Chociaż tym razem wybrałam się w teren w męskim towarzystwie, zaczęliśmy od raczej kobiecej domeny – straganów. Wysiedliśmy na stacji SKM Gdynia Chylonia i skręciliśmy w lewo. Minąwszy lombard i warzywniak, przeszliśmy przez bramę targowiska. Tuż za nim pojawiły się pierwsze kramiki: piekarnia, sklepy mięsny, odzieżowy i drogeria, stragany ogrodniczy i tekstylny. Za budką zegarmistrza, punktem dorabiania kluczy i sklepem z nabiałem zaczynało się właściwe targowisko. Stragany stały jeden obok drugiego. Na początku wydały się nam niepozorne, ale klienteli nie brakowało. Najpierw mijaliśmy głównie kwiatki. Zaintrygowały mnie stokrotki afrykańskie, których białą barwę na brzegach płatków przełamywał blady fiolet.

Szliśmy przed siebie i obserwowaliśmy nie tylko sprzedawane towary, ale także rozglądających się za nimi ludzi. Odnieśliśmy wrażenie, że nie wszyscy byli szczęśliwi, a część kupujących tłoczyła się dość nerwowo. Urzekł mnie na tym tle widok niespiesznie spacerujących pod rękę staruszków i choć marzył mi się kadr z nimi pośród mnogości tętniących życiem stoisk, w jego uwiecznieniu przeszkodzili mi pieszy i rowerzysta. Państwo zniknęli za rogiem, a my podążyliśmy na wprost, ku kolejnemu sektorowi sklepików. Znaleźliśmy głównie sklepy odzieżowe, ale także artykuły wyposażenia wnętrz, sklepy medyczno-zielarski, z chemią i szewca.
– To się nigdy nie kończy – stwierdziłam, bo rzeczywiście nie mogliśmy dostrzec końca targowiska.
W pewnym momencie jednak zastaliśmy sektor z kilkoma luźno zastawionymi stołami i postanowiliśmy zawrócić drugą stroną.
Pośród dominujących w tym sektorze sklepów odzieżowych znaleźliśmy optyka, krawca, pasmanterię i sklep z pościelą. Dalej znajdowały się sklepy zoologiczny i wędkarski, a niemal naprzeciwko nich moją uwagę zwróciły urocze buciki dla dziewczynki, sądząc po rozmiarze, w wieku przedszkolnym.
– Szkoda, że nie ma takich małych dzieci w rodzinie – rzuciłam do kolegi, wspominając przy tym o siostrzenicy, która nosiła już buty o kilka rozmiarów większe.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że sprzedawczyni mogła nas wziąć za parę. Być może też uznała moje słowa za sugestię w stronę „chłopaka”, że mój instynkt macierzyński mógłby zostać zaspokojony. Później jednak stwierdziłam, że raczej nie snuła tak barwnych wizji, jak ja o tym, co mogła sobie wyobrażać.
Jakby dla kontrastu, kawałek dalej wypatrzyliśmy ogromny but podwieszony dla ozdoby przy innym obuwniczym stoisku.
– But Shaquille’a O’Neal’a – zaproponował kolega na ów widok.
W tym sektorze znaleźliśmy jeszcze sklepy papierniczy, spożywczy, mięsny, z płytami, z kawą i herbatą, garmaż, piekarnię, a także wspominane już odzieżowe. Jednak wielką atrakcją okazała się pierwsza budka z kolejnego sektora. Stałam sobie w przejściu, próbując złapać w kadr łuk zadaszenie i ścieżkę pomiędzy dwoma rzędami stoisk wypełnioną ludźmi. Było to całkiem ciekawe ujęcie i pomyślałam, że sama też stanę w jego obrębie. Odwracając się do kolegi, dopatrzyłam się kolorowych chrupek kukurydzianych.
– Smak dzieciństwa! – zawołałam z entuzjazmem. – I konserwantów – dodałam, śmiejąc się.
Można się domyślać, co podjadaliśmy przez następne kilkanaście minut spaceru.

W dalszej części sektora znaleźliśmy kwiaciarnię, warzywniak, sklepy mięsne, rybne, spożywcze, z chemią i odzieżowe. Po chwili udało się nam opuścić targowisko. Spędziliśmy tam pierwsze pół godziny spaceru i wyszliśmy bogatsi nie tylko o chrupki, ale także o blisko 50 zdjęć samych kramików. Zaskakujące było sąsiedztwo Lidla. Naprzeciwko niego intrygujący okazał się budynek z kolumnami w stylu jońskim. Zawróciliśmy do bramy targowiska. Za sklepikami spożywczymi, odzieżowym i kwiaciarnią skręciliśmy w lewo. Wcześniej udało nam się jednak dostrzec, że w budynku dworca stacjonowały kantor, sklep meblowy, cukiernia i fryzjer. Naprzeciwko nas, w niewielkim oddaleniu widniała Biedronka.
– Tu Lidl, Biedronka, a pomiędzy nimi rynek. Takie rzeczy tylko w Polsce – stwierdził kolega i opowiedział mi o warszawskim Targówku, gdzie w podobny sposób zaaranżowano podobno kilka hektarów powierzchni.
Zmierzaliśmy ku Chylońskiej. Minęliśmy kiosk, aptekę i dwa sklepy mięsne, po czym na światłach przeszliśmy na drugą stronę i zawróciliśmy w stronę dworca. Na naszej trasie znalazły się apteka, sklep spożywczo-monopolowy, piekarnia, kantor i kebab, moją uwagę zwróciło jednak stoisko złożone z luźno rozstawionych stolików, a dokładniej podwieszone obok torebki. Jedna z nich szczególnie przypadła mi do gustu. Ruszyliśmy jednak dalej, w stronę Biedronki po lewej. W jej obrębie, ale również po drodze, wypatrzyliśmy sklepy odzieżowe. Jeden z nich szczególnie nas rozbawił. Tabliczka z napisem „WC Butik” na panterkowym tle wyglądała przekomicznie. Pomiędzy nim a dyskontem umieszczono bar mleczny.
Minęliśmy Biedronkę i ponownie znaleźliśmy się na Chylońskiej. Szliśmy nią aż do Północnej, zaglądając jedynie w skromną ulicę Ustronie. Na naszej drodze zobaczyliśmy sklep z tkaninami, psiego fryzjera, firmę kurierską, sklepy odzieżowy i AGD, złotnika, szewca, a także solarium, sklep monopolowy i warsztat samochodowy. Jeden z domów również prezentował się ciekawie, choć raczej nie nadawał się do zamieszkania. Tynk odpadał, brakowało także części dachówek.

Na Północnej zaintrygowały nas stare pojazdy opatrzone banerem reklamującym pobliskie, bo znajdujące się na Żwirowej, Muzeum Motoryzacji. Sama tablica również była ciekawa. Określała gdyńską instytucję jako największą tego typu w Polsce, jednak mniejszą czcionką dopisano, że chodzi o północną część kraju.

Przeszliśmy na drugą stronę Chylońskiej i już po chwili kroczyliśmy Południową. Zwracaliśmy uwagę na rzeźby w ogrodach, ściany pokryte tak zwanym barankiem, a także na ludzi w oknach niezbyt odległego bloku. Pomachałam nawet jednej z osób, które potencjalnie mogły nas obserwować, ale nie spotkałam się z odpowiedzią. Za to na szczekanie swojego psa zareagowała kobieta, przy której domu zatrzymaliśmy się, by podziwiać rzeźby ptaków. Myślała, że mamy do niej jakąś sprawę, ale powiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że tylko przechodziliśmy.
Dotarliśmy do Morskiej i jak to zwykle bywa przy drogach o wartkim ruchu aut, jej pobocza wypełniono reklamami. Zaczęliśmy o nich dyskutować i zgodnie stwierdziliśmy, że podpisalibyśmy się tylko pod jedną. Głosiła bowiem, że Życie to podróż.

Wstąpiliśmy na Gospodarską. Znajdowało się tam Gimnazjum nr 3. Przylegał do niego basen. Po przeciwnej stronie widniały tabliczki gabinetów lekarskich: psychiatry-seksuologa, laryngologa i stomatologa-ortodonty. Wkrótce szliśmy już Chylońską ku kościołowi Św. Jana Chrzciciela. Stał na niewielkiej powierzchni i ciężko było go zmieścić w kadrze, więc podeszłam bliżej, żeby zerknąć, czy nie da się odejść dalej z drugiej jego strony. Trafiliśmy akurat na kondukt żałobny i dyskretnie się wycofaliśmy, nie realizując założenia.

Dalej wędrowaliśmy Kartuską. Minęliśmy bary, piekarnie (gdzie doszłam do wniosku, że gdyńskie ceny pieczywa są bardziej przyjazne od gdańskich), szewca, Żabkę, sklepy odzieżowe, kwiaciarnię z uroczymi skrzatami na wystawie, sklep zoologiczny, dwa lombardy, kantor, fryzjera z solarium, salon prasowy, sklep mięsny i Rossmanna. Po drodze rzuciliśmy jeszcze okiem w Krzywą. Dotarliśmy niemal do Domu Towarowego Chylonia (jakby komuś jeszcze było mało sklepów w ciągu tego spaceru), za którym, na Gniewskiej, umieszczono lecznicę weterynaryjną. Postanowiliśmy przejść na drugą stronę ulicy i w ten sposób wkroczyliśmy na uliczkę naprzeciw Gniewskiej. Wydawało się, jakby dopiero jej odnogi dostały swoje nazwy.
Pierwsza nie nosiła niczyjego imienia, ale zaprowadziła nas do krainy kolorowych, zaczytanych stworzeń. Podziwialiśmy bowiem budynek… biblioteki. Na jej ścianach namalowano książkowe półki, koty, sowy, ptaszki i żabki. Z przyjemnością łapałam zwierzaki w kadr. Nam też zdarzyło się kilka razy zapozować. Obok znaleźliśmy jeszcze centrum młodzieżowe.



Następnie przeszliśmy jednym z ramion ulicy Świeckiej, podążając za drogowskazem Omen. Po chwili zawróciliśmy drugą częścią rozgałęzienia. Nim zajrzeliśmy w ulicę Pustki, minęliśmy srebrzący się motocykl marki Knight, więc zaśmiałam się do kolegi, że „znalazłam swojego rycerza”, co spotkało się z niezrozumieniem pana stojącego nieopodal. Spojrzał na nas dziwnie, ale nic nie powiedział, a my byliśmy już całkiem rozbawieni i nie przejęliśmy się nim zbytnio.
W obrębie ostatniej odnogi na murze namalowano bramkę do piłki nożnej, ale nie był to jedyny malunek. Także tablica jednego z zaparkowanych aut została odtworzona ręcznie.


Wyszliśmy na Morską i skręciliśmy w prawo, by dojść do przejścia dla pieszych. Minęliśmy przy tym salon motoryzacyjny, a już po drugiej stronie restaurację. Pokonując odległość od świateł, zdążyliśmy się już rozśpiewać. Wkroczyliśmy na Wioślarską wyraźnie rozbawieni. Skręciliśmy w Pontonową, gdzie ku naszemu zaskoczeniu ujrzeliśmy drewniany domek na palu, z wnętrza którego widać było jedynie oczy czarnego kota, którego chwilę wcześniej obserwowaliśmy na poboczu. Znaleźliśmy także warsztat samochodowy, po czym obejrzeliśmy resztę Wioślarskiej. Od strony obwodnicy kończyła się ślepo, a mimo to minęliśmy dwie kobiety, gdy zawracaliśmy. Zwiedziliśmy jeszcze Masztową, gdzie stacjonował laryngolog oraz psychiatra neurolog seksuolog, po czym wróciliśmy na Morską.
Ruszyliśmy ku Łebskiej, ale udało się nam na nią wejść dopiero od strony Kartuskiej. Po drodze wypatrzyliśmy jedynie pokoje gościnne. Na Łebskiej rozbawiły nas napisy na altanie śmietnikowej. Dziwny bohomaz podpisany imieniem Maciuś skojarzył się nam z koroną, a przez to z królem Maciusiem i autor od razu przeobraził się w naszej wyobraźni z chuligana w kogoś potulnego. Obok widniał jeszcze napis Barta i nie wiem czemu, ale bardzo rozbawił mnie rym tego słowa z moim imieniem. Minęliśmy również zagrodę pełną perliczek. Szczególnie spodobała mi się biała w drobne, czarne kropki o nieregularnych krawędziach. Dalej znaleźliśmy myjnię i przedszkole o ptasiej nazwie, w związku z czym zaczęliśmy skrzeczeć i wygłupiać się jak dzieci. Koło spożywczego i Żabki wyszliśmy znów na Kartuską i podążyliśmy w prawo.
Minęliśmy optyka i serwis AGD oraz sklep z roletami. Tymczasem na chodniku naszą uwagę zwróciły nieregularne smugi niebieskiej i pomarańczowej farby. Co ciekawe, obojgu niezależnie ten, zapewne losowo powstały, obraz skojarzył się z Kosmosem. Dalej znajdowała się następna Żabka, sklep meblowy, salon prasowy i apteka, tymczasem po prawej jedna z odnóg zapraszała do gabinetu weterynarza.
Zajrzeliśmy na Chełmińską, minęliśmy gabinet stomatologa, po czym na wysokości baru przeszliśmy na drugą stronę ku Swarzewskiej. Droga mocno się nam dłużyła, ale było warto. Pomiędzy blokowiskami znaleźliśmy garaże z dachami na wysokości chodnika, po którym kroczyliśmy. Analogiczne widziałam kiedyś na gdańskim Jasieniu. Na szczęście zachowaliśmy tyle rozsądku, by na nie nie wchodzić, choć widoki mogłyby być obiecujące. Wyobrażaliśmy sobie, że te z dachów bloków zapierają dech w piersiach i na pewno wyraźnie ujrzelibyśmy morze.

Śpiewanie, przemieszczanie się w podskokach i tym podobne wygłupy trwały w najlepsze. Kolega przysiadł na ławce, żeby zapozować w pozie na rapera. Później wymieniliśmy się rolami i to on stanął po drugiej stronie obiektywu. Przechodzący obok ludzie rzucali nam badawcze spojrzenia. Kolega skomentował:
– Ludzie się patrzą / Co my robimy.
– Zdjęcia na ławce / Prawie w środku zimy – dodałam, usprawiedliwiając zimnym wiatrem ten nie do końca zgodny z prawdą rym.

W pobliżu kolejnej Żabki (!) znaleźliśmy niesamowity punkt widokowy. Znajdowaliśmy się na tyle wysoko, by widzieć ulicę w dole, przerastać standardowe bloki i prawie sięgać szczytu wieżowców. Bujałam się w rytm piosenki, która nie mogła się ode mnie „odczepić” już od poprzedniej wycieczki, a że miała w refrenie motyw podróżniczy, bardzo pasowała. Tymczasem kolega próbował zrobić roztańczonej Marcie zdjęcie na tle tych widoków. Dalej zaciekawiły mnie jeszcze zarośnięte schodki wiodące być może ku tej drodze, ale nie ryzykowaliśmy zejścia nimi. Wystarczyło mi, że zostałam tam uwieczniona na fotografii.


Z kolei na dalszym odcinku Swarzewskiej wypatrzyliśmy zabity dechami sklepik wielobranżowy o słodkiej nazwie Mruczek, niemającej nic wspólnego (według tabliczki) z asortymentem. Dalej znajdowała się jeszcze apteka.
W ten sposób dotarliśmy do Rozewskiej, gdzie na przywitanie ujrzeliśmy klub osiedlowy, oferujący także wynajem sali. Kolega dostał napadu śmiechu i zaczął udawać atletę. Choć nie do końca zrozumiałam, co go tak rozbawiło w owym klubie, jego pozy przywołały uśmiech i na moją buzię. Nie omieszkałam go przy tej okazji sfotografować.
Na Rozewskiej znaleźliśmy stomatologa, gabinet kosmetyczny, przedszkole, przychodnię i aptekę, a także piekarnię, kuszącą chlebem o smaku chleba. Dalej były jeszcze sklepy monopolowy i spożywczy, a niemal naprzeciwko nich Szkoła Podstawowa Nr 40. Mimo soboty dzieciaki przesiadywały na schodach przy wejściu, a grupka chłopców kopała piłkę na przylegającym do placówki boisku. Gdy skręciliśmy w Krokowską, usłyszeliśmy pojedyncze słowa opowieści jednego z nich. Po połączeniu słów mama i Gargamel woleliśmy nie domyślać się kontekstu.
Na Krokowskiej minęliśmy serwis AGD, Kolegium Gdyńskie w formie liceum i szkoły policealnej dla dorosłych, sklep z wyposażeniem kuchni, gabinet z rentgenem stomatologicznym oraz dwa salony fryzjerskie. Za niewielkim rozgałęzieniem ulica zmieniła nazwę na Raduńską. Znaleźliśmy tam kolejny serwis AGD oraz sklep spożywczy i salon urody dla psów i kotów.
Przez Helską zawróciliśmy do Morskiej i nagle uznałam, że nie ma co wracać na koniec wycieczki spytać o torebkę, którą upatrzyłam na początku spaceru. Istniało ryzyko, że kramik zostanie zwinięty, o ile już nie został. W końcu mieliśmy prawie piętnastą w sobotę. Szybszym krokiem ruszyliśmy w stronę targowiska. Państwo już się pakowali, więc zdążyłam w ostatniej chwili. Cena zachęciła mnie do nabycia torebki, która spełniała także inne moje kryteria. Gdy szukałam pieniędzy w portfelu, pan miał przytrzymać torbę, ale przekazał ją koledze, biorąc nas przy tym za parę. Miał generalnie spore poczucie humoru i we dwóch żartowali, że mężczyźni ewentualnie mogą trzymać w ręku wyłącznie czerwone, czym odwołali się do słynnej jakiś czas temu afery z Teletubisiem. Dokonawszy zakupu, powróciłam z kolegą na Morską. Zaczęłam się śmiać, że ostatnio kupiłam model do składania, teraz torebkę i jak tak dalej pójdzie, to nazbieram trochę pamiątek z Gdyni. To byłoby coś nowego w kontekście projektu, bo przecież nie jeździłam nigdy w celach zakupowych i jedyną pamiątkę stanowiły zdjęcia, mapy i zapiski wspomnień.
Gdy byliśmy już na Morskiej, zaczęło padać. Deszcz właściwie nie mógł się zdecydować. Chwilę ledwie mżyło, by następnie lać jak z cebra. Minęliśmy warsztat samochodowy, sklep rowerowy, sklepy spożywczo-monopolowy i spożywczy, dwie cukiernie, Fresha, pocztę, salon fryzjersko-kosmetyczny i kiosk. Dalej po lewej rozciągał się park. Gdy szliśmy wzdłuż niego, po prawej przejechał sznureczek motocyklistów. Nie skłamię, jeśli powiem, że z całą pewnością było ich ponad dwudziestu.

Na naszej trasie znalazła się również Szkoła Podstawowa Nr 10. Spodobała mi się informacja z plakatu umieszczonego na ogrodzeniu, że placówka jest miejscem zbiórki elektroodpadów. Uważam, że uświadamianie społeczeństwa w kwestii dbałości o środowisko jest bardzo istotne.
Dalej na jednym z murków umieszczono graffiti Arki Gdynia, a za rogiem namalowano mężczyznę zmieniającego koło w aucie. Zapewne miało to na celu promocję warsztatu samochodowego znajdującego się tuż obok. Kolejny znajdował się po przeciwnej stronie drogi. Wypatrzyliśmy tam również kwiaciarnię, optyka i dwa sklepy spożywcze.

Cały ten czas szliśmy wzdłuż głównej drogi, aż dotarliśmy do Chylońskiej. Skręciliśmy z niej od razu w Zamenhofa. Pomiędzy blokowiskami znaleźliśmy jedynie kiosk i sklep spożywczy, ale dalej zabudowania nieco się rozrzedziły. Wypatrzyliśmy przedszkole, Kościół Zielonoświątkowy, pocztę, bar i boisko. Zastanawialiśmy się, kiedy powinniśmy skręcić. Postanowiliśmy iść przed siebie, póki mamy przed oczami drogę i dopiero wtedy zmienić kierunek. Minęliśmy pralnię, aptekę, klub osiedlowy, fryzjera, solarium, sklep spożywczo-monopolowy oraz pizzerię. Wreszcie naprzeciwko nas pojawił się Ośrodek Rehabilitacyjno-Edukacyjno-Wychowawczy z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Wówczas odbiliśmy lekko w lewo.
Jednak nim weszliśmy na ulicę Opata Hackiego, skusiło nas ogrodzenie z pomalowanych na różne kolory opon i mniej barwne, za to liczne, graffiti na ścianach. W tamtej chwili deszcz nie ustawał i bylibyśmy mokrzy tak czy siak, więc dodatkowe parę minut w ulewie nie zrobiłoby nam różnicy. Zgodnie z nazwą, przedstawiciele klubu młodzieżowego zdecydowanie byli „Kreatywni”, więc podeszliśmy bliżej, by przyjrzeć się ich graficznemu dziełu. Na schodach mogliśmy przeczytać słowa Learn, Respect, Enjoy. Dodatkowo spodobało mi się naścienne hasło W tym miejscu tworzymy relacje, dobrze się bawimy, dzielimy się, rozmawiamy, a na altanie śmietnikowej (idealne wyczucie przestrzeni!) Nie zaśmiecaj sobie głowy.


Gdy wyszliśmy na ulicy Opata Hackiego, skręciliśmy w lewo. Znaleźliśmy frontowe wejście klubu młodzieżowego, z niesamowicie motywującym hasłem Trzeba gonić za marzeniami bez względu na napotkane przeszkody. Ponadto zobaczyliśmy Żabkę, sklepy budowlany i wielobranżowy. Droga płynnie przeszła w ulicę Świętego Mikołaja. Na naszej trasie pojawiły się budynek z 1914 roku, biblioteka i kościół Św. Mikołaja. Bliżej skrzyżowania umieszczono piekarnię, sklep chemiczny i pasmanterię oferującą również dewocjonalia.

Z racji pogody zostawiłam na kolejny spacer ulicę Lubawską, a także Młyńską. Chylońską podążyliśmy prosto ku stacji kolejowej. Po prawej minęliśmy sklep zoologiczny, fotografa z ksero i wypożyczalnią kaset wideo i kwiaciarnię, a dalej bar, fryzjera, aptekę i Rossmanna. W pobliżu peronu znalazły się jeszcze Biedronka, skup złomu, sklepy odzieżowy i monopolowy oraz kiosk. Przemoczeni, ale w niezmiennie doskonałych humorach, zakończyliśmy wyprawę, wsiadając w pociąg na stacji SKM Gdynia Leszczynki.
Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>
