Gdynia Wielki Kack i Kacze Buki

Chociaż do końca zwiedzania Wielkiego Kacka pozostał obszar porównywalny do tego pokonanego na poprzedniej wycieczce, nie byłam wcale pewna, czy uda się go przejść za jednym zamachem. Nastał już październik, a pogoda w ostatnich dniach nie należała do najbardziej przychylnych. Temperatury znacząco spadły, wiał bardzo silny wiatr, a do tego przez większość czasu padało. Na szczęście owej soboty nieco się rozchmurzyło, a i wiatr chyba już się wyszumiał. Co prawda temperatury oscylowały w okolicy dziesięciu stopni Celsjusza, ale to była niewielka przeszkoda, bo mogłyśmy po prostu cieplej się ubrać.

Tak też zrobiłyśmy i w wyśmienitych humorach ruszyłyśmy na skrzyżowaniu Chwaszczyńskiej i Źródła Marii, wchodząc w tę drugą. Naszą uwagę niemal od razu zwróciła kwiaciarnia, czy raczej stragan ogrodniczy. Wypełniały go kwiaty różnych rodzajów, drewniane karmniki wielorakich kształtów, ale naszą uwagę zwróciło… warzywo. Trochę przypominało nam kalafior, nieco kapustę, w każdym razie jako biolog byłam pewna rodziny warzyw, do jakiej należało to leżące przed nami. Sprzedawczyni, widząc, że stoimy tam dłuższą chwilę, podeszła do nas i rzuciła klasycznym:

– W czym mogę pomóc?

Przyznałyśmy się, że nie wiemy, z jakim dokładnie warzywem mamy do czynienia. Odgadnięcie utrudniał fakt, że wokół tego pojedynczego egzemplarza widniały głównie roślinne kompozycje. Pani uświadomiła nas, że naszą uwagę zwróciła kapusta ozdobna. Jednak niemniej ciekawe były rośliny wokół. Chryzantemy umieszczono w ładnie odmalowanej drewnianej skrzynce. Bluszcz umieszczono w jednym koszyku z maleńką dynią, by stanowiły dopełnienie purpurowych wrzosów. Zawsze lubiłam wrzosy, bo kojarzyły mi się z wrześniem – miesiącem, w którym się urodziłam, a ponadto często przybierały różne odcienie fioletu, który to kolor należy do moich ulubionych. Koleżankę natomiast pochłonęły ciemnoniebieskie okazy, jak się okazało farbowane. Ucięłyśmy sobie z panią pogawędkę o farbowaniu kwiatów ciętych przez włożenie łodygi do pojemnika z barwnikiem. Tutaj jednak zastosowano najzwyklejszą farbę w sprayu. Nie wiem, ile takie rośliny się utrzymują, ale efekt był całkiem ciekawy. Moim zdecydowanym faworytem mianowałabym kompozycję z różnych roślin zielonych, poprzetykanych gdzieniegdzie ciemnoróżowymi akcentami, umieszczoną w wydrążonym kawałku drewna.

Miejsce miało swój klimat i żal było nam je opuszczać, ale musiałyśmy ruszać dalej. Na koniec pochwaliłyśmy panią za jej niesamowite oko do kompozycji kwiatowych i życzyłyśmy jej miłego dnia. Następnie wędrowałyśmy dalej ulicą Źródło Marii. Po sąsiedzku znajdował się serwis rowerowy. Minęłyśmy Wschodnią, gdzie tylko zajrzałyśmy, po czym ruszyłyśmy ku kościołowi Św. Wawrzyńca. Ulica lekko meandrowała i wraz z okoliczną zabudową tworzyła wrażenie wędrówki poprzez wieś, ewentualnie maleńkie miasteczko. Przypomniała mi się, wcale nie tak mała, Kościerzyna i okolice jednego z jej kościołów, wizytowanego kiedyś w ramach Światowych Dni Młodzieży.

Nieopodal kościoła umieszczono parking i przeniosłam się tam, by sfotografować budynek w całości. Miejsce to było naprawdę ładne. Wierni mogli przechodzić przez prostą bramę, a następnie szli ścieżką wzdłuż nagrobków, bo do kościoła przylegał niewielki cmentarz. Nie czuło się tu jednak ponurego klimatu. Być może była to zasługa niewielkiej ilości drzew, dzięki czemu nagrobki były odsłonięte i przy bardziej sprzyjającej pogodzie musiało docierać tam słońce. Sama bryła kościoła była dość prosta, a ceglane ściany szczególnie przypadły mi do gustu. Moją uwagę, jak zwykle zresztą, zwróciła wieża zegarowa, wyróżniająca się swą bielą. W historii świątyni miały miejsce zdarzenia, podczas których wieżę niszczono, nic więc dziwnego, że wyróżniała się wyglądem na tle całego gmachu. Przy bramie wejściowej przywieszono krzyż z godzinami mszy świętych i przyczepiono tam gałązkę. Chociaż sztuczna, wcale nie wydawała się być nie na swoim miejscu. Okalający kościół murek spodobał mi się na tyle, że zrobiłam jego poszczególnym fragmentom kilka zdjęć. Pomyślałam, że stanowiłyby bardzo ładną tapetę na telefon albo tło dla innego obiektu. W murku znalazła się także wnęka, w której umieszczono figurę Św. Andrzeja Boboli.

Gdy ruszyłyśmy dalej, dotarłyśmy do sklepu spożywczego po prawej i intrygującego budynku po lewej. Zaciekawił mnie, bo wypatrzyłam na nim tabliczkę. Niestety, była za daleko, bym rozczytała napisy lub wykorzystała w tym celu mój aparat. Podejrzewałam, że budynek należał do parafii, ale nie udało mi się tego zweryfikować. Po sąsiedzku stacjonowały skup złomu i firma transportowa. Chwilę poświęciłam na próbę uchwycenia w kadr ładnych kompozycji z liści, podobnie jak wcześniej fotografowałam murek wokół kościoła.

Minęłyśmy blaszany budynek, który, sądząc po napisach, mógł być kiedyś drogerią. Naprzeciwko znajdował się strumyk. Koleżanka zauważyła w nim ślady działalności ludzi:

– O! – ożywiła się. – Kalosz? Kalosz! – zakrzyknęła. – Nie ma to jak prowadzić monolog – podsumowała.

Przeszłyśmy obok ulicy Ornej, by najpierw dotrzeć do Ks. Siega. Podążałyśmy w tym celu kontynuacją ulicy Źródło Marii. W jednym z ogrodów wypatrzyłyśmy mnóstwo figurek, głównie zwierzęcych (króliki, sarny, kurka, bocian i urocze żabki), ale znalazły się także ludziki i krasnal. Całości dopełniał drewniany wiatrak.

Chodnik nie należał do najszerszych, więc postanowiłyśmy iść gęsiego.

– Idź przodem, bo ty pstrykasz zdjęcia, a ja nie robię nic takiego – zasugerowała koleżanka.

– Jak to nie robisz? – obruszyłam się na niby. – Prowadzisz monolog!

Co jakiś czas chodnik okazywał się jednak za wąski nawet dla jednej z nas. Zaczęłyśmy imitować system wczesnego ostrzegania, choć koleżanka przyznała, że nie chciałaby tu robić za nawigację dla pieszych.

– Za piętnaście… Nie. Za dziesięć metrów lampa. Skręć w lewo – wydobywałam z siebie piskliwe niczym maszyna dźwięki.

– Zrobię na przekór i pójdę w prawo – odparła koleżanka.

Rzeczywiście, w okolicy lampy pojawił się wjazd po prawej, ale nie miał nam nic do zaoferowania, więc ruszyłyśmy dalej. Jednego z mieszkańców wyraźnie zaniepokoiło, że fotografujemy różne obiekty. Trudno byłoby jednak przejść obojętnie obok murku, który okalał jedną z posiadłości. Jego fasadę stanowiły zabetonowane kamienie, które otoczono wokół każdej krawędzi fragmentami cegieł. Dodatkowo po obu stronach bramy znajdowały się dodatkowe elementy – z jednej strony skrzynka na listy, z drugiej płaskorzeźba wyglądająca, jakby była z laku. Nie chciałyśmy niepokoić pana, więc dziarskim krokiem weszłyśmy w ulicę Nad Potokiem i gdy powróciłyśmy na drogę ku ulicy Ks. Siega, pan wchodził już do swojego domu, nawet nas nie zauważając.

Już pierwsze kroki po ulicy Ks. Siega utrwaliły we mnie przekonanie, że tutejszym planistom infrastruktury należy się pochwała. Dlaczego nie miałabym więc takowej napisać tutaj? Dotąd psioczyłam na chodniki w formie schodów. Te jednak doskonale wymierzono, zapewniając komfort chodzenia. Dokładnie co drugi krok wchodziło się na kolejny stopień. Zwykle spotykałam się z takimi, gdzie wykonywałam półtora kroku i było to dla mnie bardzo niewygodne. Wybijało człowieka z rytmu marszu. Dalej zauważyłam zatoczkę w chodniku, którą ktoś wykorzystał jako prywatny parking. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale to, że przestrzeń wokół hydrantu, stojącego właściwie na trawniku, również pokryto drobnymi chodnikowymi płytkami, wydała mi się już czymś osobliwym.

Ulica tworzyła pętlę, więc miałyśmy do pokonania kilka łuków. Przy pierwszym z nich, po naszej prawej stronie, zobaczyłyśmy schodki. Właściwie ich krawędzie zostały umocnione kawałkami drewna, resztę stanowił piasek. Było w tych schodkach coś tak kuszącego naturalnością, że postanowiłam nie tylko zamknąć schodki z przyległą do nich ławeczką w kadrze, ale również stać się owego kadru częścią. Dopiero wówczas ruszyłyśmy z koleżanką dalej. Natknęłyśmy się na kolejny idealny chodnik i tym razem zmierzyłyśmy stopnie przy użyciu miarki, którą dysponowałyśmy czyli własnymi stopami.

– Każdy schodek ma prawie sześć stóp – zawyrokowałam.

– Pięć stóp i pięć szóstych, jeśli chcesz być dokładna – poprawiła mnie koleżanka.

Pokonałyśmy resztę ulicy Ks. Siega i przez Źródło Marii cofałyśmy się do Ornej. Powielałyśmy ten fragment, więc przyspieszyłyśmy kroku.

– Ciekawa jestem, ile nam dziś zejdzie – zastanawiałam się na głos.

– Fajnie, że cię słyszę przez ten samochód. Odbiór – usłyszałam w odpowiedzi.

Powtórzyłam więc komunikat, dodając również na końcu słowo odbiór.

– Jak będziemy szły w tym tempie, to będzie dobrze. Odbiór – podsumowała koleżanka.

– To fajnie. Bez odbioru – urwałam.

Wiedziałam, że nie zawsze możemy wędrować takim tempem. Spowalnia nas przecież samo robienie zdjęć. Najważniejsze było jednak to, że nie brakowało nam zapału.

Chwilę później weszłyśmy w Orną. Na skrzyżowaniu z ulicą Remusa trwał akurat remont. Nasza wizyta w tym miejscu nie uszła uwadze panów robotników. Zwłaszcza, że podeszłam bliżej, by sfotografować właśnie ulicę Remusa. Weszłam na tyle daleko, by nie złapać żadnego z nich w kadr, a szczególnie temu, któremu to najbardziej „groziło”, a który akurat jadł kanapkę. Najmłodszy z panów mógł mieć koło czterdziestki i to on odezwał się pierwszy, co ośmieliło również pozostałych robotników. Wszyscy posyłali mi uśmiechy i pozwolili sobie na różnorodne komentarze, które przywołały uśmiechy także na nasze buzie:

– Kierowniczka idzie – rzucił najmłodszy.

– Zdjęcia nam porobiła – dodał robotnik stojący obok.

– Paparazzi – powiedział „pan od kanapki”.

– I będą w internecie – dodał jednocześnie najmłodszy.

Roześmiane kroczyłyśmy dalej. Minęłyśmy zaniedbaną, białą ławkę, ładnie komponującą się jednak z wciąż zielonymi drzewami wokół. Znalazłyśmy także schodki prowadzące ku Siewnej oraz korty tenisowe. Zajrzałyśmy w ulicę Lesoka, dziwiąc się jednocześnie, że nie widziałyśmy Kaczeńcowej. Koleżanka rzuciła hasło:

– Tu będzie Maszopów. Fanfary.

Na to wydałam z siebie dźwięk niczym z rogu na polowaniu, a przynajmniej takowy imitujący. Naprzeciwko znajdowała się jedynie skromna odnoga, ale kawałek dalej dostrzegłyśmy już ulicę Goska. Zajrzałyśmy w nią, po czym weszłyśmy w Borówca. Ożywiłam się już na wejściu, w jednym z ogrodów wypatrzyłam bowiem figurki zwierząt. Dopiero, gdy podeszłam bliżej, pośród nich ujrzałam żółwia – mojego zwierzęcego ulubieńca. Towarzyszyło mu kilka innych zwierząt, przy czym każde wystąpiło tylko raz. Tymczasem na dachu domu naprzeciwko zobaczyłyśmy nakładkę na komin, której obroty sugerowały prędkość i kierunek wiatru, a które podczas wizyty na gdańskich Rudnikach wzięliśmy z kolegą za rzeźbę orła. Najciekawszym akcentem był jednak kamienny murek. Niezależnie od tego, czy pięły się po nim gałęzie bluszczu, czy też kamienie były odsłonięte, wyglądał równie efektownie. Oddałam więc koleżance aparat, by zrobiła mi zdjęcie na jego tle. Koleżanka uznała, że na ostatniej fotografii zrobiłam bardzo ciekawą minę i nadała zdjęciu roboczy tytuł Kochany urwis. Rzeczywiście, wyglądałam tam jakbym myślała, co by tu spsocić.

Z maluchem, niekoniecznie psotnym, miałyśmy do czynienia, gdy skręciłyśmy w lewo, zajrzałyśmy w kolejne odnogi (wypatrując przy okazji studnię z figurą Jezusa po sąsiedzku), ale minęłyśmy ulicę Krośniąt, by zajrzeć w ostatnią ścieżkę. Spacerowym tempem przemieszczał się tam tata z dzieckiem. Maluch wypatrzył w moich dłoniach aparat i zawołał:

– Szybko, biegajmy! Bo dziewczyny nas złapią.

Najwidoczniej smyk przestraszył się, że zrobię mu zdjęcie, choć moim celem były wzgórza w oddali. Tata wziął malucha na poważnie i potruchtał obok dziecka. Chwilę przyglądałyśmy się wspaniałemu i oddanemu swemu synkowi tacie, po czym przez ulicę Krośniąt wyszłyśmy na Orną, a z niej przeszłyśmy na Małą. Tabliczkę z nazwą umieszczono na płotku, który nie miał nawet pół metra wysokości, czego nie omieszkałam skomentować:

– Ulica Mała i nawet trzeba się schylić.

Obok tego niskiego ogrodzenia stała kapliczka. Chociaż wyglądała bardziej jak jedna ze stacji drogi krzyżowej albo ołtarz na Boże Ciało. Zauważyłyśmy, kolejny raz tego dnia, upodobanie okolicznych mieszkańców do umieszczania gdzie się dało turkusowych akcentów. W ramach zdobienia podstaw kapliczki, normalne kamienie uzupełniono o drobniejsze, pomalowane na turkusowo.

Niewątpliwie poczułyśmy się zaskoczone widokiem rzeźb w ogrodzie przyległej posesji. Wszystkie umieszczono w jednym miejscu, chociaż nijak się do siebie miały, ale nie to było najgorsze. Naszym oczom ukazała się kobieca postać w bikini leżąca swoimi plecami na plecach lwa. Ich twarze były zwrócone ku sobie, co z daleka przypominało pocałunek. Obok ustawiono roześmianego Buddę. Mina koleżanki na ów widok była nie do podrobienia.

– Nie wiem, jak to skomentować – powiedziałam.

Koleżanka dopatrzyła się jeszcze rzeźb muchomorów na dachu, a na nich – krasnoludków. Jedynym pozytywnym akcentem była namalowana na ścianie stokrotka.

– Matko jedyna! – zawołałam. – Co tu się stało z poczuciem estetyki!

Oniemiałe ruszyłyśmy dalej ulicą Małą, wypatrując dużo bardziej estetyczny drewniany wiatrak, a po kilkunastu metrach zawróciłyśmy na Orną i skierowałyśmy się ku stadninie i zagrodzie z końmi. Wszystkie wyglądały wspaniale, ale najbardziej urzekł mnie widok dorosłego konia muskającego pyszczkiem źrebię.

Ruszyłyśmy w prawo i szłyśmy tak długo, aż zatrzymała nas tabliczka Teren prywatny. Wówczas cofnęłyśmy się do mijanej przy tej okazji bocznej ścieżki. W ten sposób obeszłyśmy zagrody jakby dookoła i mogłyśmy podziwiać fotografowane już wcześniej pagórki. Wreszcie udało się nam dotrzeć do torów.

Wędrowałyśmy wzdłuż nich. Po prawej, pod torami, oczekiwałyśmy ścieżki na ich drugą stronę, ale nie mogłyśmy tam zajrzeć z racji remontu. Poszłyśmy więc dalej. Minęłyśmy kraniec Ornej oraz ulicę Maszopów. Za nimi znajdował się budynek z turkusowymi elementami, w którym stacjonowały gabinet ortodontyczny i sklep spożywczy. Postanowiłam uwiecznić go w całości, ale poczekałam, aż rowerzysta spokojnie sobie przejedzie, za co pan mi podziękował.

Dotarłyśmy do Starodworcowej. Za skrzyżowaniem z Nowodworcową, po przeciwnej stronie drogi, znajdował się wjazd na Kaczeńcową. Nic dziwnego, że nie widziałyśmy jej od drugiej strony – stanowiła własność prywatną. Obok umieszczono za to Szkołę Podstawową Nr 20, którą mogłam fotografować do woli. Zaczęłam od tabliczek, przechodząc następnie do placu zabaw i balonika na żywopłocie. W tym momencie zauważyłam pana konserwatora, który porządkował teren szkolny. Korciło mnie jeszcze, by sfotografować pomnik, jak się później okazało, uzasadniający nadanie szkole imienia Morskiego Pułku Strzelców, zapytałam więc:

– Mogę wejść i zrobić zdjęcie pomnika?

– Tylko mi pani zdjęcia nie robi. Jeszcze to trafi do jakiej gazety.

Obiecałam panu, że nie ujmę go w kadr. Wobec tego kontynuował spokojnie:

– Osa mnie użądliła i mi ręka spuchła.

Tymczasem trzymająca się dotąd na uboczu koleżanka podeszła do nas i we trójkę debatowaliśmy o uczuleniach na ugryzienia os, o naszych doświadczeniach i o mnogości obowiązków pana konserwatora, który na szczęście nie pracował jako jedyny na tym stanowisku. Jego praca wymagała bowiem dyżurowania we wszystkie dni tygodnia, a także w nocy. Po miłej konwersacji życzyliśmy sobie równie miłego dnia. Następnie wędrowałyśmy z koleżanką ku Siewnej i Solnej, ale uznałam, że jednak powinnyśmy cofnąć się ku Nowodworcowej. Cofając się, wypatrzyłyśmy warsztat samochodowy, a już u celu piekarnię. Brakowało kilku minut do dwunastej, a sklepik działał do dwunastej trzydzieści, ale udało mi się załapać na pączka. Moją uwagę zwróciło również ciasto o pięknej nazwie Leśny mech. Było biało-zielone, a zielone elementy rzeczywiście przypominały konsystencją mech. Ponadto wierzch ozdobiono różowymi ziarenkami, które właściwie rozpoznałam jako kawałki owocu granata. Kawałek dalej znalazłyśmy żłobek z bajecznym, kredkowym płotem. Pozując na jego tle wypatrzyłam kapelusz wyrwanego grzyba. Dalej towarzyszyły nam prywatne dojazdy do posesji. W tle rozbrzmiało bicie dzwonów.

– Dzwony biją – stwierdziła koleżanka. – Albo ktoś umarł, albo jest jakaś uroczystość.

– Jest dwunasta – zauważyłam.

Wreszcie znalazłyśmy się w pobliżu torów, wzdłuż których zamierzałam wędrować aż do Wielkopolskiej. Droga była bardzo błotnista i wypatrzyłyśmy na niej ogromne kałuże. Stwierdziłyśmy, że miały zdecydowanie większy rozmiar niż te, na które natknęłyśmy się podczas wspólnego spaceru po Sopocie rok wcześniej. Jedna z większych znajdowała się w okolicy budynku, który prawdopodobnie był stacją Gdynia Wielki Kack. Przeszłyśmy brzegiem ścieżki, by nie zmoczyć nóg. Kawałek dalej przywitała nas kolejna wodna przeszkoda. Pozostałością po kapryśnej pogodzie nie była jednak wyłącznie kałuża. Przez murek przewaliło się drzewo. Pień z koroną leżały po jednej stronie ogrodzenia, wychylając się na naszą stronę, gdzie pozostał fragment pnia z korzeniem. Ów fragment pokrywała dorodna huba. Przystanęłam, by sfotografować to zjawisko. Nagle w okolicy pojawiło się kilkoro ludzi. Najpierw obok mnie przewędrowała dziewczyna. Za nią szły dwie kobiety, ewidentnie wędrowniczki, które przeżywały zastane widoki podobnie jak my chwilę wcześniej. Na końcu wędrowała para. Chłopak zdegustowany ostrożnie stawiał każdy krok, żeby tylko nie wybrudzić swoich sportowych butów.

Po dłuższym czasie wędrowania pośród błota i zieleni, natrafiłyśmy na zabudowania. Pomiędzy nimi znalazłyśmy dwa warsztaty samochodowe, serwis rowerowy i firmę kamieniarską. Chwilę później wyszłyśmy na Wielkopolskiej, po czym skręciłyśmy w lewo. Znałam już obiekty przy głównej drodze, choć nie byłam pewna, czy odnotowałam, że na piętrze stacji kontroli pojazdów stacjonowało przedszkole.

Po wejściu w Radosną wypatrzyłyśmy trójkolorowy, kojarzący się z Francją, płotek. Choć był całkiem ładny, nie robił na nas szczególnego wrażenia po widzianym wcześniej kredkowym. Szybko poszłyśmy w prawo w Starodworcową. Podążałyśmy do końca drogi, by skręcić wraz z nią w lewo, a następnie ponownie w lewo przy ślicznym białym płocie, którego okolicę musieli sobie jednak upodobać koneserzy tak zwanych „małpek”, bo kolekcja leżących tam buteleczek była naprawdę pokaźna.

Ruszyłyśmy przed siebie i już miałyśmy podchodzić do zaparkowanego nieopodal zabytkowego auta, gdy naprzeciw nam wyszła pani z psem. Psiak wyrwał się ku mnie, więc oddałam koleżance aparat, pozwoliłam mapie spaść na ziemię i zaczęłam tarmosić przyjemniaczka za uchem. Słodziak okazał się suczką o imieniu Mela. Właścicielka psiaka przyznała, że Mela musiała wyczuć w nas sympatyczne osoby, bo nie do każdego podchodziła. Jej nieufność wynikała z tego, iż pani Mirka wzięła ją niedawno z Ciapkowa. Tym bardziej cieszył mnie fakt, że suczka tak sobie mnie upodobała. Lizała mnie po rękach i pozwalała się głaskać do woli. Mówiłam do niej niemal cały czas łagodnym głosem, jaki z niej cudowny zwierzak. Koleżanka za pozwoleniem pani zrobiła mi kilka zdjęć z psiakiem, tymczasem kobieta opowiedziała nam, jak miesiąc wcześniej straciła swojego pupila i postanowiła przygarnąć kolejne zwierzę. Opowiadała nam, jak Mela uczyła się schodzenia po schodach, ale przede wszystkim jak wciąż uczy się na nowo ufać ludziom.

Po serii zdjęć Meli wcale nie spieszyło się do domu. Ciężko było się jej z nami rozstać, a pani Mirka zaśmiała się, że będzie zaraz o nas zazdrosna. Na koniec powiedziała, że miło jej było nas poznać i przekonała Melę, że czas wracać.

Właścicielka Meli okazała się osobą niezwykle otwartą. Chwilę później spotkała znajomą, również spacerującą z psem, która zauważyła, że Mela to nowy pupil. Pani Mirka – uradowana pochwaliła się swojej koleżance naszym spotkaniem. Uśmiechnęłam się, bo i mi to spotkanie dało dużo radości. Gdy sfotografowałam auto, do którego docelowo zmierzałyśmy w momencie spotkania Meli i jej pani, a także boisko i plac zabaw, ruszyłyśmy ku Szczęśliwej.

– Ulica Szczęśliwa – zauważyłam. – Tak, jestem szczęśliwa – przyznałam.

Z tej euforii spojrzałam na mapie nie na to skrzyżowanie i nie skręciłyśmy w odpowiednim momencie. Dlatego szłyśmy cały czas prosto, dochodząc do krańca drogi. Miałyśmy możliwość iść w prawo lub w lewo. Najpierw wybrałyśmy tę pierwszą opcję. Trafiając na ślepą uliczkę, postanowiłyśmy sprawdzić ścieżkę w lewo. Była częściowo wewnętrzną drogą osiedla i bałyśmy się, że ktoś nas zamknie pomiędzy bramami. Na szczęście tak się nie stało i zdołałyśmy zawrócić.

Wreszcie znalazłyśmy się na Radosnej w okolicy francuskiego płotu i wtedy olśniło mnie, że drogowskaz ze Szczęśliwą dotyczył drogi, którą wtedy szłyśmy, a my powinnyśmy kontynuować spacer Radosną czyli ulicą biegnącą w poprzek. Tak też zrobiłyśmy i wkrótce trafiłyśmy na Chlebową. Ruszyłyśmy z niej w lewo, by dotrzeć na Solną. Ulica zawijała w prawo, a na kolejnym zakręcie znów skręciłyśmy w prawo. W ten sposób dotarłyśmy na kraniec Chlebowej, a następnie na drogę prowadzącą do Wesołej. Przywitała nas tam ogromna kałuża, prawdopodobnie największa z dotychczasowych. Zastanowiło mnie, że nie widziałyśmy tam żadnej studzienki. Po serii zdjęć ruszyłyśmy ku skrzyżowaniu z Wesołą.

Skierowałyśmy się w prawo, docierając do serwisu elektrycznego i działki z pompą wodną. Naprzeciwko nich granicę posesji wyznaczał ładny kilkunastocentymetrowy płotek. Po drodze minęłyśmy pień, który stanowił podstawkę dla donicy z kwiatami, a jego kształt sprawił, że widziałam w nim ropuchę. Docierając prawie do Starodworcowej, postanowiłyśmy cofnąć się do poprzedniego skrzyżowania i pójść w drugą stronę.

Pierwszą z bocznych dróg była Żuławska, gdzie zajrzałyśmy tylko na moment. Następnie przeszłyśmy się Kamienną, mijając przy okazji psy, które były mniej przyjazne od Meli. Szczekały jak zawzięte. Jednego z nich oddzielała od nas tylko wątpliwej konstrukcji furtka. Wcale nie byłyśmy przekonane, czy zamknięcie jej sznurkiem zatrzyma napierające na nią zwierzę. Na szczęście żaden z psów nie pokonał ogrodzenia. Przez kolejny odcinek Solnej wróciłyśmy na Wesołą.

– Będziemy zaraz znów koło szkoły – poinformowałam koleżankę.

– Ten Wielki Kack wcale nie jest taki wielki – uznała.

Przeszłyśmy na drugą stronę Starodworcowej i weszłyśmy w Siewną, mijając transparent z reklamą gabinetu pediatry. W oddali widniała jeszcze jedna tabliczka, więc skierowałyśmy się w jej stronę.

– Mam nadzieję, że to coś fajnego, a nie fabryka ołówków – wyrwało mi się.

Niestety, było to tylko jakieś biuro projektowe, a obiekty tej branży nie cieszyły się moim szczególnym zainteresowaniem. Cofnęłyśmy się więc nieco i ruszyłyśmy ku ulicy Stolemów. Uprzednio jednak rozejrzałam się po Starodworcowej, żeby nikt nie stwierdził, że pomijam jedną w większych dróg. Nie wypatrzyłam jednak nic ciekawego poza spacerującą staruszką oraz małą, upartą Anią, która postanowiła pogmerać w kałuży wbrew woli swojej mamy.

Na Stolemów zobaczyłyśmy parę, która wydała się nam znajoma. Prawdopodobnie mignęli nam już gdzieś po drodze. Odwiedziłyśmy jeszcze Krętą, z szeregiem garaży przed szeregiem domków jednorodzinnych oraz ścieżką pomiędzy garażami prowadzącą właśnie do tych budynków. Minął nas także jeden z psów widzianych za ogrodzeniem na Kamiennej. Rozpoznałam go dzięki charakterystycznie siwiejącej gdzieniegdzie sierści. Widocznie właściciel go wypuścił albo widziana wówczas posesja nie miała pełnego ogrodzenia.

Ostatnią odwiedzoną ulicą była Wschodnia, gdzie znalazłyśmy gabinet stomatologiczny. Następnie ruszyłyśmy ku Wielkopolskiej, gdzie wsiadłyśmy w trolejbus jadący na Kacze Buki.

Wysadził nas przy zajezdni autobusowej. Cofnęłyśmy się do skrzyżowania z Chwaszczyńską, żeby upewnić się, że nic nas nie ominęło. Następnie ruszyłyśmy ku Starochwaszczyńskiej. Na tym odcinku wypatrzyłyśmy tylko stację paliw i stację kontroli pojazdów należące do Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej.

Skręciłyśmy w prawo, gdzie czekał nas dłuższy spacer biegnącą wciąż prosto ulicą Starochwaszczyńską. Znalazłyśmy tam sklep z armaturą i producenta drzwi, a także warsztat samochodowy. Niektóre zabudowania wyglądały niczym wiejskie, z przyległymi szopami i zaparkowanymi traktorami. Droga miała niewiele odnóg, a te, które zastałyśmy, wiodły albo do posesji prywatnych, albo ku placom budowy, których było mnóstwo. Wreszcie dotarłyśmy do skrzyżowania z mapą dzielnicy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że Kacze Buki tworzy kilkanaście ulic, a nie trzy, jak sugerowały nasze mapy.

Dobrze się złożyło, że na tę wyprawę zabrałam koleżankę, która przeżyła ze mną w terenie już niejedno. Wiedziała, że spacery bywają zaskakujące, miała sporą dawkę cierpliwości, a na dodatek spędzając wakacje poza Trójmiastem, odpoczęła od wspólnych wypraw i stęskniła się za nimi równie mocno jak ja sama. Wykazała się chęcią poznania ulic, których istnienie odkryłyśmy w tak zaskakujący sposób. Mijane odnogi po prawej od biedy można by dopasować do widniejących ulic, gorzej z tymi po lewej. Nasze położenie na ustawionej mapie sugerowało, że powinnyśmy nieco się cofnąć, by wejść w ulicę Skowronka. Ułożyłam sobie w głowie kolejność skręcania, asekuracyjnie sfotografowałam mapę również aparatem w telefonie, by uniknąć konieczności wyszukiwania odpowiedniego zdjęcia na aparacie cyfrowym. Jednak to, co zastałyśmy kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów wstecz, nie pasowało do oczekiwań, których nabrałyśmy po prześledzeniu mapy.

– To ma być ulica Skowronka? – zapytała koleżanka. – I do tych rur się chowają skowronki?

Ponownie się cofnęłyśmy, tym razem w kierunku widzianej chwilę wcześniej tablicy z mapą. Zdecydowałyśmy się skręcić w lewo. Chcąc nabrać pewności, czy dobrze idziemy, włączyłam nawigację.

– Tak… Na pewno… – powiedziałam, widząc rezultat. – Pokazuje mi, że jesteśmy na środku Jeziora Osowskiego.

Po chwili jednak nawigacja zebrała właściwe dane, a ulice widziane na ekranie pokrywały się z tymi z mojej papierowej mapy, nijak mając się do planu przedstawionego na tablicy. De facto powędrowałyśmy więc dalej ulicą Starochwaszczyńską, bo choć zmodyfikowałyśmy kierunek poruszania się, droga nie zmieniła nazwy.

Na początku do ścieżki przylegały zabudowania. Pomiędzy domami znalazłyśmy nawet reklamy krawca, nauki gry na gitarze. Minęłyśmy zagrodę z kurkami, które podeszły bliżej ogrodzenia w moją stronę, prawdopodobnie w nadziei, że poczęstuję je czymś smacznym. Pogawędziłam chwilę do nich, po czym uznałam, że choć mam ze sobą suchą, chrupiącą bułeczkę, trochę nie wypada karmić cudzych kurek i to pieczywem.

Dalej zabudowa się rozrzedziła, a poza tym znajdowała się w większym oddaleniu od drogi. Teren naokoło coraz bardziej mnie rozczarowywał, choć znalazłam piękne drzewo w jesiennej szacie, które doskonale komponowało się ze stawem (a może tylko ogromną kałużą) tuż obok.

– Czyli co, nie wracasz na Kacze Buki? – dopytywała się koleżanka.

– Raczej nie. Myślałam, że Wiczlino mnie dobiło, ale konkurencja jest silna.

Droga zdawała się dłużyć w nieskończoność. Czułyśmy się totalnie zaskoczone brakiem dróg, które widniały na zamieszczonym przecież przez miasto (!) planie. Mijając pracujący w polu traktor, zaczęłyśmy się zastanawiać, czy może tabliczkę ustawiono na wyrost i Kacze Buki dopiero miały nabrać założonego kształtu.

– Kacze Buki loading – zasugerowałam.

– Ciekawe, ile czasu to potrwa – rozważała koleżanka.

– Nie ma co, to prawdziwe osiedle przyszłości.

Kawałek dalej widniała odnoga po lewej, ale trzymałyśmy się głównej ścieżki, zwłaszcza, że przed nami zmieniała kolor na rudawy. Było to spowodowane utwardzeniem drogi pokruszonymi cegłami. Pokusiłyśmy się o kilka zdjęć. Jeszcze dalej teren zaczął wyglądać znajomo. Rozpoznałam szeregowe domki, według koleżanki w stylu angielskim, które stały po naszej prawej, mniej więcej na wysokości ulicy nazwanej Diamentową. Widziałam je już podczas zwiedzania Osowej. I rzeczywiście, niedługo później droga się rozgałęziała. Wiedziałam, że będziemy wracać ścieżką po prawej, ale ta po lewej prowadziła do osowskiej ulicy Myśliborskiej i niejako tam leżała granica Gdańska i Gdyni. Pamiętałam też, że dwa lata wcześniej (kiedy to minęło?!?) widziałam tu tabliczkę z napisem Gdynia, choć nie przywiązywałam wówczas wielkiej wagi do rozrysowanego na niej osiedla.

Dotarłyśmy jakby na południowo – wschodni skraj osiedla, wędrując od południowego zachodu. Mimo ogromnego zniecierpliwienia dałam Kaczym Bukom drugą szansę. Skierowałam się na północ, lecz z kilkunastu ulic znalazłyśmy dwie – Skowronka i Kukułki, prócz tej, którą podążałyśmy od Myśliborskiej i która została nazwana po prostu Kacze Buki. Reszta, mimo, że widniała na ichniej mapie, zdawała się nie istnieć w rzeczywistości. Postanowiłam więc na nieużywanym fragmencie kartki rozrysować, jakie realia napotkałyśmy na swojej trasie.

– To będzie najdroższy szkic świata – uznała koleżanka. – Zrobisz coś prawdziwego, bo ta mapa do mnie nie przemówiła.

Na ulicy Kacze Buki znalazłyśmy sklep spożywczy, warsztat samochodowy i firmę transportową. Mijanka należących do niej tirów była najbardziej spektakularnym wydarzeniem w tej przestrzeni. Pokonałam jeszcze kawałek, po czym zawróciłyśmy ku Myśliborskiej, a stamtąd ruszyłyśmy ku Kielnieńskiej, by złapać autobus powrotny.

Pierwszy raz podczas wypraw to ja wykazałam się brakiem cierpliwości, a nie ktoś, kto mi towarzyszył. Byłam tak zła, że widniejący na kapliczce przy Myśliborskiej napis Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie, przerobiłam na Od Kaczych Buków zachowaj nas Panie. Wiem, zareagowałam zbyt ostro. Problem nie leżał w samych Kaczych Bukach. Swoją drogą, nazwa wydała mi się nader zabawną grą słów, zwłaszcza że nie widzieliśmy tam ani kaczek, ani buków, już nie mówiąc o braku widocznego związku pomiędzy nimi.

Przyczyną mojego gniewu było to, że w owej przestrzeni znalazłam coś, czego nie lubię niemal najbardziej na świecie. Braku konsekwencji i wprowadzania w błąd. Może wychodzi tu moja natura perfekcjonistki, ale wydaje mi się, że w przypadku umieszczenia nieprzystającej do rzeczywistości mapy, a takowa powinna jednak pełnić funkcję informacyjną i być rzetelna, moja złość była uzasadniona. Co więcej, przynajmniej jeden z tych planów stał tu CO NAJMNIEJ od roku! Sprawdziłam na starych zdjęciach, że lokalizacja ulic się nie zmieniła. Osiedle nie mogło tak po prostu zniknąć! Prawdopodobnie tych dróg JESZCZE nie było. Kto i w jakim celu wyrysował tu mylne mapy? Chciałabym poznać odpowiedź na to pytanie. Tymczasem postanowiłam skupić się na współczesności i po powrocie do domu porządnie naładować akumulatory. Chęć wędrowania była we mnie wciąż tak silna, że kolejną wyprawę zaplanowałam już na następny dzień.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

6 thoughts on “Gdynia Wielki Kack i Kacze Buki

  1. Michał says:

    Ulicą Lesoka, nie Lesoką – niby brzmi jak “wysoka”, ale to rzeczownik, oznaczający po kaszubsku mieszkańca obszarów leśnych. Niby nie znam tego języka zbyt dobrze, ale na przykładzie Wielkiego Kacka (nie tylko Osiedla Fikakowo) widać nazewnictwo kaszubskie ulic, jak w Gdańsku-Jasieniu. 🙂 Zresztą podobne rzeczowniki to Gosk i Borówiec – ten pierwszy spotykam jako kaszubskie nazwisko.

    W ogóle to pojawiło się na tym spacerze trochę imitacji różnych dźwięków. Dobrze bym się czuł w czymś takim – to na pewno. 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Tak, akurat na Jasieniu parę nazw wyłapałam, natomiast o tym określeniu kaszubskim nie słyszałam. Poprawiłam.

      Atmosfera na każdym spacerze, nie tylko moim i nie tylko projektowym, zależy zawsze od jego uczestników 😉

      Imitacji dźwięków? 😉

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Róg na polowaniu, nawigacja – dziwi mnie Twoje pytanie na koniec. 😉

    Prawda, ja bym dodał, że zależy zwłaszcza od śmiałości uczestników. Jak się z kimś idzie pierwszy raz, to jedyną zaletą jest tajemniczość – “jakie zrobi wrażenie” każdy na każdym czy ogólnie spacer. 🙂

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Chyba po prostu spodziewałam się jakiegoś “miau miau” albo szczekania 😉

      Odpowiedz
  3. Michał says:

    Domki szeregowe znajdują się już w Chwaszczynie! 😉 Nie dziwię się, że widziałaś je już podczas spaceru po Osowej, bo powstały w 2012 r. blisko granicy z Gdańskiem i Gdynią. Zresztą noszą nazwę oficjalną Osiedle Angielskie, a w pobliżu jest trójstyk granic Gdańska, Gdyni i powiatu kartuskiego.

    Natomiast stwierdzenie “Wielki Kack wcale nie jest taki wielki” tylko częściowo jest prawdą. Sam “właściwy Wielki Kack” jest średni. Ale jako dzielnica obejmuje też Kacze Buki i Wysoką (gdyńską część Wysokiej z trzema ulicami). Najwięcej powierzchni stanowi jednak las z osadami: Gołębiewo, Tasza, Końskie Łąki i Zarosłe Łąki, ale tam… nie ma ulic. 😉 Choć warto tam pojechać rowerem, jak ja wiele razy.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Tak, od czasu tamtych wypraw też już poznałam nazwę osiedla i trzeba przyznać, że pasuje 🙂

      Z naszej perspektywy wielkim nie był i do tego odnosi się ta wypowiedź 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *