Jak wspominałam ostatnio, po pierwszym dniu wędrówki po Wielkopolskim Parku Narodowym, zasnęłam momentalnie. Obudziłam się za to o szóstej, niczym do pracy, a specjalnie nie nastawiałam budzika! Udało mi się jeszcze zasnąć pół godziny później i obudziłam się ku mojemu zaskoczeniu o wpół
do dziewiątej. Nie wiem, kiedy ostatnio mi się to przytrafiło.
Pogoda dopisała, było od rana bardzo ciepło (już o 9:00 temperatura wynosiła 22°C, ostatecznie doszła do 28°C), choć słońce prawie nie pokazywało się zza chmur.

Zdecydowałam się iść w szortach, więc wypsikałam się sprayem na owady i co jakiś czas na szlaku powtarzałam proceder. Jeszcze w Mosinie jakiś dziadek się nie krył nawet, że patrzy i powiedział do mnie:
– Buonaserá señorita.
W ogóle minęłam tego dnia dużo więcej ludzi niż poprzedniego. Było też mnóstwo kolarzy, którzy rozgrzewali się po asfalcie ulic, choć potem na szlakach też bywali. Jeden z kolarzy się uśmiechnął do mnie.

Do pewnego momentu trasa przebiegała jak dzień wcześniej. Dzięki temu szłam żwawiej, niwelując tym samym czas stracony na guzdraniu się rano, a do tego zwracałam uwagę na detale. Widziałam chociażby śliczną niebieską ważkę (łątkę dzieweczkę), ale była za szybka, by ją sfotografować.

Nagrałam również filmik przy Studni Napoleona, a kolejny, gdy odbiłam ścieżką na Szwedzkie Góry. Znajdowała się tam platforma widokowa, z której niestety niewiele było widać, a liczyłam po cichu, że rzucę okiem na leżące po sąsiedzku Jezioro Budzyńskie. Sama platforma była zadbana i wykonana z bardzo ładnego drewna.



Następnie, podobnie jak dzień wcześniej, podeszłam w stronę Jeziora Kociołek. Tym razem jednak nie skręcałam w szlak niebieski, a szłam czerwonym na wprost. Znalazłam fajne zejście, skąd było widać jezioro w pełnej krasie. Nakręciłam z zachwytu kolejny filmik – nie tylko na YouTube dla swoich czytelników i widzów, ale przede wszystkim będę miała w tej postaci pamiątkę dla siebie. Chyba spodobał mi się ten format. Krótkie nagrania z pogadanką w co ciekawszych miejscach. Stwierdziłam, że nie muszę być klasyczną vlogerką, którą widać, bo i tak prezentuję się na wielu zdjęciach, ale fajnie, gdy mnie słychać i lubię swój głos na nagraniach. Jak być może wiecie, blisko rok temu wkręciłam się jednak we vlogowanie 😉



Wędrówka była długa, od Mosiny do celu minęły 2,5 h. Po drodze natknęłam się na punkt wypoczynku, gdzie zjadłam i ponownie się popsikałam sprayem na owady, ale ledwie ruszyłam dalej, te skrzydlate stwory upodobały sobie latanie wokół mojej głowy. Jako, że wokół nie było wiele szczególnych obiektów, przyspieszyłam i zrobiłam sobie z mapy wachlarz. Udało mi się dzięki temu wrócić niepogryzioną i bez uszczerbku na zdrowiu, czego nie można powiedzieć o samej mapie. Mocno ją sfatygowałam, a zginanie na przekór naturalnym zgięciom dodatkowo ją ponadrywało. W każdym razie wyeksploatowałam ją przez te dwa dni maksymalnie, ale wierzyłam, że nazajutrz w Mosinie jeszcze dam sobie radę. Dlatego wolę mapy laminowane, ale cóż, tu nie znalazłam takiej opcji.


Ostatnim punktem przed dotarciem do celu było Jezioro Skrzynka, którego ponownie nie zobaczyłam zza drzew, ale za to doskonale słyszałam tamtejsze ptactwo 😉 Później już mogłam cieszyć oczy widokiem Jeziora Góreckiego i to z pewnej wysokości, co było bardzo fajne. Widząc, jak niewiele zostało mi do pokonania, zaczęłam iść niemalże w podskokach i podśpiewywać „Marzenie mam” – nie wiem, czemu akurat tę piosenkę, nawet jej jakoś szczególnie nie lubię.


Aż wreszcie znalazłam się na punkcie widokowym przy Wyspie Zamkowej. Co prawda spodziewałam się wieży, a zastałam pomost, ale widoki były i tak ekstra! Zrobiłam zdjęcie niczym pocztówka i to będzie chyba mój ulubiony kadr z Parku <3


Nazwa wyspy pochodzi od ruin XIX-wiecznego zamku ufundowanego przez Tytusa Działyńskiego w prezencie ślubnym dla siostry, Klaudyny Potockiej. Udało mi się nakręcić filmik z pogadanką na temat podróżowania w pojedynkę, nim w okolicy znaleźli się inni turyści (para, a później pani z dwoma synkami, śmieszne dzieciaczki). Zasiedziałam się tam, przy okazji robiąc im zdjęcia na tle zameczku i wypisując pocztówki, które dzięki temu będą jedyne w swoim rodzaju. W sumie to fajny pomysł, takie tworzenie na łonie natury…

Spędziłam na pomoście godzinę i to była najlepsza godzina całej podróży. Miałam w sobie taką harmonię! Tego dnia nie bolały mnie już plecy, a ja uświadomiłam sobie, że najlepiej odpoczywam z naturą w tle. Pomyślałam nawet, by zrobić z tego swój rytuał i zacząć również odwiedzać Trójmiejski Park Krajobrazowy.



Droga powrotna nie przebiegała jednak tak sielankowo. W okolicy obszaru ochrony ścisłej „Grabina” natrafiłam na skrzyżowanie czterech ścieżek, z czego powiedzmy, że oznaczono jedną. Było to jednak na tyle mylące i niespójne z mapą (a GPS w ogóle pokazywał mnie gdzieś poza drogą), że sprawdziłam wszystkie trzy opcje, ostatecznie decydując się iść prosto, by pozornie dotrzeć do skrzyżowania dróg, które mapa sugerowała kawałek dalej. Jak się jednak okazało, czekała mnie długa wędrówka prostą drogą, która doprowadziła mnie do leśniczówki mijanej przed południem. Nie chciałam planowo wracać tamtędy, ale przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem, więc zawróciłam porannym szlakiem i wróciłam już bez problemów do Mosiny. Wieczór spędziłam na leniuszka, za nic mając sobie cyfrowy detoks 😉 Czułam też, że się dotleniłam, bo ponownie zasnęłam niczym dziecko…

