Gdynia Chylonia – o owocowych ulicach i polocie reklam słów kilka

Dotarłam na stację SKM Gdynia Leszczynki dobry kwadrans wcześniej niż koleżanka, która miała mi towarzyszyć. Postanowiłam ten moment wykorzystać na wizytę w pobliskiej Biedronce. Obok niej znajdował się wspomniany sklep odzieżowy, ale podchodząc bliżej odkryłam nieco więcej. Jedno z wejść zapraszało do wizyty w sklepie w stylu 1001 drobiazgów. Już pierwszy rzut oka pozwolił mi znaleźć figurkę żółwia, co przywołało uśmiech na moją buzię. Nie znalazłam tam jednak nic dla siebie, a nawet wyszłam nieco zaskoczona puszczaną w tle muzyką disco polo i to takiego najniższych lotów, o ile w przypadku tej muzyki można podnieść poprzeczkę jakoś wyżej.

W tym samym budynku znajdowały się jeszcze dwa gabinety stomatologiczne, ale ciekawsze widoki miałam tuż za nim. Targowisko, choć mniejsze od chylońskiego, gościło wiele branż. Znalazłam krawca, sklepy spożywcze, rybny, mięsny, odzieżowy, obuwniczy, warzywniaki, drogerię, kwiaciarnię. Swoje miejsce miały tam również optyk i salon kosmetyczny. Najbardziej zaintrygował mnie sklep, którego branży nie byłam pewna. Może reprezentował ogrodnictwo, a może miał być warzywniakiem. W każdym razie zdobiły go liczne bukieciki sztucznych żonkili, do których to kwiatów mam od dzieciństwa słabość.

Zawracając w kierunku peronu, zauważyłam jeszcze lombard, którego o dziwo nie wypatrzyłam na poprzedniej wycieczce. Pokonując schody i tunel przebiegający pod torami, podniosłam walającą się reklamówkę. Raziła moje poczucie estetyki. Nie patrzyłam na nią także zbyt przychylnie jako biolog. Skoro tylu przechodniów mijało ją z obojętnością, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

Chwilę później odebrałam koleżankę i razem ruszyłyśmy ku Chylońskiej. Przeszłyśmy na światłach i skierowałyśmy się od razu w lewo, zamierzając skręcić dopiero w Lubawską. Na tym odcinku po naszej prawej mijałyśmy kolejno piekarnię, sklep mięsny, skwer z ciekawą studnią, obfitujący w kwiaty. Zajrzałyśmy także w Młyńską. Gdy minęłyśmy ulicę Świętego Mikołaja, zaczęłyśmy notować obiekty po obu stronach. I tak po lewej ujrzałyśmy sklep zoologiczny, po prawej zaś spożywczy, a dalej drogerię, mięsny, odzieżowy, warzywniak, pralnię, szklarza, kolejny sklep spożywczy i solarium.

Wreszcie skręciłyśmy w Lubawską. Szłyśmy prosto, aż droga zaczęła się rozbiegać. Po lewej ujrzałyśmy plac zabaw wraz z trzepakiem, z którego akurat korzystała pewna kobieta. Zdecydowałyśmy się więc podążyć drugą odnogą, zwłaszcza, że przed nami pojawiło się przedszkole, a dalej mogłyśmy się spodziewać szkoły. I rzeczywiście, w ceglanym, zabytkowym budynku mieściła się Szkoła Podstawowa Nr 10. I chociaż była położona na Lubawskiej i wskazywał na to także numer na budynku, urzędowa tablica dotycząca placówki przypisywała ją do ulicy Morskiej.

Zawróciłyśmy kawałek i wzdłuż rzędu garaży przeszłyśmy w stronę rzeki Chylonki i Parku Kilońskiego. Na spotkanie nam wybiegły dwa bliźniaczo podobne do siebie psiaki, ale nie były na tyle ufne, by udało się to uwiecznić na zdjęciach. Szkoda, bo ze swą białą sierścią i kiteczkami na głowie wyglądały całkiem słodko. Jeden z nich jednak postanowił po chwili na nas poszczekać. Właścicielka wzięła go na ręce niczym niemowlę i tak jak dziecku tłumaczyła, że tak nie wolno i dlaczego. Tymczasem my, przekroczywszy rzeczkę, minęłyśmy ławeczki i wyszłyśmy na Wiejską.

Naprzeciwko nas stacjonowało Chińskie Centrum Handlowe i Fresh. Obejrzałyśmy się w prawo, żeby zobaczyć, czy nie pominęłyśmy zbyt dużego odcinka Wiejskiej, ale w naszym polu widzenia poza kioskiem nie utraciłyśmy niczego godnego uwagi. Skręciłyśmy więc w lewo, by Wiejską dotrzeć do Gniewskiej. Szeroka ścieżka pomiędzy blokami pozwoliła mi na uchwycenie, jak sama ją nazwałam, „scenki rodzajowej” z Parkiem Kilońskim w tle. Dalej wypatrzyłyśmy klub dziecięcy i ogródki działkowe. Zaczęłyśmy też zwracać uwagę na kolory, jakich użyto do pomalowania poszczególnych budynków. Większość koncepcji wpisywała się w nasze poczucie estetyki.

Skręciłyśmy w Gniewską. W pierwszej odnodze po lewej wypatrzyłyśmy salon fryzjerski i Fresha. W jednej z dalszych po prawej znajdował się z kolei niewielki pasaż. Mimo to znalazłyśmy tam sklep odzieżowy, serwis RTV, salon prasowy, fryzjera i dwa sklepy wielobranżowe, a drogowskaz kierował dodatkowo do apteki po drugiej stronie drogi.

Przy skręcie w Żukowską znalazłyśmy żłobek, a na niej samej widzianą ostatnim razem z Kartuskiej lecznicę weterynaryjną, sklep budowlany i roboczą, wydrukowaną na zwykłym papierze tabliczkę ostrzegającą przed karmieniem psa. I rzeczywiście, wystarczyło, że zwolniłyśmy tam kroku, a leniwie leżący wilczur podniósł się, by żarliwie na nas poszczekać.

Idąc cały czas na wprost, dotarłyśmy do kościoła Jana Chrzciciela. Lekko odbiłyśmy w lewo, by okrążyć go i wyjść na Chylońskiej.

– Widzisz? Ale fajne! – zawołałam pełna entuzjazmu, zerkając na balkon pełen fuksjowych doniczek.

Zanim jednak koleżanka spojrzała w górę, dolny balkon skrył budynek przed nim i w zasięgu wzroku był tylko górny, a na nim czarne, tajemniczo wyglądające worki. Złapałam ją za ramiona i cofnęłyśmy się dwa kroki, żeby mogła zobaczyć, o czym mowa.

Przy głównej ulicy skręciłyśmy w prawo, by niemal od razu odbić ponownie w prawo w Osowską. Wkrótce dotarłyśmy do kolejnego skrzyżowania. Tuż przy nim znalazło się centrum odnowy biologicznej. W tym miejscu odwdzięczyłam się koleżance zdjęciem z tablicą Wejherowska za gdańską Lęborską. Idąc Wejherowską, minęłyśmy przychodnię z optykiem i apteką. Wstąpiłyśmy w ulicę Wawrzyniaka, gdzie pośród bloków znalazłyśmy stomatologa, fotografa z ksero i sklep spożywczy. Naszą uwagę zwrócił także jeden z balkonów, ozdobiony barwami klubowymi. Te same kolory nosił na sobie pan, który przysiadł na pobliskiej ławce. Domniemywałyśmy, że może był to jego balkon. Po przeciwnej stronie ulicy rozciągał się z kolei budynek Gimnazjum Nr 13 i XIV Liceum Ogólnokształcącego. Od strony jego zaplecza dostrzegłyśmy sznur ze schnącym praniem, prawdopodobnie były to fartuszki pań ze stołówki.

Wędrowałyśmy dalej Wejherowską. Znalazłyśmy aptekę. Na wysokości Starogardzkiej wypatrzyłyśmy Żabkę i tyły Stokrotki, a po naszej prawej sklepy elektryczny i wielobranżowy.

Kolejne ulice – Brodnicka i Tczewska, nie przyniosły szczególnych odkryć i przez Wiejską ponownie trafiłyśmy na Chylońską. Przeszłyśmy przez pasy i skręciłyśmy w lewo. Na naszej trasie znalazły się sklep budowlany o dorabianiem kluczy w ofercie, zdobny budynek, w którym oferowano noclegi i którego urok w kadrze psuła reklama fitnessu z panią w różowym stroju i z różową wstążką. Dalej zobaczyłyśmy kiosk i sklep elektroniczny. Zaintrygował mnie także jeden z bloków, ponieważ klatek nie oznaczono literami, a cyframi rzymskimi. Uznałyśmy, że gdyby określone tablicami numery mieszkań też opisano w ten sposób, mieszkańcy mieliby niemałą zagwozdkę. Minęłyśmy sklep spożywczy, pocztę, krawca, a dalej sklep motoryzacyjny, aptekę i monopolowy. Za skrzyżowaniem ze Starogardzką znalazłyśmy jeszcze sklepy budowlany, odzieżowo-papierniczy, mięsny i lombard, a po naszej stronie warzywniak, monopolowy, kwiaciarnię oraz salon kosmetyczny, aż wreszcie dotarłyśmy do Puckiej.

W oddali widziałyśmy przejazd kolejowy z zaporami, a bliżej Netto. Koleżanka przyznała się, że dawniej w logo supermarketu dopatrywała się nie psa, lecz konia. Zdziwiła mnie trochę ta sugestia, ale większym zaskoczeniem była reklama wisząca na murze, a wpadająca mi w oko już od pewnego czasu. Tym razem postanowiłam pofilozofować bardziej nad jej przekazem. Otóż reklamowanym produktem był „kurczak kukurydziany”. Użycie takiej niebanalnej nazwy motywowano tym, iż zwierzęta karmiono w hodowli kukurydzą.

– Skoro jem teraz banana – zaczęłam dumać, posilając się jednym z moich ulubionych przysmaków – to czy według tej reklamy jestem Martą bananową? – Sama idea wydała mi się absurdalna, ale wymyślałam dalej. – A jak zjemy tego kurczaka, to czy będziemy ludźmi drobiowymi?

Nie zyskałam odpowiedzi, bo wbrew obiegowej opinii bywają głupie pytania i moje, choć specjalnie przerysowane, pewnie do nich należało. Zawróciłyśmy chwilę później do Puckiej i wróciłyśmy do tematu psa z logo Netto.

– W sumie jakby się przyjrzeć, to trochę wygląda jak konik szachowy – przyznałam rację koleżance.

– No właśnie. I dlaczego ma koszyk w pysku? Jakby to było normalne, że pies robi zakupy.

Przez głowę przeszedł mi przykład psa przynoszącego właścicielowi gazetę, ale nie rozwijałyśmy tego wątku. Dotarłyśmy do zamykających się właśnie zapór. Przed nami stanęło trzech panów, chwilę później dołączyły dwie panie na rowerach i złomiarz. Tłum gęstniał wraz z upływem czasu, a nie przesadzę, mówiąc, że utknęłyśmy tam na dobry kwadrans.

– Open the zapora – mruczałam pod nosem.

– Czuję się, jakbym grała w jakimś kiepskim filmie. „Szlaban. Zemsta pociągów” – dodała koleżanka.

Byłyśmy zniecierpliwione, zaczęłyśmy się wygłupiać i nawet pod nosem podśpiewywać. Koleżanka zanuciła klasyczną Prząśniczkę, ja poznaną trzy dni wcześniej zupełnie współczesną piosenkę, której połowę tekstu zdążyłam już zapamiętać i która nie chciała mi wyjść z głowy.

Przejechały w sumie cztery pociągi, można powiedzieć, że wszelkiej maści: SKM-ka, Regio, dalekobieżny i towarowy. W momencie, gdy mijał nas przedostatni, postanowiłam pomachać wyglądającym przez okna ludziom. Jeden pan nawet mi odmachał, a ja ucieszyłam się z tego faktu jak dziecko. Wreszcie zapory podniosły się i tabuny ludzi ruszyły z obu stron. Idąc, podniosłam jednocześnie aparat, by uwiecznić tę różnorodną masę.

Nim dotarłyśmy do skrzyżowania, po prawej znalazłyśmy warsztat samochodowy. Z kolei po lewej naszą uwagę zwracał zapuszczony i opuszczony budynek – jeden z takich, które mocno mnie intrygują. Powybijane okna. Materiał budowlany: cegła (choć biała, a nie klasycznej barwy). Dodatkowym walorem był okalający tę ruderę drut kolczasty. Zaciekawiło mnie, co mogło się tam dawniej znajdować.

Chwilę później skręciłyśmy w prawo, wypatrując w pobliżu skrzyżowania sklep spożywczy. Dłuższy odcinek ulicy Krzywoustego pokonywałyśmy z pieśnią na ustach, bo dalej witały nas jedynie zakłady przemysłowe. Dołączyłam się do koleżanki, bo co klasyk, to klasyk, więc doskonale pamiętałam tekst. Jednak jej zdaniem prząśniczki nie nadążyłyby za wyśpiewywanym w moim tempie wrzecionem. Po kilku próbach znalazłyśmy złoty środek i wyrównałyśmy rytm.

Pośród fabryk znalazłyśmy także plac manewrowy, punkt kasacji pojazdów, skup makulatury i sklepy meblowe. Wykorzystałyśmy szybę okienną jednego z nich, by zrobić sobie wspólne zdjęcie. W tym otoczeniu ciekawy okazał się nawet wystający korzeń przydrożnego drzewa. Stawałyśmy na nim tak, by utrzymać równowagę. Nie było to jednak dużym wyzwaniem, więc ruszyłyśmy dalej. Wypatrzyłyśmy baner Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego, jednak ciężko było sprecyzować, czy miało ono tam swoją siedzibę.

Chwilę później ulica zaczynała skręcać ku Hutniczej. Przystanęłyśmy jeszcze na moment, robiąc sobie serię średnio udanych zdjęć w stylu selfie, co przynajmniej wywołało falę śmiechu. Na Hutniczej skręciłyśmy w prawo. Minęłyśmy spory obszar, jaki zajęło Makro, warsztat samochodowy, salon motoryzacyjny, myjnię, stacje paliw, sklep budowlany, a w środku tego wszystkiego, przy głównej drodze ciekawostkę na przydrożnej latarni. Do jej słupa przymocowano krzyż, pod którym zaczepiono dwie elektryczne świeczki i łubiankę z roślinami i ozdobami wielkanocnymi. Nie zrozumiałyśmy tej idei.

Dotarłyśmy mniej więcej do ulicy Malczewskiego, po czym zawróciłyśmy. Aż do Dachnowskiego na naszej trasie widniały głównie zakłady przemysłowe. Pomiędzy nimi jednak wypatrzyłyśmy kilka innych obiektów – sklep spożywczy, bar czy stację paliw. Rozbawiła nas reklama e-papierosów, której główny przekaz aż pozwolę sobie zacytować: La La La –  Para Para Para – Para Buch!”. Brak mi słów, by to szerzej skomentować. Natrafiłyśmy także na zakłady branży spożywczej – rybny i mięsny, co przypomniało nam kukurydzianego kurczaka. Cóż, okazuje się, że niektórzy ludzie mają niezły polot, wymyślając takie hity.

Docierając do Dachnowskiego, znalazłyśmy jeszcze agencję celną ze słowem „sad” w nazwie. Informacja ta dotarła do mnie na wpół świadomie, kojarząc mi się z angielskim określeniem smutku i, jak miało się okazać później, miałam ją jeszcze wykorzystać w swoistej grze słownej.

Tymczasem jednak na Dachnowskiego poczułyśmy klimat niczym pośród ogródków działkowych, choć na terenie każdej posesji znajdował się normalny dom mieszkalny. Pośród nich znalazłyśmy zakład tokarski. Wkrótce dotarłyśmy do piaszczystej połaci, za którą znajdował się peron SKM Gdynia Chylonia. Zawróciłyśmy, by wejść w ulicę Nowodworskiego, a przez nią w Orzechową. Również tutaj panował podobny klimat jak na Dachnowskiego, pod stopami miałyśmy głównie piach. Na Orzechowej zobaczyłyśmy także sypiącą się piaskownicę, wygiętą obręcz do gry w kosza, a do tego luźne betonowe elementy.

Wyszłyśmy na Hutniczą na wysokości straży pożarnej i skręciłyśmy w lewo, po chwili wstępując w odcinek Palmowej po naszej prawej stronie. Po jej lewej wypatrzyłyśmy kilka „uliczek”. Właściwie każdy domek, bramka i ścieżka wymagałyby tu opisu, żeby listonosz mógł się odnaleźć. Ścieżkę okoloną ogrodzeniem nazwano Wiśniową, jeden dom dumnie należał do Cytrynowej, mapa sugerowała inne owocowe nazwy, zgodna z założeniami okazała się tylko ulica Bananowa. Nazwałabym ją raczej ścieżką, ale wyglądała, jakby zaczynała walczyć o odrębność i dało się ją wyróżnić na tle Palmowej. Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć z tabliczką Bananowa, bo obie ponad normę doceniamy walory odżywcze tych owoców i pochłaniamy je w relatywnie dużych ilościach.

Chwilę później trafiłyśmy na Przemysłową, gdzie znalazłyśmy Izbę Celną. Następnie ruszyłyśmy Północną. Oczekiwanej przeze mnie Czereśniowej nijak nie dostrzegłam, więc weszłyśmy w Śliwkową. Minął nas pan na skuterze, z dzieckiem w wieku wczesnoszkolnym, co wywołało w mojej głowie pytania o wymogi bezpieczeństwa. Szłyśmy na wprost, rozglądając się na prawo i lewo w Jabłkową i Wiśniową, wreszcie skręcając na Palmowej. Okazało się, że w obrębie tej plątaniny uliczek można się natknąć także na kierowców quadów. Według mapy, gdzieś zgubiła się nam Agrestowa.

Doszłyśmy do Hutniczej, gdzie znajdował się sklep spożywczy i po chwili zawróciłyśmy równoległą do niej drogą. Zaglądałyśmy przy tym od drugiej strony kolejno w Gruszkową, Ananasową, Śliwkową, Morelową i Brzoskwiniową. Jedynymi ciekawostkami na tym odcinku były tablica reklamująca usługi szewca i budka dla ptaków.

Spaceru po tych kilku ulicach na pewno nie chciałyby powtórzyć nasze buty. Pokrywała je warstwa kurzu, zresztą podobnie dolne partie naszej odzieży. Zastanawiające było to, że „sadowe” ulice rzeczywiście okazały się dość smutne i ponure, jakby widziane wcześniej słowo sad (ang. smutny) miało być prorocze. Trochę szkoda, że tak radośnie brzmiące, owocowe nazwy dostały piaszczyste, spieczone słońcem niczym pustynia, dróżki. Podchodząc w stronę peronu SKM Gdynia Chylonia, tym filozoficznym akcentem zakończyłyśmy naszą wędrówkę.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

2 thoughts on “Gdynia Chylonia – o owocowych ulicach i polocie reklam słów kilka

  1. Michał says:

    „Wnętrze dzielnicy” kojarzy mi się, jak w 2011 r. zacząłem wyszukiwać miejsca stacjonowania karetek pogotowia ratunkowego. Z tamtego okresu pochodziły też moje niektóre zdjęcia dla portalu fotografii ratowniczej Czerwone Samochody. 👍 W tym przypadku mijałaś przychodnię przy ul. Wejherowskiej. Dziś nic tam już nie stacjonuje – przenieśli na Cisową, pod szkołę.

    Fajne było Twoje nawiązanie do „kurczaka kukurydzianego” i określenie samej siebie, bo przypomina mi moje… określenia włosów i kitek, a także noszących je osób i wiewiórek. 😉 Myślałem, że tylko ja tak analizuję rzeczywistość.

    Twój wpis może już niedługo zyskać wartość historyczną, bo do 2023 r. ma powstać wiadukt kolejowy nad ul. Pucką (potocznie „tunel drogowy”). Zaś wiadukt drogowy zbudują o rok wcześniej też w ciągu ul. Puckiej, ale nad liniami towarowymi na północy, przy granicy z Pogórzem. 👍 Oba przejazdy kolejowe wielokrotnie pokonywałem, także jako rowerzysta. A „stłoczenie” pociągów widywałem tutaj często i dziwię się, jak długo miasto się z tym męczy – identycznie jest w Gdańsku-Oruni.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Jak widać, nietypowe epitety mogą być nie tylko Twoją specjalnością 😉

      Cóż, każde z miast, które przeszłam, ewoluuje, nawet tak małe jak Lębork, a co dopiero większe jak Gdynia czy Gdańsk 😀

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *