Matemblewo. Dzielnica, którą odwiedziłam tylko jeden raz. Właśnie w ramach swojego projektu. Może uda mi się kiedyś tam wrócić, chociaż nie jest nigdy na mojej trasie. Ale warto było zboczyć z kursu choć ten jeden raz.

Matemblewo przeszłam z koleżanką wczesną jesienią. Zaczynałyśmy w okolicy Zielonego Wzgórza – swoją drogą kojarzącego mi się bardzo sympatycznie literacko 🙂 Ale paradoksalnie zieleni było niewiele – natura zmieniała już barwy na jesienne. I chyba to była jedna z rzeczy, które najchętniej podczas tego spaceru uwieczniałam. Biegnące w las ścieżki, przydrożne drzewa i krzewy, rośliny wijące się po murach…

Ale że kocham mury, cegły i nietypowe konstrukcje, nie mogłam przejść obojętnie wobec kilku obiektów. Usypanego z kamieni murku w pobliżu pętli autobusowej. Czegoś, co potocznie nazwałam bunkrem, a de facto było malutkim budynkiem bez pełnego dachu, za to z podłogą wyścieloną potłuczonymi butelkami i puszkami. Kapliczki Matki Boskiej naprzeciwko „bunkra”. Murowanego ogrodzenia pokrytego roślinnością tak, że skojarzyło mi się od razu z Tajemniczym ogrodem. Wreszcie altanki z młyńskim kołem na mniejszym zbiorniku przy Potokowej.



Nieopodal tego zbiornika znajdował się kort tenisowy. Wcześniej minęłyśmy wyglądający na luksusowy Dom Seniora. Całą dzielnicę określiłabym mianem willowej i w czasie zwiedzania dało się odczuć jej ekskluzywność. Nawet na zadrzewionych ścieżkach. Nawet tam, gdzie znajdowały się identyczne szeregowce. Tak na marginesie, gdy zobaczyłam zdjęcie jednej z okolicznych uliczek (teraz, podczas pisania), przypomniała mi się melodia, którą wówczas nuciła moja towarzyszka. To niesamowite, jak silnie oddziałują na nas pewne obrazy, ile skojarzeń ze sobą niosą.

A skoro już o obrazach mowa… W obrębie Matemblewa znalazłyśmy tylko jedno graffiti (w rozumieniu obrazu, nie nabazgranych napisów). Urzekające w swej prostocie, wyglądające niczym motyw idealny na tatuaż.

Chociaż tym razem nie spotkałyśmy żadnego kota na żywo, już na kolejnej wycieczce miałam zobaczyć inne zwierzę wygrzewające się na parapecie… Tam zabiorę Was już za tydzień, a w najbliższą sobotę spojrzymy na Gdańsk z nieco innej perspektywy… 😉
