Pustki Cisowskie i Demptowo – spotkanie, którego się nie spodziewałam

Za kolejny obszar Gdyni zabrałam się po długiej, bo miesięcznej, przerwie. W tym samym co uprzednio towarzystwie, co utrwaliło powstałe poprzednim razem gdyńskie skojarzenia i pozwoliło wygenerować kolejne.

Wystartowałyśmy przy Tesco na Kcyńskiej. Idąc od stacji SKM Gdynia Cisowa, po drodze mijałyśmy parking. Ten, kto zna mnie nieco lepiej, wie, że zwracam uwagę na rejestracje samochodowe.

– Wszędzie GA, GA, GA… – powiedziałam, rozglądając się. – Chyba jesteśmy w Gdyni – dodałam roześmiana.

Naprzeciwko Tesco znajdowało się KFC oraz stacja paliw z myjnią, natomiast dalej OBI. Na chodniku zaintrygowało mnie, że nie tylko ścieżkę dla rowerów oznaczono odpowiednią ikonką, ale także część dla pieszych zdobiły nakreślone białą farbą ludziki. Jednak jeszcze ciekawsze okazały się sklepowe okna, zza których kusiły nas piękne żyrandole. Byłam urzeczona białymi kloszami w delikatne róże. Wypatrzyłyśmy też żyrandole do kuchni wyglądające jak falbanki czy proste i kolorowe – idealne pokoi dziecięcych. Stwierdziłyśmy, że gdy przyjdzie czas na urządzanie własnych mieszkań (co swoją drogą pewnie nieprędko nastąpi), warto będzie tu zajrzeć.

Do budynku przylegał ogrodzony teren prezentujący drewniane elementy wystroju ogrodów. Od wewnątrz ktoś uwiązał psiaka na smyczy i ów widok sprawił mi dużą przykrość.

Kawałek dalej znajdował się kolejny sklepowy budynek, który zajmowały sklepy zoologiczny, odzieżowy i obuwniczy oraz Media Markt. Ruszyłyśmy ścieżką, pomiędzy sklepami, która przechodziła w Słowiczą. Idąc na wprost, wypatrzyłyśmy potężną skarpę, zza której wychylały się bloki. Przystanęłyśmy tam na krótką sesję zdjęciową, po czym skręciłyśmy w prawo, w dalszy odcinek Słowiczej. Obserwowałam budzącą się do życia przyrodę i przy tej okazji moją uwagę zwrócił kamień pokryty mchem.

– Omszony kamień! Idę do omszonego kamienia – zakrzyknęłam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam przez trawy.

– Marta krążąca w chaszczach – opisała ów obrazek moja koleżanka.

Postanowiłam zapisać tę krótką wymianę zdań, dodając do niego szerszą ideologię:

– Dobrze, że wiem, jak się pisze chaszcze. Zobacz, jeszcze [dzięki moim zapiskom] może ludzie zobaczą trudne w pisowni słowa i im się utrwali.

Wędrowałyśmy Rumską, aż dotarłyśmy do jej końca. Wokół roiło się od atrakcji. Płynęła tamtędy Struga Cisowska, a przed sobą dostrzegłyśmy ciekawe, jakby leśne widoki i huśtawki. Jednak mój entuzjazm dotyczący huśtawek nie spotkał się ze zrozumieniem koleżanki zafascynowanej piaszczystą drogą pośród drzew.

– E tam, huśtawki – usłyszałam.

– Nie „e tam”. Huśtawki to moja miłość z dzieciństwa.

Postanowiłyśmy najpierw uwiecznić krajobrazy i nas w ich obrębie, a potem podejść do huśtawek. Koleżanka ruszyła w górę piaszczystej drogi, a mi ów widok skojarzył się z wydmami. Nim znajdziemy się  na otwartej, niemal pustynnej przestrzeni Słowińskiego Parku Narodowego, przebijamy się przecież drogami pośród drzew. Po chwili wymieniłyśmy się rolami i jako fotografowana wygłupiałam się, udając, że uprawiam nordic-walking.

Bardziej przypadł mi do gustu jednak teren wokół sąsiedniej ścieżki, z nieco rzadziej rosnącymi drzewami, za to na jednym wisiała huśtawka zrobiona z opony. Odpowiadało to moim wyobrażeniom australijskiej równiny czy też terenów wokół domków na amerykańskiej prerii. Najbardziej podobał mi się kadr uchwycony bez naszej w nim obecności, chociaż moja sesja z wiszącą na sznurku oponą wywołała dużo śmiechu i również dała nam mnóstwo radości. Koleżanka też postanowiła zapozować, a zbiegając ze wzgórza z krzykiem „Będzie zlot!”, wzbiła tumany kurzu. Dzień był dość pogodny i suchy, więc nie zdziwiło nas to zbytnio.

Huśtawki placu zabaw okazały się dla nas niedostępne. Co prawda ktoś poradził sobie z kłódką na bramce i zrównał część ogrodzenia z ziemią, ale uznałyśmy, że nie będziemy wchodzić na plac w ten sposób. Podeszłyśmy jeszcze na moment do strugi, po czym zawróciłyśmy do początku Rumskiej.

Skręciłyśmy w prawo i rozpoczęłyśmy zwiedzanie Modrzewiowej. Już po kilku krokach zobaczyłyśmy fryzjera, aczkolwiek nasze czujne oczy wypatrzyły kilka ciekawszych obiektów. Na jednym z zabudowanych balkonów ujrzałam budkę dla ptaków, co zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu, więc zareagowałam dość żywo. Tymczasem kawałek dalej koleżanka znalazła podwieszonego na balkonie mikołaja. Nasza obecność też została zauważona. Stojący w oknie mężczyzna w średnim wieku rozmawiał przez telefon, ale patrzył na nas z takim rozbawieniem, że jestem pewna, że zagadałby nas, gdyby nie komórka przy uchu.

Dalsze budynki nie wyglądały zbyt efektownie, aczkolwiek skromny domek na skarpie, z rozrzuconymi po podwórzu przedmiotami i przechylonymi linkami na pranie, tworzył swoisty klimat. Baczny obserwator miałby w tej okolicy wyzwanie za wyzwaniem.

– Czy ja dobrze widzę? – rzuciłam retorycznie.

– Gdzie? – dociekała koleżanka.

– Nad tobą. Piłka.

Koleżanka potwierdziła moje przypuszczenia. Ktoś musiał mieć silne nogi, a drzewo sporo drobnych gałązek, że piłka utknęła pomiędzy nimi.

Gdy droga rozwidlała się na Malinową i Żurawią, wybrałyśmy tę drugą. Na dzień dobry dostrzegłyśmy malunek lodówki na altanie śmietnikowej. Pomiędzy blokami dotarłyśmy na Chabrową i skręciłyśmy w prawo. Po chwili znalazłyśmy się na skrzyżowaniu z Borowikową, ale postanowiłyśmy najpierw iść w prawo.

Na sklepie spożywczym widniało duże graffiti Arki Gdynia opatrzone nazwą dzielnicy i dopatrzyłam się w tym analogii do gdańskiej Lechii. Po sąsiedzku znajdowały się Żabka i salon fryzjersko-kosmetyczny. Dalej wyłaniała się ulica Rydzowa.

– Aha… to może kiedyś było latarnią – powiedziałam, gdy wypatrzyłam sam słup, pozbawiony lampy. Prawdopodobnie pełnił jednak wciąż rolę podpory dla trolejbusowych przewodów elektrycznych.

Podążyłyśmy prosto. Jedna z odnóg Chabrowej kusiła ciekawym mostem. Również zabudowania za nim wyglądały nieziemsko. Z balkonów uformowano wieżę. Całość wyglądała bajkowo i skojarzenie to okazało się całkiem uzasadnione. Osiedle nosiło nazwę Zamek.

Sam most przykuł naszą uwagę na dłużej. Stanowił dość potężną konstrukcję. Chodniki po obu stronach były nierówne – jeden niemal płaski, drugi wysoki na grubość trzech chodnikowych kafli. Zza jednego boku mostu wychylały się ogródki działkowe. Drugi nosił ślady alkoholowych spędów w postaci rozbitego szkła.

– Taka wąziutka struga, a taki ładny mostek – uznała moja koleżanka, a ja podziwiałam, że nieświadomie użyła akurat słowa zawierającego się w nazwie Strugi Cisowskiej.

Zawróciłyśmy i weszłyśmy pomiędzy bloki za sklepem z graffiti Arki. Wkrótce kroczyłyśmy już jednak Borowikową, gdzie swojej sesji zdjęciowej doczekał się kos. Ale i tam nie zagrzałyśmy miejsca zbyt długo. Żwawo ruszyłyśmy, by poznać kolejny odcinek Chabrowej. Tymczasem wzmógł się wiatr, postanowiłam więc z powrotem zapiąć kurtkę. Ledwie zauważyłam, kiedy moja mapa zaczęła odlatywać. Zaczęłam gonić luźne kartki. Na szczęście pościg ograniczył się do chodnika, choć musiałam przebyć dobre kilkadziesiąt metrów.

Skręciłyśmy w Bzową. W ten sposób rozpoczęłyśmy zwiedzanie serii uliczek metodą zbliżoną do harmonijki. Przechodziłyśmy głównie wzdłuż zabudowy mieszkalnej. Znalazłyśmy ogródek z wiaderkami w groszki, a na Żurawiej fryzjera z solarium i sklep spożywczy. Na Jaśminowej i Jeżynowej zaczęłyśmy dopatrywać się pierwszych, jak się okazało później – licznych, tablic Zakaz odbijania piłką o ścianę na blokach. Przy Chabrowej zaintrygowało mnie z kolei podwórze zagracone bez mała kilkudziesięcioma… oknami. Takimi starego typu, z pomalowanymi na biało drewnianymi ramami. Kto i w jakim celu mógł stworzyć takie składowisko?

Na Wiklinowej przy jednym z domów znalazł się ogromny krzyż, a kawałek dalej także magiel i krawiec. Nas jednak rozczulił widok wylegujących się na ogrodzeniu kociaków. Nic sobie nie robiły z naszej obecności i jedynie leniwie zerkały w naszą stronę.

Wyszłyśmy na Żurawiej na wysokości sklepu branży budowlanej. Ruszyłyśmy ku Sępiej, nie wchodząc póki co na Berberysową z umieszczoną tam Żabką. Było warto. Okazało się, że znajdujemy się nieco ponad leżącymi bardziej na północ, poznanymi tego dnia, rejonami. Przy okazji minęłyśmy ławeczkę, której każdą deseczkę pomalowano innym kolorem. Także gdy pokonywałyśmy dalszy odcinek Sępiej, widoki były ciekawe. Roślinność wzdłuż jednej ze ścian bloku, choć przerzedzona, kojarzyła się wizualnie z gęstym, filmowym lasem.

Minęłyśmy sklep spożywczy i dotarłyśmy do rozwidlenia dróg. W oddali po lewej ujrzałyśmy serwis turbosprężarek. Zdecydowałyśmy się ruszyć w prawo, gdzie po chwili weszłyśmy z Sokolej w Jastrzębią. Pomiędzy blokami było dużo ścieżek, a także kolorowy plac zabaw. Ruszyłyśmy ku Orlej, a z niej na Berberysową. Pośród budynków trafiło się kilka ciekawostek, między innymi ażurowy balkon czy minipłotek z butelek plastikowych. Pozwoliłam się także skusić widokiem wystawy małego sklepiku wielobranżowego. Zobaczyłam tam model do składania. Co prawda z papieru, a dotąd wybierałam raczej trwalsze drewno, ale nie bawiłam się w ten sposób od tak dawna, że postanowiłam do tego wrócić i dokonałam zakupu. Można powiedzieć, że z Pustek Cisowskich przywiozłam sobie całkiem realną pamiątkę.

Za jedną z odnóg ulica zmieniła nazwę na Czeremchową. Wkrótce dopatrzyłyśmy się po prawej apteki, a po lewej szeregu sklepów i lokali usługowych: salonu fryzjersko-kosmetycznego, solarium, pralni chemicznej, drogerii, sklepów z oknami, papierniczego, mięsnego, kilku piekarni i ogółem przedstawicieli branży spożywczej. Szczególnie zauroczył nas warzywniak z namalowanymi uśmiechniętymi owocami na jego ścianie. Cytrynka nawet puściła do nas oczko.

Wystarczył jednak moment, by wszystko, co wydarzyło się dotąd, wydało się banalne. Zbliżałyśmy się do Miejskiej Biblioteki Publicznej i Szkoły Podstawowej Nr 16. I oto ujrzałam mężczyznę, który, dzierżąc w ręku znak Stop, pomagał dzieciom pokonać przejście dla pieszych. Początkowo patrzyłam na cały obrazek w osłupieniu i zachwycie. Wierz lub nie, Drogi Czytelniku, ale byłam święcie przekonana, że tacy ludzie istnieją tylko w książkach lub amerykańskich filmach. Na żywo z taką scenką spotkałam się po raz pierwszy. Przez chwilę się wahałam, wreszcie jednak podeszłam do mężczyzny, prosząc go o wspólne zdjęcie. Był lekko zaskoczony, ale zgodził się. Pozował dumnie, oczywiście ze swoim zawodowym atrybutem. Pan Jerzy z chęcią odpowiadał na nasze pytania dotyczące jego pracy. Stał w swoim stałym miejscu w każdy „szkolny” dzień, latem i zimą. Nosił zaszczytne miano „Strażnika Ruchu Drogowego”. Pożegnaliśmy się w bardzo sympatycznej atmosferze.

Wędrowałam dalej w podskokach, które miały odzwierciedlać moją euforię. Każda niezwykłość w trakcie moich wypraw dodatkowo motywowała mnie do działania.

Na dalszym odcinku Chabrowej wypatrzyłyśmy pocztę, salon kosmetyczny, Stokrotkę. Udało mi się uchwycić scenkę rodzajową pod roboczym tytułem Ludzie wsiadający do trolejbusa, z ciekawymi kolorystycznie blokami w tle. Przed skrzyżowaniem znalazł się jeszcze serwis komputerowy.

Skręciłyśmy w prawo w Jałowcową, ale szybko musiałyśmy zawrócić, bo droga przestała być przyjazna pieszym tuż za szeregiem domów i warsztatem samochodowym. Prawdopodobnie dlatego, że była trasą przejazdową między Gdynią a jakąś pobliską mniejszą miejscowością.

Następnie ruszyłyśmy w stronę krańca Chabrowej z przejściem pod obwodnicą. Skierowałyśmy się jednak na teren kościoła Matki Bożej Różańcowej. W jego obrębie ciekawie zaaranżowano zieleń wokół krzyża i groty z figurą Maryi.

Wyszłyśmy drugą stroną. Skręciłyśmy na piaskowej dróżce w lewo, znajdując przy tym gabinet logopedy i pizzerię. Dotarłyśmy na Jaskółczą. Cofnęłyśmy się aż do Bławatnej, mijając przy okazji myjnię, warsztat samochodowy i przychodnię weterynaryjną z hotelem dla kotów.

Z Bławatnej szybko przeszłyśmy na Pawią, która miała swoisty klimat. Stało tam sporo domów z ciemnego drewna, z wybijającymi się na tym tle białymi ramami okien i klasycznie czerwonymi dachówkami. Nietypowa była także tabliczka na jednym z ogrodzeń. Zwykle właściciele obwieszczali, jakie to ich czworonogi są groźne, tymczasem ktoś postanowił pochwalić się, że posiada „psa, który kocha”. Rzeczywiście psiak stanął przy bramie i popatrywał ku nam sympatycznie.

Skręciłyśmy w kierunku Pustej. Zgodnie z nazwą, niewiele tam znalazłyśmy. W jednym z zaułków wypatrzyłyśmy przedszkole, a do jego ogrodzenia przywiązano psa. Był to już drugi tego typu akcent podczas jednej wycieczki. Z kolei gdy wyszłyśmy na Sępiej, na wysokości myjni samochodowej, i skręciłyśmy w prawo, wypatrzyłyśmy coś na kształt gołębnika. Wkraczając ponownie na Pawią ujrzałyśmy jeszcze siedzącego dostojnie kota o ciekawym, biało-czarno-rudym zabarwieniu – daleko mu było do klasycznego dachowca, a dodatkowej dostojności dodawała mu zielona wstążeczka na szyi.

Przez Pawią powróciłyśmy na Jaskółczą. Wyszłyśmy na wprost pizzerii. Skręciłyśmy w lewo, aby przejść nad obwodnicą. W ten sposób domknęłyśmy zwiedzanie Pustek Cisowskich. Przyszedł czas na Demptowo.

Od razu za wiaduktem skręciłyśmy w prawo w Kartuską. Zaintrygowały mnie oparte o murek gałęzie bylin i, nie wiedzieć czemu, skojarzyły mi się z marzanną. Kawałek dalej zobaczyłyśmy graffiti Arki, a także drukarnię. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdowało się rozwidlenie. Wybrałyśmy prawą odnogę.

Nim dotarłyśmy do następnego rozstaju dróg, mijałyśmy zrujnowany budynek. A jednak te opuszczone mury, jak zwykle zresztą, przykuły mój wzrok. Nie umiem wyjaśnić tego fenomenu. Może pociąga mnie ta granica istnienia i nieistnienia. Może wolę stare formy od nowoczesnych. A może intryguje mnie mnogość historii, jakie bombardują moją wyobraźnię, gdy próbuję odgadnąć przeznaczenie i losy danej budowli.

Wracając jednak do naszej wyprawy, z Kartuskiej przeszłyśmy na Skarbka. Dopatrzyłam się tam ciekawego paradoksu. Posesji, w obrębie której znajdował się hotel dla kotów, wedle tabliczki pilnował owczarek. Tymczasem koleżanka wypatrzyła znak, któremu brakowało literek i który głosił, że za nim zaczyna się Teren watn. Obie zgodnie zwróciłyśmy jednak uwagę na małego deskorolkarza i sklep spożywczy otwarty jedynie… od kwietnia do września. Próbowałyśmy domniemywać przyczyny takiego stanu rzeczy, snując przeróżne wizje.

Kawałek dalej w jednym z ogrodów wypatrzyłam ławkę, a zupełnie umknęły mi wylegujące się na niej koty. Jednak co dwie pary oczu, to nie jedna. Zwierzaki zostały zarejestrowane dzięki pilnemu spojrzeniu towarzyszącej mi koleżanki. Po sąsiedzku zanotowałam jeszcze obecność zakładu tapicerskiego.

Wkrótce dotarłyśmy do skrzyżowania. Na pierwszy rzut wybrałyśmy ulicę Komandora Sakowicza, po prawej. Z niej zeszłyśmy na Gulgowskiego, gdzie znajdował się zakład ślusarsko-hydrauliczny.

Kilka kolejnych ulic nosiło biologiczne nazwy i w ich obrębie wypatrzyłyśmy kilka tabliczek ostrzegających przed płazami skaczącymi po drogach. Myślę, że ich rozmieszczenie wynikało z dbałości o nierozjechanie tych zwierząt. Ulice nosiły nazwy Zwierzynieckiej, Wilczej i Bobrowej, choć tę ostatnią stanowiły ledwie dwa domy.

Przez Zwierzyniecką dotarłyśmy na kraniec Demptowskiej i zaczęłyśmy się przemieszczać w kierunku północnym. Minęłyśmy sklep spożywczy. Kawałek dalej do ogrodzenia podbiegł psiak. I choć tabliczka nie opisywała go zbyt zachęcająco, ułożył się przy płocie, jakby się przeciągając i spokojnie spojrzał mi w oczy. Tymczasem po drugiej stronie ulicy ujrzałyśmy budynek, któremu nadałyśmy zupełnie subiektywnie i jednogłośnie tytuł „Domu Roku”. Z pozoru miał prostą budowę, niczym prostopadłościan. Ściany były białe, balkon też niekoniecznie się wyróżniał. A jednak ową prostotę przełamywały ciemne wzory wokół każdego z okien, nietypowy kształt okna na poddaszu, przybalkonowa latarenka, mnogość doniczek z kwiatami czy przymocowane do ściany koło przypominające takie z powozu. Pod balkonem kolejne doniczki ułożono na kształt dwupoziomowej wagi. Kompozycję uzupełniały rower, stelaż w kształcie podkowy, pieniek z koszem żonkili i okno wypełnione wielkanocnymi motywami. Całość, choć tak różnorodna, dawała poczucie niesamowitej harmonii.

Kawałek dalej umieszczono przedszkole, a nieopodal niego znalazłyśmy skręt prowadzący na ulicę Rybińskiego. Zajrzałyśmy tam na moment, minęłyśmy przy tej okazji jakieś 30 domów. Zawróciłyśmy, gdy dotarłyśmy do podwórza, na którym ujrzałyśmy suszące się pranie na tle drewnianej szopy. Całkiem ciekawy kompozycyjnie widok.

Na ostatnim odcinku Demptowskiej minęłyśmy kolejne przedszkole z bardzo urozmaiconym placem zabaw. Dalej znajdował się sklep i serwis rowerowy, o którym słyszałam kiedyś od mojego brata kolarza. Teraz mogłam go umiejscowić na swojej wewnętrznej mapie. Akurat gdy go mijałyśmy, podjechał tam rowerzysta. Nieopodal minęłyśmy jeszcze przydomową kapliczkę – dzwonnicę, której monumentalny rozmiar wydał mi się raczej pomyłką, a nie szczytem wizjonerstwa, przerastała bowiem sąsiedni dom. Znalazłyśmy również warsztat samochodowy. Ostatnim akcentem był sklep spożywczy, który okazał się jednak nieczynny. Raczej na stałe, bo nie wędrowałyśmy o jakiejś niezwykłej godzinie ani w weekend. Skusiłyśmy się na wspólne zdjęcie w nadtłuczonym lusterku ulicznym, po czym żwawym krokiem podążyłyśmy ku stacji SKM Gdynia Chylonia. Kto by pomyślał, że po dwóch wycieczkach odhaczę już trzy dzielnice.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

2 thoughts on “Pustki Cisowskie i Demptowo – spotkanie, którego się nie spodziewałam

  1. sara says:

    hej, czy byłabyś w stanie powiedzieć mi gdzie dokładnie znajduje się sfotografowany przez ciebie warzywniak z grafiti – 'smakołyki u moniki’?:)

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Dzień dobry, dziękuję za komentarz 🙂 Spojrzałam na mapę i na ile pamiętam, było to w obrębie ciągu sklepów tuż przez wyjściem z Czeremchowej na Chabrową (czyli gdy szłyśmy ku Chabrowej, to po naszej lewej stronie, przeciwnie niż apteka). Natomiast wycieczka odbyła się w 2016 roku, więc nie gwarantuję, że malunek wciąż istnieje 😉 Pozdrawiam!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *