Gdynia Pogórze… i jej wygadani mieszkańcy :)

Wraz z koleżanką wystartowałyśmy na stacji SKM Gdynia Chylonia i postanowiłyśmy pokonać pieszo kawałek dzielący nas od pierwszych ulic Pogórza.

– Wygląda jak pustynia – już na wstępie usłyszałam z jej ust opis przestrzeni wokół.

Aż się uśmiechnęłam. Przecież poprzednim razem użyłyśmy z inną koleżanką analogicznego określenia. Tymczasem przeszłyśmy przez Orzechową i Hutniczą do Puckiej. Kierowałyśmy się na północ. Uruchomiłam aparat i już na wstępie mogłam uwiecznić biologiczną ciekawostkę.

– Mmm, rybki – poczułam specyficzny zapach. – I podobno są smakowite – dodałam, dostrzegając napis na fabryce.

Dodatkowo mój wzrok przykuły sporych rozmiarów modele ryby i homara. Dalej znajdowały się zakłady, na przykład kowalstwa artystycznego czy produkujące części zamienne do aut czy przyprawy dla przemysłu spożywczego. Chwilę później po lewej znalazłyśmy warsztat samochodowy. Tymczasem po prawej leżały kłody drewna, zgromadzone niczym w tartaku. W oddali ujrzałyśmy, po raz pierwszy tego dnia, kominy należące do Stoczni Remontowej Radunia.

Kawałek za skrzyżowaniem z Przemysłową, po prawej ujrzałyśmy dom z numerem sto. Miał bardzo ciekawy wygląd. Choć stan ceglanego muru mógł sugerować wiekowość budowli, pośrodku przebiegała błyszcząca nowością rynna. Niemniej jednak nieomal symetryczny kształt domu przyczyniał się do wrażenia harmonii. Jeden z budynków po lewej, zdawał się być dlań idealnym kontrastem. Rudera miała powybijane szyby, ogrodzono ją drutem kolczastym i prawdopodobnie mogła dawniej pełnić funkcje przemysłowe, nie zaś mieszkalne.

Chwilę później minęłyśmy skup złomu i pokoje gościnne. Tym sposobem dotarłyśmy do zapór, których dla odmiany nie zamykano. Pociągi nie nadjeżdżały, lecz pojedyncze wagony i lokomotywy ustawiono na torach. Postanowiłam zapozować na tym tle i udało się nawet wykonać zdjęcie, na którym jedna z lokomotyw zdaje się wjeżdżać na moją dłoń.

Przez odnogę Puckiej trafiłyśmy na Żarnowiecką. Na tym odcinku minęłyśmy salon motoryzacyjny, wzbijającą tumany kurzu ciężarówkę na obcych numerach, warsztat samochodowy i graffiti niezbyt kulturalnej treści. Na Żarnowieckiej zaczęłyśmy się rozkręcać. Najpierw cieszyłyśmy się widokiem kwitnącej wiśni, a potem wędrowałyśmy, podśpiewując. Czujnym okiem wypatrzyłam też niezwykle ciekawe ruiny domu. Wokół zarośnięty zielenią, pozostawiony sam sobie, z żywymi kolorami ścian wewnątrz i sąsiadującymi z nimi dziurami w sufitach. Stwierdziłam, że gdybym miała pewność, że dom nie stanowi niczyjej własności i nie grozi zawaleniem, z ogromną ciekawością podreptałabym do środka.

Żarnowiecka generalnie była pełna paradoksów. Z jednej strony stały ozdobne murowane ogrodzenia, z drugiej przechylająca się drewniana furtka ledwie trzymała się drucianego płotu. Ulica powiodła nas do innej, prostopadłej, a ta na drogę wewnętrzną Elektrociepłowni Gdynia. Tam skręciłyśmy w prawo i zgodnie z asfaltowymi zawijasami przemieściłyśmy się w stronę dalszego odcinka Puckiej.

Wkrótce weszłyśmy na Potasową, jednak tuż przed skrzyżowaniem zaintrygował mnie widok po prawej stronie. Żółta, średniego przekroju rura wychodziła spod ziemi, by kilka metrów dalej znów się w niej skryć. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt ustawienia jej wzdłuż chodnika i ścieżki rowerowej, a nic w pobliżu nie sugerowało jej przeznaczenia.

Równoległy, drugi odcinek Potasowej intrygował z kolei nieczynnymi torami kolejowymi. Wędrowałyśmy niespiesznie chwilę po nich, chwilę wzdłuż, zaglądając także w ciekawy skwerek za nimi po lewej. Dopiero gdy się zbliżyłyśmy, zauważyłyśmy, że żywą zieleń drzew przełamują szarości odpadków.

Z Potasowej zaglądałyśmy w kolejne z bocznych dróg: Stalową, Niklową, Srebrną, Kadmową i Irydową. Niektóre z dróg opatrzono dwoma rodzajami tablic, nowszymi i starszymi. Przy tej okazji wypatrzyłyśmy znak zakazu, jakiego nie widziałyśmy nigdy przedtem. Na płocie jednej z posesji właściciel umieścił zakaz obsikiwania ogrodzenia przez psy. Oddający się tej czynności rysunkowy psiak został przekreślony grubą, czerwoną linią.

Nasze wejście w Irydową nie uszło uwadze pewnych czworonogów. Rozbiegały się wzdłuż ogrodzenia, a do naszych uszu dobiegło głośne szczekanie.

– Ale niespokojne psy – zauważyłam. – I ile ich, aż trzy – zrymowałam niechcący.

Po chwili do gromadki dołączył jeszcze czwarty psiak, ale my ruszyłyśmy dalej, by zajrzeć w ulice odchodzące od Irydowej. Moja mapka nie pokazywała wszystkich nazw, więc niektóre z nich koleżanka odczytywała ze swojej mapy.

– Magnezjowa – odczytałam na głos napis z tabliczki, poprawiając przy tym koleżankę i zwracając na nas uwagę pana pracującego tuż obok. – Nie Magnezowa, Magnezjowa.

– Co wy robicie teraz? – zapytał ów jegomość.

– Zbieram materiały do książki – palnęłam prosto z mostu. – Zwiedzam sobie Trójmiasto – dodałam z pełną szczerością.

O dziwo pana to ani nie zaskoczyło, ani mu nie przeszkadzało, a jak wiadomo, nie każdemu krążenie w okolicy jego posesji przypadłoby do gustu. Bez kolejnych przygód minęłyśmy Cynkową, po czym postanowiłyśmy skręcić na Złotej w lewo. Przy skrzyżowaniu moją uwagę zwróciła drabina oparta o drzewo, co skojarzyło mi się z sadem. Wyobraziłam sobie jabłonkę pełną dojrzałych, czerwonych owoców.

Na Złotej szłyśmy nie tylko wzdłuż posesji, ale także w określonej odległości od śmieciarki. Co podeszłyśmy nieco bliżej, to panowie kawałek odjechali. Przy okazji mogłam się przyjrzeć jak mężczyźni stawali przy tylnej klapie pojazdu i zupełnie stabilnie jechali. Zawsze, choć nie wiedzieć czemu, fascynował mnie taki widok. Na Złotej wypatrzyłyśmy także szklarnię, a przy jednym z bogato zdobionych domów stał pozostawiony sam sobie barak, pozostałość po sklepie. Miałam wrażenie, że oto obserwuję kolejny kontrast.

W obrębie posesji roiło się od psów. Od czasu do czasu ich obecność podkreślano tabliczką. Na tym odcinku zaciekawiła mnie deklaracja, że pies jest zły, a gospodarz jeszcze gorszy.

Tymczasem minęłyśmy Mosiężną, warsztat samochodowy, pętlę autobusową i plac zabaw, a także pewną panią w czerwonym kubraczku. Tuż za przystankiem skręciłyśmy w Chromową. Na wejściu zobaczyłyśmy drogowskaz kierujący do sklepu meblowego i znak ostrzegawczy na temat poruszania się pieszych po drodze. Jednak napis pod wykrzyknikiem ograbiono z jednej literki i wyszło na to, że ostrzeżenie dotyczyło psów.

Naszą uwagę zwrócił też jeden z domków. Sam niewielkich rozmiarów, przyciągał wzrok malutkim okienkiem, a na piętrze maleńkimi drzwiami. Przez myśl przeszło mi, że może była to szopa czy gołębnik, nie zaś ludzki dom.

– Zobacz, jakie słodkie – cieniutkim głosikiem wyraziłam swój zachwyt.

– Co? – próbowała dopatrzeć się koleżanka.

– Jakie małe drzwiczki, jakie małe okienko!

Postanowiłam tę wymianę zdań od razu zanotować. Tymczasem obok nas przejeżdżało auto. Kierująca pojazdem kobieta uchyliła okno:

– Co panie spisują?

– Dialog pomiędzy nami przed chwilą – odpowiedziałam.

– A myślałam, że ulice, mapki jakieś – przedstawiła swoje domysły.

Nie dodawałam, że nie była wcale daleka od prawdy. Ruszyłyśmy dalej, niespiesznym krokiem, co pozwoliło nas wyprzedzić pani w czerwonym kubraczku.

– Pani zdążyła obrócić z zakupami, a my tu na spokojnie – zażartowałam.

Kobieta zapytała o rudery wokół, czy się nam podobają, że je fotografujemy, i zasugerowała przyjrzenie się jednej z pobliskich posesji. Opowiedziałam w kilku zdaniach o celu naszej wyprawy, ona zaś poinformowała nas, że obrzeża są zaniedbane, bo władza dba o bardziej reprezentacyjne centrum miasta, a tu u niektórych bieda aż świszczy. Nie wdawałyśmy się jednak w dyskusję, co wytłumaczyłyśmy nie tyle niechęcią do rozmów o polityce, co tym, iż nie jesteśmy z Gdyni. Na koniec życzyłyśmy sobie miłego dnia.

Kawałek dalej rzeczywiście zobaczyłyśmy wspomnianą przez kobietę posesję. Moim zdaniem nie nadawała się w ogóle do zamieszkania. Z mniej pesymistycznych akcentów, ujrzałyśmy wiszące dla ozdoby metalowe słońce czy bramę o ciekawie złączonych elementach. Rozbawiła nas tabliczka, głosząca, że obiekt jest strzeżony przez psa, kota i kanarka.

Koniec Chromowej stanowiło zakole, z jednej strony wiodące ku Złotej, z drugiej zaś na skarpę z kolejnymi nieużywanymi torami. Stamtąd rozciągał się widok przypominający sawannę. Nim dotarłyśmy do Złotej, pozwoliłam się jeszcze nabrać magii skojarzeń i dwa obrotowe foteliki obrócone tyłem wzięłam za ustawione w cieniu (i dlatego ciemne) bidety. Minęłyśmy także drewniane szopy, nie pierwszej młodości. Drugi skraj Chromowej pożegnał nas znakiem ostrzegawczym Uwaga dzieci, z kolei Złota przywitała nas warsztatem samochodowym.

Szybko zeszłyśmy ku Miedzianej. Na skraju lasu, na latarni, wypatrzyłam bocianie gniazdo. Chwilę później – zdobienie bramy przypominające statek Wikingów. Kolejną chwilę później, wypatrzone zostałyśmy my.

– Wy jesteście obcy? – zapytała nas starsza pani. Obok niej stał nastoletni chłopak.

Przyznałyśmy, że nie jesteśmy tutejsze i tak od słowa do słowa, kolejnej tego dnia osobie opowiedziałam, co właściwie robimy. Doszłyśmy później do wniosku, że podejrzanie dużo ludzi nas zagadywało. Kobieta była jednak szczególna. Mieszkała tam od sześćdziesięciu lat, a żyła już osiemdziesiąt. Pochodziła z wioski za Żukowem. Chwaliła zaciszny zakątek na Pogórzu, kontrastując go z gwarem centrum Gdyni i pytała, czy podoba mi się Gdańsk. Opowiedziała także o swoim rodzeństwie czy prawnuczku, który miał dwa i pół roku. Był jej zdaniem niezwykle rezolutny i elokwentny, co staruszka poparła licznymi anegdotami. We trzy pożartowałyśmy sobie, że dzieci teraz są dużo mądrzejsze od starszych pokoleń, gdy były w ich wieku. Nastolatek tymczasem stał i jedynie się przysłuchiwał. Uaktywnił się nieco, gdy zeszliśmy na tematy religijne i wspomnieliśmy osobę arcybiskupa Gocłowskiego, który zmarł kilka dni wcześniej. Opisali nam kilka obiektów na Pogórzu i nie tylko, ale skojarzyłyśmy jedynie plac zabaw, bo mijałyśmy go wcześniej tego dnia.

Na rozmowie upłynęło nam około dwudziestu minut, choć miałyśmy wrażenie, że dyskutujemy od wieków i rozmowa, choć nadzwyczaj ciekawa, nie będzie miała kresu, a nie zdążyłyśmy jeszcze zwiedzić zbyt wiele. Otwartość staruszki sprawiła, że poprosiłam ją o pamiątkową fotografię. Stawiając na szczerość przyznałam, że moje wycieczki to część projektu książkowego. Pani nie zgodziła się na wspólne zdjęcie ani do książki, ani tak tylko na pamiątkę. Stwierdziła, że nie lubi być fotografowana. Nie naciskałam na nią, choć moje serce ściskał żal, gdy widziałam oczami wyobraźni kobiecinę na tle kwitnącej wiśni, bawiącą się jedną z gałęzi drzewa. Kadr byłby idealny, uszanowałam jednak jej brak akceptacji. Staruszka zdradziła jedynie, że ma na imię Urszula. Wciąż dzieląc się różnymi historiami, odprowadziła nas do placu zabaw. Podążyła w kierunku wnuczki i jej synka, tymczasem my skręciłyśmy w lewo i wkrótce przemierzyłyśmy całą Złotą. Na jej końcu znalazłyśmy sklep wielobranżowy, spożywczy, kiosk i bar.

Przyszedł czas na ulicę Unruga i boczne od niej. Już na wejściu rozbawiła nas nazwa na banerze reklamowym, gdzie do normalnego słowa zaczynającego się od litery F dopisano z przodu jeszcze jedno F. Było to absolutnie nie do wymówienia. Po lewej zobaczyłyśmy warsztat samochodowy i sklep meblowy oraz zakład pogrzebowy, którego nazwa Droga do nieba wydała mi się nieco groteskowa. Potencjalny smutek najbliższych raczej kolidował mi z optymizmem, jaki niosła w sobie ta zbitka słów. Tymczasem po prawej rozciągały się prywatne tereny przemysłowe, postanowiłyśmy więc przejść na drugą stronę ulicy, gdzie czekała na nas pierwsza odnoga Unruga.

Minęłyśmy pętlę autobusową i zajrzałyśmy w Aluminiową. Zawracając, wypatrzyłam dobrze zachowaną pajęczynę na ogrodzeniu. Dalej znalazłyśmy klub fitness i sklep budowlany, a po drugiej stronie ulicy szereg lokali: sklepy dla zmotoryzowanych, meblowy, spożywczo-monopolowy i rzeczonego fryzjera.

Skręciłyśmy w Metalową, gdzie znalazłyśmy przedszkole. Kolejno sprawdzałyśmy boczne dróżki, takie jak Rogali, Ołowianą i Wolframową. Chodnikiem przeszłyśmy ku Żelaznej, którą postanowiłyśmy wrócić do Unruga, albo przynajmniej do Rtęciowej. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na pierwszy scenariusz, by nie ominąć kościoła Świętego Judy Tadeusza. Na Żelaznej znalazłyśmy przy okazji dwa sklepy spożywcze, kiosk i warzywniak. Wypatrzyłam także tabliczkę taką jak podczas zwiedzania Świętego Wojciecha w Gdańsku, gdzie psiak odhaczał sobie ilość „ofiar” w postaci kotów czy listonoszy. Tymczasem przed nami bardzo wyraźnie było widać stoczniowe kominy.

Do kościoła można było dojść od strony Unruga. Budynek przypominał raczej niewielką kapliczkę, ale urzekł mnie formą przypominającą otwartą księgę. Przed nim ustawiono dwa rzędy ławek, a na kościelnym terenie, w budkach nieopodal, umieszczono zakład stolarski i parafialną świetlicę.

Chwilę później wędrowałyśmy znowu pod górkę, tym razem ulicą Rtęciową. Gdy rozgałęziała się, wybrałyśmy skręt w prawo. Znalazłyśmy tam dwa warsztaty samochodowe. Odwiedziłyśmy także ulice Manganową i Uranową. Na tej drugiej, w jednej z odnóg, wypatrzyłyśmy graffiti z płomykami na dole i u góry. Gdy koleżanka zapytała, czy zrobię tylko zdjęcie poglądowe, czy ponownie się wspinamy, widząc malunek, odrzekłam:

– Do „Hot wheelsa” podejdziemy i zawracamy.

Graffiti okazało się dotyczyć Arki Gdynia i rzeczywiście górne płomienie przypominały te znajdujące się na słynnych zabawkowych samochodzikach.

Zawróciłyśmy i podążyłyśmy ku głównej drodze schodkami, dla odmiany w dół, naprzeciw Uranowej. Droga biegnąca nieco niżej oferowała nam salon prasowy i sklep spożywczy, a także przyczyniła się do naszych uśmiechów na widok znaku, który zamiast czerwonej obwoluty miał wyraźnie różową. Wreszcie wyszłyśmy na Unruga, naprzeciwko sklepu meblowego.

Ruszyłyśmy w lewo. Po prawej wypatrzyłyśmy nieduże schodki skryte między roślinnością, co wyglądało intrygująco, jednak nie na tyle, by przechodzić na drugą stronę. Po lewej zaś najbliższy zaułek zapraszał nas do salonu fryzjerskiego, ale skusiłyśmy się dopiero na wejście w Żeliwną.

Ulica była dość długa. Trzymałyśmy się jej cały czas, nie zbaczając w żadną odnogę i skręcając dopiero wraz z jej ostrym, bo niemal prostopadłym, skrętem. Po drodze znalazłyśmy kilka sklepów spożywczych, z których jeden nosił uroczą zoologiczną nazwę, i kiosk.

Za rogiem ujrzałam bogato zdobioną bramę i aż wydałam z siebie krótkie „wow”. Taka sama była reakcja koleżanki, ale okazało się, że patrzyła w drugą stronę. Czekało nas spore wzniesienie, do tego zwieńczone schodami.

– Nazwa Pogórze nie wzięła się znikąd – uznałyśmy zgodnie.

Wspięłyśmy się jednak, choć nie bez trudu. Szczyt powitał nad napisem Welcome to fabulous Vegas oraz biciem kościelnych dzwonów w południe. Znalazłyśmy się niemal na wprost kościoła Świętego Pawła Apostoła. Na początek postanowiłyśmy skręcić w lewo, w ulicę Porębskiego, co przywiodło nas ku szkole, której patronował ten sam człowiek, znajdującej się za żłobkiem i biblioteką z logo w kształcie książki. Placówka łączyła w sobie Szkołę Podstawową Nr 43 i Gimnazjum Nr 16. Zapozowałyśmy z tablicą uwieczniającą patrona, bo w tym samym towarzystwie zwiedzałam gdańską ulicę jego imienia. Na tym odcinku wypatrzyłyśmy jeszcze stomatologa. Ostatecznie jednak powróciłyśmy do skrzyżowania z Sikorskiego i ruszyłyśmy dalej ulicą Kleeberga.

Pomiędzy blokami znajdował się jedynie sklep monopolowy. Ciekawostką była pewna ścieżka otoczona zielenią, a w pobliżu niej drewniana studnia. Koleżanka potruchtała w jej stronę.

– A pani dokąd? – zapytałam, bo kierunek był przeciwny do zamierzonego.

– Zaraz wracam – odparła.

– Wyszłam za mąż, zaraz wracam – zanuciłam, drocząc się z nią.

Bez większych przygód przeszłyśmy Berlinga ku Rzymowskiego. Znalazłyśmy pasaż, gdzie oferowano usługi fryzjera, solarium i krawca, a także znajdowały się tam sklepy mięsny, spożywczo-monopolowy i warzywniak. Pomiędzy blokami znalazłyśmy także kilka napisów na murach, jak chociażby taki głoszący hasło Natural born killer. Ktoś podpisał się jako Ku Klux Clown. Obok widniała deklaracja o treści Born to sleep. Na dalszym odcinku minęłyśmy kolejnych kilka sklepów: odzieżowy, spożywczy i kwiaciarnię.

Następnie wyszłyśmy na Dąbka. Równolegle do niej biegła na sporym odcinku ulica Romanowskiego, ale na początek skręciłyśmy w lewo, decydując się dojść do Galerii Szperk. Tam zrobiłyśmy sobie zasłużoną przerwę, popijając koktajle owocowe – istne bomby witaminowe, siedząc pod dekoracyjnymi palmami.

W drodze powrotnej wypatrzyłyśmy plakat z uśmiechniętą kostką brukową. Nie sposób było samemu się nie uśmiechnąć. Jednak po chwili spoważniałam, widząc absurdalne sąsiedztwo sali zabaw i domu pogrzebowego. Generalnie znajdowały się na północ od ulicy Dąbka, więc według mojej mapy wykraczały poza granicę Pogórza i postanowiłam się nie zajmować tamtejszymi obiektami. Choć oczywiście zdarzało mi się tam zerkać, nawet pstryknąć kilka zdjęć, dzięki czemu wypatrzyłam weterynarza i sklepik zoologiczny, co akurat mogłoby mnie interesować. Poza tym dominowała branża motoryzacyjna. Znalazły się też bazy noclegowe.

Wędrowałyśmy ulicą Dąbka, zerkając regularnie w równoległą do niej Romanowskiego. Mniej więcej na wysokości kościoła przy Sikorskiego stała Biedronka. Po sąsiedzku umieszczono stomatologa. Dalej znalazłyśmy optyka, fryzjera i pocztę. Skręciłyśmy kawałek dalej, może sto metrów od znajdującego się na końcu Romanowskiego pasażu. Dotarłyśmy do rozgałęzienia, poszłyśmy na wprost i lekko odbiłyśmy w lewo, by dotrzeć do przychodni na Porębskiego. Następnie powróciłyśmy do tego rozgałęzienia, by tym razem kierować się na zachód.

W ten sposób dotarłyśmy do Steyera. Następnie ruszyłyśmy ścieżką wzdłuż przedszkola i warzywniaka oraz chodnikiem wzdłuż sklepów odzieżowego, spożywczego, kwiaciarni i fryzjera, mijając po drugiej stronie warsztat samochodowy. W ten sposób trafiłyśmy na Pruszkowskiego, z zamiarem skręcenia na końcu w Horyda.

Krańcem okazała się ulica Szpunara. Nim jednak tam trafiłyśmy, minęłyśmy solarium, Żabkę, salon kosmetyczny i fryzjera. Będąc już na Szpunara, rzuciłyśmy okiem w lewo, ale zdecydowałyśmy się iść w prawo. Naszą uwagę na chwilę przyciągnęły dziwne kamienne bryły, jednak brak tabliczek nie pozwolił nam dociec, czemu nadano im takie, a nie inne kształty. Tuż przed ulicą Horyda znajdował się warsztat samochodowy, a ulica Kasztelana zaskoczyła nas w pierwszej chwili swoją długością. Zdawała się mieścić tylko jeden dom. Ceglany, bardzo intrygujący, ale tylko jeden. Jednak przyjrzałyśmy się bliżej i okazało się, że naprzeciw niego kryje się zakręt, a za nim jeszcze kolejny.

– Same zakręty, zauważyłaś? – zapytała koleżanka.

– Tak – potwierdziłam i zaczęłam fotografować je jeden z drugim. – Ale śmietnik mają! – rzuciłam, bo ulica była dość krótka, a skojarzyłam dłuższą, lęborską ulicę, gdzie ów śmietnik bardzo by się przydał, a czekaliśmy na niego latami.

Przeszłyśmy na drugą stronę przez pasy najbliższe przystanku autobusowego. Miałyśmy zamiar wędrować Czernickiego, aż dotrzemy do Platynowej. Niestety, minęłyśmy pizzerię, stację kontroli pojazdów, myjnię, skup złomu, salę zabaw dla dzieci i szkołę językową, po czym droga postanowiła biec sama, chodnik zostawiając jedynie w naszych podróżniczych marzeniach.

Przyjrzałyśmy się wszystkim naszym mapom, po czym uznałyśmy, że trafimy na Platynową inną, alternatywną drogą. Jak bardzo okaże się alternatywna, o tym miałyśmy się dopiero przekonać. Zawróciłyśmy do Szpunara, podążając w tę jej część, gdzie wcześniej rzuciłyśmy jedynie leniwe spojrzenie. To pozwoliło nam na początku dostrzec, że znajdujemy się na pewnej wysokości nad ulicami położonymi na południu. Próbowałam tę przestrzeń mieścić w kadrze, ale trzeba było wędrować dalej. Ulica zdawała się jednak kończyć, nie oferując przejścia dalej. Zagadałyśmy panią z psem, która oznajmiła nam, że ze skarpy biegną ścieżki w dół.

– To co, w dół? – zapytała koleżanka, gdy namierzyłyśmy jedną z nich.

Zeszłyśmy, na początku stawiając ostrożnie każdy krok i zbiegając, gdy zrobiło się mniej stromo. Teren był nieco zarośnięty, ale przed nami jawiła się lepiej wyrysowana ścieżka.

– Gdzie my jesteśmy?

– W chaszczach – usłyszałam odpowiedź.

Nagle z wyraźnej ścieżki dobiegły nas głowy dwóch przechodzących akurat chłopców. W tej ciszy wokół było to takim zaskoczeniem, że aż się przestraszyłam:

– Boże, tu są ludzie!

Chłopcy jednak poszli dalej, zdając się nawet nie słyszeć mojego okrzyku. My również podążyłyśmy ku Platynowej, na niej samej znajdując po chwili bazę autobusową. Żwawo ruszyłyśmy ku Puckiej, po czym przez Hutniczą i Dachnowskiego przeszłyśmy ku tej samej stacji kolejowej, przy której rozpoczęłyśmy wycieczkę.

A była to naprawdę nie lada wyprawa. W terenie spędziłyśmy pięć godzin.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

4 thoughts on “Gdynia Pogórze… i jej wygadani mieszkańcy :)

  1. Michał says:

    W gimnazjum, liceum i na studiach dość często chodziłem i jeździłem po Pogórzu, dlatego wiele szczegółów mnie nie zaskoczyło. Najlepszy przykład to nazwa zakładu pogrzebowego „Droga do Niebios”, z którą zestawiam… jeszcze bardziej groteskową „Bóg Tak Chciał” (z któregoś filmu o Kevinie McAllisterze). 😀 Mało? W jego okolicy długo była pewna reklama firmy z drogowskazem „Wróć”, do której kiedyś dopisano „…do Jezusa” – w końcu na ogrodzeniu kościoła.

    W drugiej części spaceru, na Pogórzu Górnym, mogłaś nie zauważyć, że trasa zaczęła przebiegać… przez wieś Pogórze. Granica trudna do zauważenia jak na Kowalach. Gdybyście szły chodnikiem po północnej stronie ul. płk. Dąbka, to pojawiłoby się np. pytanie: „Ale jak to, druga Abrahama w Gdyni?”. Spod bloków osiedla po „waszej, gdyńskiej” stronie trudno było dostrzec tabliczki z nazwami ulic sołectwa Pogórze gminy Kosakowo. A Galeria Szperk to jaki ma adres? A gdyński – płk. Dąbka, chyba by mieć bliżej na pocztę niż do Kosakowa. 😉

    Tak więc wyszedł spacer po dwóch dzielnicach (z Chylonią) i wsi. Na Pogórzu Dolnym, przy ul. Złotej faktycznie widywałem często osoby włóczące się bez celu, choć nikt mnie o nic nie pytał (a zdjęcia też w końcu robię). Bardziej to psy luzem szkodziły.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Te moje nie zawsze w stu procentach adekwatne podziały administracyjne (jak w ogłoszeniach mieszkaniowych) jeszcze długo będzie mi się odbijał czkawką jak widzę 😀 bo Twoja wnikliwość nie śpi 😀 przy kolejnym projekcie gdańskim postaram się już nie mieć takich gaf 😀

      Ale! Akurat to, że jedna strona ulicy Dąbka przekraczała administracyjnie Gdynię wiedziałyśmy i wydaje mi się, że miałam to nawet napisane?!? 😉 Choć Galeria Szperk w tym kontekście doprawdy jest ciekawostką!

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Prawda, choć napisałaś „wykraczały poza granicę Pogórza”, a nie miasta. 😉 Ta kwestia przypomniała mi też nasze „polskie ZOO” – nagonkę na ludzi o określonych tablicach rejestracyjnych.

    I tak weźmy np. pan Jan mieszka na Pogórzu, ma rejestrację „GA” i dojeżdża do pracy bardzo podobną drogą co p. Piotr, który mieszka w Pogórzu i ma „GPU”. Ale „słoikiem, niedzielnym kierowcą, na którego lepiej uważać” będzie ten drugi, bo nie z Gdyni. nawet jeśli ten swój dom w Pogórzu kupił po latach zamieszkiwania na Świętojańskiej i jeżdżenia po „trudnych skrzyżowaniach Śródmieścia”. Kiedyś nawet dodawałem komentarze na Trojmiasto.pl pod tego typu głupimi dyskusjami. 😉 Zresztą podobną drogę do pracy i doświadczenie jako kierowca może mieć też np. pani z Rębiechowa i druga… z Rębiechowa, ale pierwsza to „wielka mieszczanka”, bo „GD”, a druga to „niby z prowincji”, bo „GKA” – takie to myślenie na forach i w realu.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      W tamtym miejscu dzielnica i całe miasto wydały mi się równoważne 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *