Wielkopolski Park Narodowy – odkrywam uroki Mosiny

Został mi jeden niepełny dzień na wyjeździe.  Ranek spędziłam na pakowaniu, po czym zaplanowałam, że pójdę do kościoła, odwiedzę Izbę Muzealną i pochodzę po miasteczku, ewentualny zapas czasu pożytkując na łapanie klimatu w lokalnej kawiarni.

Rzeczywiście, pieszo dotarłam w okolice kościoła Św. Mikołaja. Nawet wypatrzyłam skrzynkę na listy, do której wrzuciłam wypisane dzień wcześniej pocztówki. Ulicą Farbiarską dotarłam do budynku dawnej farbiarni, która nie była jednak szczególnie wyeksponowana. W pobliżu straganów (przy niedzieli nieczynnych) i parkingu przeszłam w stronę mostu. Po jego drugiej stronie wyłaniała się bryła kościoła. Sfotografowałam go z zewnątrz, po czym weszłam do środka na chwilę przed mszą. Po mszy przeczekałam, aż większość ludzi opuści świątynię i obeszłam ją wokół, przy okazji robiąc kilka zdjęć wnętrza. Gdy przekraczałam ponownie wspominany mostek, szła tamtędy rodzina. Synek spojrzał w wody rzeki i podekscytował się, ile widzi w niej ryb i że są całkiem spore. Udzieliło mi się jego szczęście, dlatego spędziłam chwilę oparta o rozgrzaną słońcem barierkę mostu i wpatrywałam się w wodę.

Kolejnym punktem na mojej trasie była Galeria Sztuki przy ulicy Niezłomnych 1. Przywitała mnie przemiła młoda pani. Na początek wprowadziła mnie do sali z obrazami współczesnego artysty, który ponoć wciąż poszukiwał swojej malarskiej tożsamości. Poza pracami z motywami botanicznymi nie znalazłam tam nic dla siebie. Jednak wystawa na górze była o wiele bardziej interesująca. Na schodach prezentowano prace pań z koła gospodyń (?), ilustrujące dawne życie wiejskie. Na piętrze zlokalizowano przedmioty, które temu życiu towarzyszyły. Urzekła mnie nazwa „dziabka do pyrów”. Zaintrygowało mnie coś, co prawdopodobnie było szczotką, choć bez włosia oraz cała metalowa maszynka
do golenia. Na stole leżało opasłe tomiszcze opisujące historię Rogalinka, prawie 800-letnią. Nieopodal była też mapka z namalowanym każdym domkiem i nadanym mu numerem! Wow! Wokół poustawiano święte obrazki, wnętrze zdobiły ręczne serwetki, a na jednej ze ścian wisiał obraz nawiązujący do wielkopolan, pomordowanych w październiku 1939 roku przez hitlerowców. Wówczas zaczęłyśmy z panią rozmawiać o Wielkopolsce, o Gdańsku, aż w końcu oglądając kolejne sprzęty, o tym, czego się używało w naszych domach i jak się bawiłyśmy w dzieciństwie. Forma do babki stała się pretekstem do rozmów o kabaczkach w prodiżu (przez nas nazywanym prodziżem), a ostatecznie wzięło mnie
na wspomnienia domków, które budowaliśmy w garażu i które były fenomenem wśród dzieci na osiedlu. Gdy jeszcze zobaczyłam balię, tu nazwaną „waską do prania”, przypomniało mi się jak przed laty znaleźliśmy na podwórku żółwia, o których hodowli nie wiedzieliśmy wówczas totalnie nic, więc tymczasowo w takiej balii mieszkał.

Po wyjściu z Galerii Sztuki, udałam się w stronę pomnika poświęconego poległym w różnych okolicznościach wielkopolanom.

Mając jeszcze bardzo dużo czasu do pociągu, znalazłam w okolicy kawiarnię Cafe Szwalnia. Obsługa była przemiła, na własne uszy słyszałam też jakie mieli świetne podejście do dzieci i jak byli pomocni. Oczami mogłabym tam zjeść pół menu, ale zdecydowałam się na mega sycące naleśniki i koktajl, a po pewnym czasie na deser dobrałam jeszcze ciasto, bo jednak było mi w klimatyzowanym pomieszczeniu za zimno na lody, a miałam chęć, widząc ich piękną wystawę 🙂

Wreszcie przyszedł czas na odbiór bagażu i podróż powrotną. Dojechałam najpierw regionalnym do Poznania, a stamtąd dalekobieżnym do Gdańska. Mimo wszystko dobrze wrócić do domu!

PS. A bagaż powrotny ważył 11,8 kg (patrz wpis o Gnieźnie), jeszcze kiedyś zejdę poniżej tych 10 kg 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *