na tablicę informacyjną dotyczącą baterii.

Inną atrakcją była altana ustawiona wyżej, stanowiąca dziś punkt widokowy. Zarówno ona, jak i balustrada wokół, wyglądały na odnowione relatywnie niedawno. Minęłam jeszcze siłownię pod chmurką i nieco już zniszczone zębem czasu graffiti z hasłem „Sosnowiec żąda dostępu do morza”.

Na koniec spaceru podeszłam pod Dom Zdrojowy na wysokości dawnego molo (którego pozostałości też postanowiłam ponownie odwiedzić). Ten zabytkowy budynek rozkwitał dzięki rewitalizacji i nie mogłam się doczekać efektu końcowego, a przede wszystkim zobaczenia w przyszłości wnętrz XIX-wiecznego obiektu. Miałam nadzieję, że będzie to możliwe. Zakończyłam zwiedzanie wpatrzona w kwitnącą pergolę z czerwonymi różami w okolicy przystanków tramwajowego i autobusowego.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Brzeźnie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *