Busem przez… powiat nowodworski

Plan na tę wycieczkę mieliśmy z kolegą już wiosną. Mieliśmy dużo wspólnych tematów, śledził mojego bloga, a mi marzyło się poznać województwo pomorskie jeszcze lepiej. On pochodził z powiatu nowodworskiego, a do tego miał ogromną wiedzę i dużą łatwość dzielenia się nią. I tak postanowiliśmy wybrać się na wspólną wycieczkę. Trochę nam jednak zajęło przekucie planów w czyny, a dodatkowo kolega zabrał w podróż jeszcze jedną osobę i tak dorobiłam się nowej koleżanki 😉

Wycieczka przypadła na wrzesień. Wyjechaliśmy we trójkę z Gdańska, a naszym pierwszym celem był ostatni przystanek busa czyli Krynica Morska. Co ciekawe, dworzec autobusowy mieścił się na ulicy Gdańskiej, co przywołało uśmiech na moją buzię. Z nowo poznaną koleżanką zgadałyśmy się momentalnie tak bardzo, że w sumie kolega, mający robić za naszego przewodnika, na tym etapie niewiele próbował dochodzić do głosu. Sytuacja była o tyle wyjątkowa, że zdając się zupełnie na niego, ułożyłam tylko wspólnymi siłami plan ramowy przed wycieczką, a w teren nie wzięłam nawet mapy. Notowałam jedynie co ciekawsze rzeczy w formie zapisków w telefonie i tworzyłam obfitą relację zdjęciową.

Na początek szliśmy główną ulicą w stronę granicy rosyjskiej, od której dzieliło nas jednak jeszcze sporo i której nie zamierzaliśmy przekraczać. Pierwszy przystanek na naszej trasie stanowił sklep spożywczy. Koleżanka weszła do środka, my z kolegą debatowaliśmy na zewnątrz. Naszą uwagę dość szybko skradł biało-rudy kocurek, który najwidoczniej uznał, że chce się z nami zaprzyjaźnić. Przykucnęłam i głaskałam go do woli, a kolega zrobił mi w tym czasie małą sesję zdjęciową. Zwierzak przymilał się, aż w pewnym momencie uznał chodzenie wokół mnie za mało interesujące i wskoczył na nieużywaną w tamtej chwili przez nikogo ławkę. Tam pozwolił się na nowo głaskać, a że wyglądał jakby zasiadł za stołem, mój kompan dorzucił:

– Zamawiam kotlety myszowe.

Na dalszym odcinku trasy minęliśmy hotel, który zrobił na nas kolosalne wrażenie ilością rzeźb w ogrodzie, a do tego krzyżem pośrodku. Czego tam nie było! Jelonki, muchomorki, czapla, renifer z saniami… Co ciekawe, byliśmy zupełnie innymi odbiorcami niż ludzie spacerujący za nami. O ile wszyscy jak jeden mąż zwróciliśmy na to uwagę i pobudziło nas to do dyskusji, tak już nasze odczucia okazały się zupełnie inne. Państwo patrzyli na ową sztukę z radością z jej różnorodności, dla nas takie połączenie kwalifikowało się na granicy kiczu i mogliśmy się jedynie zastanawiać, jaki cel przyświecał autorowi tej koncepcji. Osobiście większym entuzjazmem zareagowałam na znajdującą się obok reklamę kawiarni z globusem w nazwie, bo jednak geografia pod wieloma postaciami była mi bliska już od lat nastoletnich.

Dotarliśmy wreszcie do granicy Krynicy Morskiej, ale nie był to jeszcze koniec Polski. Wkrótce drogowskaz zaprezentował nam drogę do celu. Tablica informowała, by lada moment skręcić na Wielbłądzi Garb. Ponoć zwano go także potocznie Wielbłądzim Grzbietem. Na umieszczonej na tablicy mapie znajdowały się nazwy niemieckie, więc kolega posłużył nam za tłumacza. Jedna z miejscowości w dosłownym tłumaczeniu oznaczałaby „ptak śpiewał”, więc zażartowaliśmy, że współcześnie mogłaby dostać sympatyczną nazwę „Skowronki” lub „Ptaszkowo” i rzeczywiście używano tej pierwszej.

Naszym celem była wieża widokowa. Sama droga była dla mnie ciekawa, bo różnorodna. Wystające korzenie na jasnej ścieżce tworzyły ciekawą kompozycję wplecioną w zieleń drzew. Dalej poprowadziły nas schodki. Gdzieniegdzie mijaliśmy kolejne tablice edukacyjne, poświęcone wydmom czy tutejszym gatunkom.

Wreszcie znaleźliśmy się na wieży. Nie była ona szczególnie duża. Platforma miała mniej więcej kształt kwadratu o boku dwóch, może trzech metrów. W krajobrazie z wysokości dominujące okazały się drzewa, w dużej mierze iglaste. Dało się jednak dostrzec niebieskość morza, inną od błękitu nieba. Każde z nas dorobiło się zdjęć z wieży, pozowaliśmy również wspólnie. Wycieczka w trójkę ma swoje plusy.

Nie spędziliśmy jednak u góry zbyt wiele czasu, choć nastawialiśmy się na krótką przerwę na posiłek. Pod wieżę podeszły kolejne osoby i postanowiliśmy ustąpić im miejsca. Gdy schodziliśmy z wieży, pan rzucił żartobliwie w naszym kierunku:

– Pięć złotych.

Rozbawiło mnie to, kojarząc mi się z moim bratem, więc postanowiłam to zanotować, a w tym samym czasie koleżanka zrobiła mi zdjęcie o roboczym tytule „Ja to zapiszę”.

Na końcu schodków znajdowała się ławeczka, a przerwa okazała się jednak ciutkę dłuższa. Wszyscy się posililiśmy, mogliśmy poobserwować przechodzące rodziny, a nawet weszliśmy w interakcję z psiakiem, który chyba zwęszył szynkę, co nie spodobało się jego właścicielom i zastanawiali się, czy zwierzak się nam nie naprzykrza.

Uzbrojeni w nową pulę sił, kontynuowaliśmy swoją wędrówkę. W dużej mierze musieliśmy zawrócić znaną nam już drogą. Wykorzystałyśmy z moją nową koleżanką ten czas, by dowiedzieć się czegoś o sobie, a potem najzwyczajniej w świecie zaczęliśmy zwracać uwagę na obiekty, którym się dotąd nie przyjrzeliśmy.

Ostatecznie weszliśmy w ulicę Żołnierzy, zmierzaliśmy bowiem do latarni morskiej. Przy hotelu moją uwagę zwróciła rzeźba lwa, latarnia uliczna i ciekawe, delikatne chmurki na niebie, co skłoniło mnie do zrobienia kilku kadrów. Wydawało się, że latarnia jest już bardzo blisko, ale dotarcie do niej zajęło nam chwilę. Sporo rzeczy po drodze okazało się jeszcze intrygujących i nie byłam w tym zdaniu osamotniona.

Pierwsze naszą uwagę zwróciły niewykarczowane pozostałości drzew.

– I oczywiście wycięte drzewa – zauważyli moi kompani.

– Jeden z nich wygląda jak paszcza krokodyla – zasugerowałam. – Zrobiłam zdjęcie.

– Biologia wszędzie.

– Co to będzie, co to będzie, biologia wszędzie.

Kolejnym intrygującym obiektem był niski ceglany dom. Koleżanka wręcz podbiegła, by go sfotografować, dlatego przystanęłam, by poczekać, aż zrealizuje swój cel i będę miała czysty kadr.

– Już się spieszę. – błędnie odczytała moje intencje.

– Nie, nie. Ja się cieszę, że wreszcie jestem na wycieczce z kimś, kto też fisiuje na punkcie zdjęć – uspokoiłam ją.

Dalej był jeszcze nowszy dom, którego okna miały szprosy na krzyż po przekątnych. Nie spotkałam się z tym nigdzie wcześniej. Zobaczyliśmy również pomnik żołnierza z karabinem, upamiętniający walczących w armii radzieckiej i prawdopodobnie (sądząc po tabliczce obok) znajdujący się na miejscu dawnego cmentarza (?).

Ostatecznie jednak dotarliśmy do latarni morskiej, gdzie jeszcze przed wejściem spojrzałam na drogowskaz z odległościami do innych miejscowości z latarniami morskimi (Hel, Rozewie, Stilo) oraz na tablicę informacyjną. Równie ciekawe było wnętrze, już na poziomie parteru. Mieścił się tu sklepik (z którego oferty także skorzystaliśmy), ale przede wszystkim urzekły mnie zdjęcia poszczególnych latarni i mapa z ich rozmieszczeniem na polskim wybrzeżu. Nie zabrakło też gdańskich: w Nowym Porcie i w Porcie Północnym. Tutejszą, obecną latarnię wybudowano nieopodal fundamentów poprzedniej w 1951 roku i pięła się do wysokości około 27 m.

Podczas samej wspinaczki na górę, podobał mi się widok spirali schodów, ciekawy także podczas spoglądania w dół. Aby jednak dostać się na sam szczyt, trzeba było pokonać kilka stopni ustawionych niemal pionowo jeden nad drugim, prawie jak na drabinie i jednocześnie zsynchronizować się z osobami, które chciały zejść. Przestrzeń obok nie była zbyt duża.

Wreszcie znaleźliśmy się na górze! Pośrodku mieściła się za szkłem sama „lampa”, ale choć też ją obejrzałam, zdecydowanie bardziej wyczekiwałam tych widoków w oddali. Tym razem morze było dobrze widoczne, byliśmy bowiem powyżej linii drzew, a z zieleni gdzieniegdzie wychylały się nieśmiało dachy domów.

W dalszą drogę udaliśmy się ulicą Sienkiewicza, która miała w zanadrzu parę ciekawostek. Już na starcie zastanowiły nas pozostałości po bramie wjazdowej, a właściwie słupki i… furtka. Nie żeby coś, ale spokojnie dało się przejść przez brakującą bramę, furtka absolutnie nie miała już racji bytu.

Wędrując dalej, po lewej stronie mijaliśmy identyczne domki kempingowe, natomiast po prawej wyróżniała się ściana jednego z lokali (gastronomicznych?). Zdobiła ją mozaika, którą również nie tylko ja sfotografowałam i nawet zostałam sfotografowana, jak fotografuję! Oj, lubię takie pamiątki! <3

Minęliśmy ulicę Przyjaźni, która to nazwa bardzo mi się spodobała i ruszyliśmy dalej prosto. Po drodze sobie podśpiewywałyśmy i okazało się, że z nowopoznaną koleżanką mamy nawet częściowo podobny repertuar:

– Nawet Taco [zna], skąd Ty ją wytrzasnąłeś? – zapytałam kolegę, przekomarzając się.

Otoczenie też było dla mnie niezwykle ciekawe. W okolicznej zabudowie dostrzec można było sporo drewna – z niego zbudowano okiennice domów, domki kempingowe, a także lokal gastronomiczny, gdzie do aranżacji wykorzystano dodatkowo młyńskie koło.

Wychodząc na ulicę Teleexpresu, dostrzegliśmy elegancką willę z imitowanymi pilastrami i płaskorzeźbą nad wejściem. Nazwę Willa Warta w myślach przeczytałam jako „Willa Marta”. Nadłożyliśmy nieco drogi, bo zaciekawiła mnie właśnie ta nazwa ulicy, ale okazało się, że nie jest jedyną atrakcją tutaj. Przed wejściem jednej z prywatnych posesji pokrytej ciemną cegłą (lub jej imitacją) było zadaszenie ze sklepieniem krzyżowo-żebrowym, a kawałek dalej maleńki kościół Braci Mniejszych Kapucynów pw. Św. Piotra Apostoła i Św. Franciszka z Asyżu. W środku trwało jakieś strojenie, jak na ślub, więc sfotografowałam tylko witraże, a w ogólnym kadrze znalazły się panie dekoratorki. Jeszcze inny pensjonat miał przykute litery z gotycką czcionką, tworzące nazwę i adres.

Chcąc się już kierować na dworzec, skręciliśmy w drobną uliczkę, prawdopodobnie Bałtycką, biegnącą wzdłuż parku i przy tej okazji minęliśmy dwie fontanny, jedną nieogrodzoną, a drugą na prywatnej posesji. Ostatecznie wyszliśmy na Gdańskiej, nieopodal Muzeum Przyrodniczo-Myśliwskiego, która to nazwa wydaje mi się dość dziwnym połączeniem. Mając jeszcze chwilę do PKS-u, wypełniliśmy sobie czas, wędrując w najbliższym otoczeniu dworca i znajdując przy tym ogromny statek Koga. Jednak skupiałam uwagę także na detalach, jak układ płytek chodnikowych, gdzie pośród jasnych w regularnych odstępach pojawiały się ciemne.

Oprócz Sztutowa (o nim za jakiś czas), przejeżdżaliśmy też przez Stegnę. Kolega podzielił się z nami informacją, że tamtejszy kościół pochodził z 1683 roku Uzupełniłam sobie w domu tę wiedzę o fakt, że była to data ukończenia budowy kościoła, choć już od XVI wieku istniała parafia, ale ze względu m.in. na pożary, nowy kościół był w nieco innym kształcie.

Poza ciekawostkami od naszego prywatnego przewodnika, umilaliśmy sobie podróż, grając w „Czółko”. Osoba przykłada telefon z hasłem do czoła i musi odgadnąć po podpowiedziach pozostałych. Były tam różne kategorie, ja wybrałam dla siebie chociażby „Zwierzęta”, „Polska” i „Postaci fikcyjne”. Jadące tym samym busem panie pytały nas:

– Co macie za grę, bo nas zainteresowała i już podpowiadamy Wam w myślach!

Wreszcie znaleźliśmy się w Nowym Dworze Gdańskim. Dworzec był ewidentnie bardziej staroświecki niż w Krynicy, ale podobało mi się, że widniał wyraźny napis z nazwą przystanku, dzięki czemu zrealizowaliśmy zasobną w kadry sesję zdjęciową. Kolorytu dodawały również barierki pomalowane na żółto i na niebiesko.

Z dworca udaliśmy się bardzo przyjemną i prostą trasą do muzeum, które mieliśmy w planie odwiedzić. Droga biegła chodnikiem wzdłuż rzeki o nazwie Tuga, w dużej mierze pokrytej roślinnością (salwinia pływająca, lilia wodna). Minęliśmy tablicę, na której wyczytaliśmy, że Nowy Dwór zyskał prawa miejskie w 1880 roku i stanowi siedzibę władz miejskich, gminnych i powiatowych.

Słoneczko przygrzewało, a miejsce miało swój klimat, więc podeszliśmy bliżej barierek nad wodą i znów wraz z koleżanką zaczęłyśmy robić multum zdjęć. I ponownie załapałam się w jej kadr, sama będąc w trakcie fotografowania. Koleżanka rozsiadła się też na chwilę na zielonej trawce. Poczyniłyśmy do tego ciekawą obserwację, pośród licznych kaczek nie było żadnego kaczora?!?

– Co to za sfeminizowane środowisko? – zauważyłam.

– Jak się przed Tobą popisuje! – zaśmiała się moja towarzyszka.

– Ale to same baby są – zaoponowałam, co wywołało ogólny śmiech.

Wysnuliśmy wniosek, że „kaczorów nie ma w Nowym Dworze”.

Po tej chwili odprężenia nad wodą ruszyliśmy dalej chodnikiem. Koleżanka już zauważyła, że lubię, gdy mnie fotografuje w trybie działania.

– Robisz zdjęcie jak robię zdjęcie swojego cienia – zorientowałam się.

Sama też stwierdziłam, że uwiecznię cienie całej naszej trójki. Przekroczyliśmy wkrótce most i znaleźliśmy się przy budynku Starostwa Powiatowego, przed którym znajdowała się fontanna, mająca nawet swój pomost! Dalej intrygujący okazał się obiekt, który kolega określił jako „pierwszy dom kultury otwarty po wojnie”. Zdobiły go wielki napis „Kino Żuławy”, a u szczytu herb miasta, natomiast mi do szczęścia wystarczyło, że był ceglany i już przypadła mi do gustu ta pozornie prosta bryła.

Za winklem pojawił się widok jeszcze milszy oczom, ceglany budynek, już o nieco bardziej skomplikowanej bryle, za to wyrównanym kolorycie cegły i okolony zielonym trawnikiem, nawet z rzeźbą pośrodku (choć sama rzeźba była średnio interesująca). Swoją siedzibę miało tutaj muzeum Żuławski Park Historyczny. Właśnie tę instytucję postanowiliśmy zwiedzić wewnątrz.

Wewnątrz najpierw ucięliśmy sobie pogawędkę z pracującym tam panem. Zakupiliśmy pocztówki, podbiliśmy na nich pamiątkową pieczątkę i obejrzeliśmy zdjęcia przez specjalne okulary, tworzące wrażenie trójwymiaru. Dzięki jednej z pocztówek poznałam dawną nazwę Nowego Dworu czyli Tiegenhof. Z tablic dowiedzieliśmy się, że dawniej na zajmowanej przez muzeum parceli mieściła się mleczarnia i serownia – obie założone pod koniec XIX wieku. Na początku zwiedzania zobaczyliśmy sporo eksponatów nawiązujących do codziennego życia mieszkańców, do zmian zachodzących po 1945 roku, a także ciekawe makiety. Ponadto można było poczytać historię kolejki wąskotorowej czy obejrzeć pozostałości płyt nagrobnych. Mnie najbardziej zaintrygowała tekturowa ścianka z ważnymi i przedstawionymi chronologicznie zdarzeniami z historii regionu. Choć muszę przyznać, że obejrzałam ją niechcący wbrew chronologii. Okazała się dla mnie ciekawa chociażby z dwóch względów. Po pierwsze zobaczyłam tam gdańskie akcenty, jak np. herb z dwoma krzyżami i koroną, a po drugie wspomniano tam Jana III Sobieskiego, który to władca kojarzy mi się z bliskim memu sercu Heweliuszem i nawet zapisano tam informację o odwiedzinach w obserwatorium astronoma w 1678 roku.

Górna kondygnacja okazała się również przyciągać wzrok akcentami gdańskimi, znaleźliśmy chociażby wzmiankę o Żurawiu i jego model. Natomiast niewątpliwie ta poświęcona menonitom część była bardziej uporządkowana tematycznie niż parter muzeum. Ciekawostkę stanowiła dla mnie skrzynia, według daty na okuciu, aż z 1736 roku! Wspomniano tam także Annę German, która ponoć miała menonickie korzenie ze strony matki. Bardzo podobały mi się także kafelki z charakterystycznym dla Niderlandów niebieskim zdobieniem na białym tle. Lubię też przestrzenie aranżowane jak w scence rodzajowej. Obejrzeliśmy m.in. kuchnię, a wspomniany wzór był tam nie tylko na kafelkach, z których wykonano piec i taboret, ale także na ceracie. Dostrzegliśmy też posążek lwa, podobnego do fontanny Czterech Kwartałów w Gdańsku, który w łapach dzierżył kulę (ziemską?). Zapozowaliśmy też w postawionych odrębnie drzwiach w drewnianej framudze. Za nimi na stoliku był świecznik, ponownie z gdańskim herbem. Oj, warto było mieć tam oczy dookoła głowy!

Na kolejnym etapie mogliśmy spojrzeć na to, jak pracowali i co wytwarzali dawni rzemieślnicy, tacy jak np. szewc, ale do obejrzenia było sporo wyrobów z drewna, metalu, meble i instrumenty. Za przeszkleniem znajdowała się oddzielona od wystawy zupełnie współczesna biblioteczka 😉 Przejście wzdłuż drugiej ściany, gdy już zawracaliśmy do schodów, było jakby bardziej „technologiczne”. Widzieliśmy tam radia i telewizory. Zachwycały mnie stare zegarki (do zegarów też mam słabość, nie tylko do cegieł), dawne albumy ze zdjęciami i aparaty fotograficzne. Minęliśmy jeszcze parę innych wyrobów i dotarliśmy do stolika przy samych schodach, gdzie były maszyny, jakby do pisania (choć takie też były, np. firmy Adler), ale nie wszystkie o typowych klawiszach. Wzrok na dłużej przykuły Triumphator i inna, tym razem o rosyjskiej nazwie. Chyba one najmocniej skupiły naszą uwagę, nie tylko moją, bo usłyszałam pytanie moich towarzyszy:

– Czy to jest coś do szyfrowania?

– Raczej jakaś maszyna licząca. [zgadłam, patrzcie tutaj!]

– Chyba powinnaś o tym wiedzieć?

– No Enigma to to nie jest – rzuciłam z rozbrajającą szczerością.

– Made my day.

Następnym etapem naszego zwiedzania miała być wieża ciśnień. Ruszyliśmy w drogę, mijając przy tym chociażby Urząd Miejski. Na naszej trasie były też ciekawe budynki i pomniki – jeden z symbolem Polski Walczącej, drugi dedykowany Pionierom Odbudowy Żuław, wraz z nazwami miejsc, z których pochodzili ci osadnicy, na siedmiu mniejszych kamieniach przed głównym głazem.

Minęliśmy także ceglany kościół pw. Przemienienia Pańskiego i skwer przy ulicy Drzymały. Nim skierowaliśmy się ku Tuwima, gdzie moglibyśmy obejrzeć wieżę ciśnień, postanowiliśmy jednak zjeść coś na ciepło. Znaleźliśmy coś na kształt baru mlecznego. Zdecydowałam się na kompot i jajko sadzone z ziemniakami i surówką. Jedliśmy na zewnątrz i nieco przeszkadzał nam w tym wiatr, ale posiłek był smaczny.

W drodze ku wieży koleżanka powygłupiała się na trzepaku. Samą wieżę (ulica Tuwima 5) staraliśmy się obejrzeć z każdej możliwej (częściowo była ogrodzona) strony wraz z przyległościami. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jakim przeżyciem byłoby wejście na górę, gdyby to było możliwe. Choć stan wieży ewidentnie wskazywał na jej wiekowość, lubię raczyć oczy widokiem takich budowli. Częściowo widać było cegły, częściowo beton / tynk. Ostatnim nowodworski akcent stanowił jeszcze niewielki pomnik z czerwca 1996 roku głoszący „Pokój temu miastu”.

Po powrocie do Gdańska dopełniliśmy dzieła, spacerując Drogą Królewską i podążając tropem pana Fahrenheita. W okolicy termometru i barometru, na hotelowym przedprożu, umieszczono nareszcie figurę Lwa Heweliona, nawiązującego do tego naukowca. Cieszyłam się jak dziecko, bo bardzo na niego czekałam. Na kursie przewodnickim opracowywałam jego biografię. Zrobiłam figurce sporo zdjęć i sama też zapozowałam, a co! Koleżankę z kolei zachwyciły rzeźbienia drzwi hotelu, co też umieściliśmy w kadrze obydwoje z kolegą. Później postanowiłam jej pokazać dom, w którym urodził się jeden z moich ulubionych gdańskich naukowców (kolega znał ten obiekt). Zatem ruszyliśmy na Ogarną pod Dom Fahrenheita. Co ciekawe, nie tylko detale na tamtejszej fasadzie zwróciły naszą uwagę. Wzór na jednej z sąsiednich kamienic był ułożony z elementów na kształt… koników morskich! To tylko upewniło mnie w przekonaniu, że potrafimy być otwarci na odkrycia niczym dzieci. I choć uwielbiam dalsze podróże, w Gdańsku też mogę wciąż być odkrywcą! <3

3 thoughts on “Busem przez… powiat nowodworski

  1. Michał says:

    Ale tu są kaczory! Tyle, że w szacie spoczynkowej – w tej sytuacji decydują żółte dzioby. Wycieczka raczej nie była w okresie godowym.

    Natomiast tytuł Twojego spaceru przypomina mi o ważnym fakcie – powiat nowodworski nie ma pociągów pasażerskich (kolei normalnotorowej). Czytałem artykuł, który dobrze uzasadniał plany budowy linii Gdańsk (w praktyce chyba Olszynka) – Nowy Dwór Gdański – Elbląg. Umożliwiałaby ona m.in. łatwiejsze dojazdy do pracy – odciążenie autobusów. Mówił trafnie, jak zaskakujące jest wysokie bezrobocie w powiecie graniczącym… z Gdańskiem. Stąd popieram, a nawet mam swoje projekty paru stacji i przystanków (choć niedokończone). 🙂

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Szczerze? Nie przyglądałam się wtedy dziobom, bo dużo bodźców mieliśmy, a przytoczony dialog z kaczorami nie miałby już walorów anegdotycznych.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *