Tęskniłam za wyjściami w teren. Za maszerowaniem z mapą i aparatem. Za lekką adrenaliną wynikającą z faktu, że komuś moje kręcenie się w pobliżu może nie odpowiadać. A przede wszystkim za odkrywaniem jeszcze nieznanego.
Wystartowałam tam, gdzie (patrząc od strony Gdańska) Trójmiasto się kończy. Na celowniku znalazła się Gdynia Cisowa, a żeby poprzeczkę ustawić wystarczająco wysoko, uznałam, że wraz z koleżanką pokonamy dzielnicę za jednym zamachem. Nasz entuzjazm, wyrażany jedynie intensywnością paplania, nie zaś natężeniem wydobywających się z naszych ust dźwięków, wybitnie przeszkadzał panu w SKM-ce. Wyraził jednak swoje niezadowolenie dopiero, gdy dojeżdżałyśmy do stacji docelowej i nie poparł go żadnym argumentem, więc właściwie nie wiedziałyśmy, co w radosnej rozmowie mogło być nie tak.

W przeciwieństwie do kolejki, do pewnego momentu pełnej ludzi, sama Cisowa przywitała nas ciszą, gdzieniegdzie poprzetykaną dźwiękami ludzkich kroków czy przejeżdżających pojazdów. Wysiadłyśmy z pociągu i po zejściu ze schodów, skierowałyśmy się w prawo, a następnie szeroką ścieżką wzdłuż torów w lewo. Rozważałyśmy, czy nie znajdujemy się aby na ulicy Cisowskiej, ale w tamtej chwili nie byłyśmy w stanie tego zweryfikować. Minęłyśmy bramę prowadzącą do szeregu garaży. Tuż za nią znajdowała się płytka rzeczka. Pozwoliłyśmy sobie na lekką dawkę spontaniczności i skręciłyśmy w prawo. Kolejny odcinek, aż do Hutniczej, pokonałyśmy więc wzdłuż strumyka.

Ścieżka tworzyła lekki zawijas. Dzięki temu mogłyśmy przyjrzeć się korzeniom drzew wychylającym się z ziemi tuż przy brzegu rzeczki. Zainteresowały nas także brodzące w wodzie kaczki krzyżówki, spacerujące chwilę później parami drugą stroną strumienia. Jednak im bardziej zbliżałyśmy się do Hutniczej, tym mniej naturalne widoki miałyśmy wokół siebie. Za wspominanym wcześniej parkingiem leżały zwały gruzu, ale ten szary widok uzupełniało niezwykle błękitne niebo. Zachęciło nas do wzajemnego pozowania.
Natomiast przy samej Hutniczej pozwoliłyśmy się zaintrygować bardziej cywilizacji niż naturze. A dokładniej wszędobylskim… rurom ciepłowniczym. Skręcały wraz ze ścieżką, przepuszczając nas jednak w stronę chodnika. Gdy ruszyłyśmy na Hutniczej w lewo, biegły wraz z nami, niczym lokalni opowiadacze historii. Towarzyszyły im, jak łatwo się domyślić, zakłady przemysłowe. A te reprezentowały różne branże, jak chociażby budowlaną, spożywczą, a nawet obuwniczą. Zaintrygowało nas graffiti z miłosnym wyznaniem na budynku do złudzenia przypominającym mieszkalny. Po sąsiedzku znajdowało się Archiwum Państwowe w Gdańsku, a właściwie jego gdyński oddział, w którym, jak się doczytałyśmy, zajmowano się między innymi odkwaszaniem papieru. Sam termin okazał się na tyle intrygujący, że po powrocie poszukałam dalszych informacji. Niestety, tych było niewiele i pochodziły raczej ze stron firm zajmujących się tym zagadnieniem, aniżeli z jakiegoś encyklopedycznego źródła. Dowiedziałam się jednak, że papier można odkwaszać kartkę po kartce albo książki w całości, że procesowi poddaje się chociażby zbiory biblioteczne czy muzealne i czyni się to w celu przedłużenia ich żywotności.

Zawróciłyśmy kawałek za Archiwum, gdy chodnika zaczęło ubywać, a na horyzoncie wyłoniły się z jednej strony siedziba znanej firmy papierniczej, z drugiej zaś jeszcze bardziej popularnego przedstawiciela branży spożywczej. Cofając, postanowiłyśmy przejść na drugą stronę ulicy, by po chwili wstąpić na Handlową. Mogłabym długo wymieniać zakłady mijane po drodze, a także w obrębie samej Handlowej, jednak poza nielicznymi wyjątkami ich nazwy niewiele mi mówiły i nie spodziewam się, żeby taka wiedza była potrzebna ludziom spoza danej branży.
Warto może jednak wspomnieć o obecności mechaników samochodowych, o ciekawym banerze ze zwieńczeniem w kształcie koparki, o umieszczeniu na Handlowej laboratorium budowlanego czy o Elektromontażu, bo podobno zajmował się także edukacją przyszłych spawaczy. Równie mocno zaciekawiły mnie latarnie z wieńcem świateł u szczytu czy konstrukcje mogące według opisów udźwignąć nawet dwadzieścia ton. Tymczasem dwie spacerujące w tak nietypowym terenie dziewuszki zwróciły na siebie uwagę ochroniarza. Pan jednak ograniczył się do bacznej obserwacji. Przy Elektromontażu zawróciłyśmy ku głównej drodze i ponownie miałyśmy wrażenie, że komuś nasza obecność lekko wadzi. Z tyłu nadjechał biały samochód z pomarańczowymi światłami na dachu, co skojarzyło mi się z patrolami prywatnej firmy ochroniarskiej przejeżdżającymi czasem przez moje rodzinne miasto. Co więcej, auto zwolniło, zbliżając się do nas. Byłyśmy przekonane, że za moment ktoś uchyli okno i weźmie nas na spytki. Uspokoiłam koleżankę, że w razie czego będę mówiła i wytłumaczę, co właściwie robimy. Kierowca jednak powoli nas minął bez żadnej interakcji.


Chwilę później skręciłyśmy w lewo, by pokonać dalszy odcinek Hutniczej, mniej więcej do Północnej. Pomimo niedzieli, mijał nas już kolejny tego dnia autobus pewnej linii, a spacerowałyśmy przecież dopiero godzinę. Byłyśmy bardzo zaskoczone tym faktem, zwłaszcza po zestawieniu go z częstotliwością niedzielnych kursów jednej z gdańskich linii.
Tymczasem przeszłyśmy obok kolejnych zakładów przemysłowych, w tym należącego do znanej firmy tworzącej akcesoria łazienkowe, a także kilku skupów złomu czy makulatury. Niemałą ciekawostką okazał się widniejący na jednym z banerów reklamowych przy drodze termin tachografy. Żadna z nas nie znała go wcześniej. I znów dopiero po powrocie poszerzyłam swoją wiedzę. Doczytałam się informacji, iż urządzenie to pozwala na pomiar prędkości pojazdu czy przebytej drogi w funkcji czasu, ale także aktywności kierowcy, co ma szczególne znaczenie w kontekście określonej przepisami długości jazdy w przypadku prowadzenia pojazdów takich jak autobusy czy samochody ciężarowe.
Minęłyśmy Piaskową i przekroczyłyśmy tory kolejowe. Za kilkoma kolejnymi zakładami przemysłowymi i hurtownią fryzjerską znajdowała się stacja paliw, przy której postanowiłyśmy zawrócić. Skręciłyśmy w Piaskową, gdzie zaintrygowały nas tabliczki z nazwami ulic. Były zupełnie inne niż gdańskie. Miały jasne, niemal białe, tło i brązowe napisy. Obok zakładu związanego ze wspomnianymi już tachografami, zobaczyłyśmy także warsztat samochodowy, skupiony konkretniej na oponach.

Warto było także spojrzeć pod nogi. Koleżanka wypatrzyła kawałek metalu do złudzenia przypominający nutę, choć po prostu odłamał się na ten kształt od większego elementu, być może ogrodzenia. Tymczasem na widniejącym przed nami przejeździe kolejowym podniosły się szlabany. Dzieliło nas od nich może ze sto metrów. Zaśmiałam się, że ciekawe czy zdążymy przejść, nim ponownie się zamkną.
– Myślisz, że [pociągi] jeżdżą z taką częstotliwością? – zapytała koleżanka.
– W drugą stronę może zaraz jechać – zasugerowałam.
W tym momencie usłyszałyśmy dźwięk dzwoneczków. Na wysokości Cisowskiej – jak się okazało była nią ta szeroka droga, którą kroczyłyśmy na samym początku – zatrzymały nas szlabany. Zresztą, nie tylko nas, ale także szereg aut. Z tego stojącego najbliżej, wydobywały się dźwięki znanej mi doskonale bajkowej piosenki i zaczęłam lekko się bujać, podśpiewując cichutko. Niemniej jednak postój strasznie się nam dłużył.
Wreszcie jednak pociągi zniknęły za horyzontem, auta przekroczyły przejazd kolejowy i przyszedł czas na nas. Wkrótce skręciłyśmy w prawo, z Piaskowej na Żwirową. Teren wypełniały domki jednorodzinne, niejednokrotnie dość ciekawe wizualnie. Obrazu dopełniały dwa warsztaty samochodowe.
Żwirowa skręcała łukowato ku Chylońskiej. Gdy do niej doszłyśmy, skręciłyśmy w prawo. W ten sposób minęłyśmy budynek Szkoły Podstawowej Nr 31 i Gimnazjum Nr 12. Przed skrzyżowaniem dopatrzyłyśmy się jeszcze gabinetu stomatologa.

Kawałek dalej Chylońska rozwidlała się na ulicę tej samej nazwy i Janowską. Idąc na wprost, wybrałyśmy tę drugą. Po prawej zobaczyłyśmy najpierw zejście do peronu SKM Gdynia Cisowa, a następnie pętlę autobusową. Na murze tuż za nią widniały intrygujące graffiti. Zdecydowałyśmy się podejść bliżej. Nie obyło się bez sesji zdjęciowej i choć malunki były trochę nie na czasie, uwieczniłam Mikołaja i przybiłam sobie piątkę z naściennym reniferem.


Chwilę później ruszyłyśmy Janowską. Pierwszym mijanym obiektem był warsztat samochodowy. Kawałek za nim znajdowały się sklep meblowy i pralnia. Wkrótce zaczęłyśmy zaglądać w kolejne z bocznych uliczek: Rzepakową, Konopianą, Sienną, Grochową i Chmielną. Przy tej okazji wypatrzyłyśmy na Janowskiej gabinet internisty, dwa warsztaty samochodowe, kolejną pralnię i krawca. Z kolei na Chmielnej znajdowały się bar i sklep spożywczo – monopolowy.
Wreszcie Janowska łukowato skręciła ku Chylońskiej, a my wraz z nią. Nim jednak ruszyłyśmy w dalszą drogę, przysiadłyśmy na pobliskiej ławeczce i zjadłyśmy małe co nieco. Mijało nas sporo ludzi, być może kierowali się do kościoła, ale najbardziej w pamięć zapadła mi przemiła staruszka. Odezwała się do nas, życząc smacznego. Posłałyśmy sobie uśmiechy, uniwersalną i niewyczerpywalną walutę, w goniącym za standardowym pieniądzem świecie. Tamtego dnia jednak żadna z nas nie brała udziału w takim wyścigu. To było najpiękniejsze – brak pośpiechu i bezcenność doświadczeń.
Wróciłyśmy do wędrowania, tym razem ulicą Chylońską. Kierowałyśmy się w lewo. Mijałyśmy niewiele ciekawostek, ale zaintrygował nas baner Cisowianki. Wbrew pozorom nie była to reklama popularnej wody mineralnej, lecz restauracji tudzież dyskoteki. Szereg napisów urozmaicał obrazek tańczącej pary. Przyległy budynek nie wyglądał jednak na używany, bo rozebrano sporą część dachu. Towarzysząca mi koleżanka nie omieszkała tego skomentować:
– Tak tańczyli, że aż zburzyli.
Kawałek dalej znajdował się warsztat samochodowy, zajmujący się także stosowną elektroniką, a w pobliżu Jęczmiennej minęliśmy wyryty w betonie napis, który wyraźnie opatrzono datą 18 VII 1979 roku. Niestety nie znalazłam więcej informacji na ten temat. Chwilę później minęłyśmy także Słomianą. Zobaczyłyśmy drogowskaz prowadzący do Caritasu, a bliżej skrzyżowania z Owsianą także krawca, fryzjera i sklep spożywczy.

Chwilę później przyjrzałyśmy się bliżej drzewom. Pora roku była za wczesna, by okrywała je szata z liści, a jednak pośród koron odnalazłyśmy coś ciekawego. I bynajmniej nie znajdowały się tam ptasie gniazda. Zaintrygowała nas… jemioła. Choć jako biolog od razu rozpisałam sobie w głowie definicję jej półpasożytnictwa (czyli kolokwialnie mówiąc, a do tego personifikując ową roślinę – jemioła część składników swojemu żywicielowi podbiera, a trochę wytworzy sobie sama), nie mogłyśmy też zapomnieć o jej roli w kulturze i całuśnych tradycjach okołoświątecznych pochodzących z Zachodu. My ograniczyłyśmy się jednak do sesji zdjęciowej, pełnej wysyłanych w przestrzeń buziaków.

Obok wybranego przez nas drzewa znajdowały się optyk i warzywniak, a po przeciwnej stronie drogi Biedronka, apteka i sklep odzieżowy. Podążałyśmy dalej Owsianą, mijając przy tym sklep wielobranżowy, kwiaciarnię, baner reklamujący pobliski gabinet weterynaryjny. Dalej wypatrzyłyśmy jeszcze Żabkę, solarium i pizzerię.
Tym sposobem dotarłyśmy do skrzyżowania z Morską, gdzie obok dwóch sklepów, z częściami samochodowymi i z dekoracjami okiennymi, skręciłyśmy w prawo. Dalej znajdowała się reklama sklepu z elementami dekoracyjnymi typu wazoniki czy świeczki, ale ciężko było nam zweryfikować, czy sam lokal znajdował się z tym samym budynku. Za to niewątpliwie jeden z kolejnych zajmowały przeróżne sklepy – od rowerowego, przez budowlany, na dewocjonaliach chrzcielnych kończąc.
Za sporych gabarytów warsztatem samochodowym zobaczyłyśmy mały domek czy raczej barak. Wyglądał jak z dziecięcego rysunku. Dokładnie dwa okienka i drzwi, jedynie dach był zupełnie płaski i niebieski zamiast klasycznie czerwonego. Okna zasłonięto, drzwi zamknięto, a jedynym co miało w jakimś stopniu argumentować obecność tam tego budynku, był lakonicznie brzmiący napis Usługi.

Szłyśmy tak Morską jeszcze dłuższą chwilę. Wędrowałyśmy równolegle do ścieżki rowerowej. Po drodze wypatrzyłyśmy siedzibę firmy energetycznej z intrygującym elementem przypominającym deltoid, którego przeznaczenia nie byłyśmy jednak w stanie dociec. Po prawej mijałyśmy też rozległe, niewysokie zarośla, za którymi przebiegały tory kolejowe. Za stacją paliw, Carrefourem, myjnią samochodową i salonem samochodowym planowałyśmy przejść na drugą stronę, by zawracać przeciwną stroną drogi. Pasy znajdowały się dopiero na wysokości stacji paliw po przeciwnej stronie. Przejście nimi nie należało do najłatwiejszych zadań, ale w końcu kierowca czerwonego auta na gdańskich numerach ulitował się nad nami i zatrzymując się, okiełznał jednocześnie sznureczek innych aut. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy boczna droga po drugiej stronie Morskiej okazała się prowadzić gdzie indziej niż chciałyśmy, a chodnika akurat na tym odcinku zupełnie zabrakło! Musiałyśmy ponownie pokonać feralne przejście dla pieszych, tym razem udało się to dzięki uprzejmości kierowcy z mojego rodzinnego Lęborka.
Zawracając, jedynie z oddali notowałyśmy obiekty po prawej (z obecnej perspektywy) strony Morskiej. Znajdowała się tam chociażby fabryka mebli. Ulicę Fińską również przejrzałyśmy z oddali, natomiast Botnickiej już nie odpuściłam. Tym razem zastałyśmy przejście ze światłami i przekroczenie kilkupasmowej drogi poszło nam o wiele sprawniej. Z Botnickiej zajrzałyśmy w Sibeliusa, a zawracając spotkałyśmy ciekawskiego psiaka. Zrobiło się jeszcze bardziej sympatycznie.
Kolejną ulicą, jaką odwiedziłyśmy, była Kurpińskiego. Poza pizzerią i sklepem spożywczym nie było tam wiele obiektów, aczkolwiek mój wzrok przykuła skrzynka z torebkami na psie odchody, z dumnie brzmiącym napisem Pies w wielkim mieście.
Opuściłyśmy blokowisko i na dalszym odcinku Morskiej minęłyśmy warsztat samochodowy, sklep z filtrami do wody i dwa branży budowlanej. Wypatrzyłam też dziurę w chodniku na kształt studzienki, powstałą po wyjęciu okrągłej nakrywki. Uznałam ją za potencjalnie niebezpieczną, pomimo niewielkiego przekroju.
Skręciłyśmy w Owsianą, gdzie stacjonowała policja, a na samym skrzyżowaniu znajdował się także salon motoryzacyjny. Szybko jednak skręciłyśmy w Lnianą. Wypatrzyłyśmy baner firmy zajmującej się przeprowadzkami, jednak wkrótce skupiłyśmy się na pewnym obiekcie po lewej. Pomiędzy nieco „łysymi” o tej porze roku krzewami biegło kilka schodków. Skusiły one moją koleżankę, weszła więc nimi, a ja podążyłam za nią. Alternatywą była rozpoczynająca się kilka metrów dalej szersza dróżka. Dodatkową atrakcją okazały się leżące wokół szyszki. Chwilę później mogłyśmy już podziwiać nasz obiekt w pełnej okazałości. Przed nami znajdował się kościół Chrystusa Dobrego Pasterza z witrażem ilustrującym Jezusa właśnie w tej roli.

Do terenów kościelnych przylegał cmentarz, a biegnąca pomiędzy nimi ścieżka zdawała się zatapiać w leśnym krajobrazie. Nic dziwnego, że koleżanka wsiąkała w tę przestrzeń krok za krokiem, jakby podążała za promykami przebijającego się między koronami słońca.
– Musimy tu wrócić – usłyszałam z jej ust i ani myślałam protestować, teren miał bowiem rzeczywiście swój urok. Tymczasem jednak plany przewidywały co innego.
– Ty, mała, wracaj – zawołałam więc za koleżanką.
– Zaraz – odparła, a ja uznałam, że zdecydowanie chwila kontemplacji nie zawadzi.

Gdy się jednak zebrałyśmy, żwawym krokiem opuściłyśmy Lnianą, pełną ogródkowych dekoracji, a następnie przez Owsianą wróciłyśmy na Morską. Rzut oka ku przeciwnej stronie drogi pozwolił nam dostrzec aptekę i piekarnię, tymczasem po naszej stronie znajdowały się sklepy spożywczy, meblowy i częściami samochodowymi. Naszą uwagę zwróciło położone kawałek dalej boisko przylegające do Zespołu Szkół Ekologicznych.
Wkrótce minęłyśmy McDonalda, po przeciwnej stronie psiego fryzjera i dotarłyśmy do ulicy Zbożowej. W związku z tym skręciłyśmy w prawo. Przemieszczałyśmy się wzdłuż różnorakich graffiti Arki Gdynia. Podeszłyśmy pod górkę, dzięki czemu między blokami znalazłyśmy kwiaciarnię i fryzjera, a także sklep branży budowlanej.

Zawróciłyśmy do Morskiej i idąc dalej w prawo, minęłyśmy lombard. Dalej natknęłyśmy się na kolejne graffiti Arki, a po sąsiedzku mniej profesjonalne graffiti antyfana. Oba znajdowały się na ścianie niewielkiego pasażu, który rozpoczynał się sklepem branży motoryzacyjnej, oferującym lakiery samochodowe. Nad jego drzwiami widniały znaczki poszczególnych marek. Część z nich udało się nam rozszyfrować – myślę, że całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że jesteśmy dziewczynami, a auta nie należą do naszych głównych zainteresowań. W dalszej części pasażu umieszczono sklep spożywczy, bar, drukarnię i tapicera.
Dotarłyśmy do Kcyńskiej i skręciłyśmy w lewo. Minęłyśmy restaurację z przylegającym do niej od strony Morskiej salonem motoryzacyjnym, Żabkę, sklepy monopolowy i meblowy oraz fryzjera. Za nimi wyłoniła się ulica Mylna. Odnotowałyśmy tam warsztat samochodowy, po czym ruszyłyśmy dalej. Mijając sklep oferujący drzwi, a także liczne kolorowe graffiti, doszłyśmy do Tesco. Tam postanowiłyśmy zawrócić.

Weszłyśmy w część Kcyńskiej po drugiej stronie Morskiej. W pobliżu przepływał niewielki strumyk. Koleżanka przystanęła do zdjęcia, a ja prócz wykonania go dla niej, obserwowałam kaczki. Dalej wypatrzyłyśmy krawca. Ostatecznie jednak przeszłyśmy się Szubińską, gdzie prócz placu zabaw wypatrzyłyśmy auto o zagranicznej rejestracji. Nie udało się nam jednak dociec, z jakiego kraju pochodziła, choć typowałyśmy Skandynawię.


Wyszłyśmy ponownie na Kcyńskiej, nieopodal sklepu spożywczego i kościoła Przemienienia Pańskiego. Stamtąd ledwie kilka kroków dzieliło nas od Chylońskiej, gdzie w pasażu znalazłyśmy salon kosmetyczny, sklepy spożywczo-monopolowy i meblowy, kwiaciarnię, aptekę, siłownię oraz pralnię chemiczną.
Wkrótce zaczęłyśmy zaglądać w boczne uliczki odchodzące od Chylońskiej po jej przeciwnej stronie. Na pierwszy ogień poszła Murarska. Kolejna odnoga oferowała sklep z artykułami samochodowymi, a jeden z dalszych budynków zaopatrzono w skrzynkę pocztową – taką, do jakiej wrzucamy listy, a nie je odbieramy. Tymczasem naprzeciwko pojawiły się salon fryzjersko-kosmetyczny i sklep spożywczo-monopolowy. Przy następnej odnodze, na latarni zobaczyłyśmy wygiętą tabliczkę z nazwą przedszkola, a w jeszcze kolejnej wypatrzyłyśmy krawca. Tym sposobem dotarłyśmy do niepozornej Malarskiej.

Kolejne obiekty znajdowały się dopiero za nią. Po naszej stronie minęłyśmy sklep spożywczy i reklamę usług hydraulika. Tymczasem po przeciwnej zobaczyłyśmy pizzerię, sklepy mięsny i odzieżowy, piekarnię, a także dwóch fryzjerów. Za Piaskową umieszczono jeszcze szewca, solarium i zakład pogrzebowy. Pozostając w temacie, minęłyśmy nawet przydrożny krzyżyk i znicze, upamiętniające trzech braci. Ostatnim akcentem był pozostawiony na ulicy kawałek plastiku, układający się na kształt nieskończoności. Moim zdaniem to jeden z najciekawszych do interpretacji symboli, więc postanowiłam uwiecznić go na zdjęciu wraz z moimi butami. Przecież wracałyśmy z tej samej stacji, przy której zaczęłyśmy, zataczając w ten sposób „koło”. Ponadto, choć nadszedł kres tej wyprawy, stanowił dopiero początek nowego projektu, a zatem końca jeszcze nie było widać. Uznałam, że ten kadr idealnie dopełnił pierwszy z gdyńskich rozdziałów.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Mi ten spacer przypomina przede wszystkim dwa spacery, które na Facebooku ogłosił i zorganizował przewodnik PTTK Jerzy Kąkol. Na ich trasie były przedstawione przez Ciebie kościoły, szkoła, a nawet ruiny „Cisowianki”, w tym przypadku nawetelementy „urbexu” – byłem na piętrze. 🙂 A sam przewodnik był jedną z osób, której działalność skłoniła mnie do zapisania się na kurs przewodnika PTTK.
Natomiast we wstępie ukazujesz popularne dla mnie miejsce filmowania pociągów (z ul. Cisowskiej) oraz dojazdów z rowerem do przystanku Gdynia Cisowa. Mając bilet miesięczny trójmiejski właśnie pociągiem z rowerem jeździłem do Rumi. I właśnie po tych niebezpiecznych brzegach Cisowskiej Strugi (lub Cisówki – tu zabrakło mi nazwy 😉 ) dojeżdżałem do ul. Hutniczej. Po drodze przeszkodą dla rowerzysty są rury ciepłownicze – obrywałem czasem w głowę! 😀
To jest właśnie świetne, kiedy moi czytelnicy znają mniej lub bardziej daną przestrzeń i dzielą się swoimi skojarzeniami czy wspomnieniami. Szczególnie się cieszę, że wspominasz o tym, jaki czynnik (w tym przypadku ludzki) sprowokował Cię do pójścia na kurs przewodnicki – rozwiniesz ten wątek, co Cię jeszcze zachęciło, co sprawiło, że się zainteresowałeś tym kursem, jak o nim usłyszałeś?
Osobiście dzieliłam się już na blogu informacją na ten temat: https://palcempomapie-stopapoziemi.pl/index.php/2019/07/09/srodmiescie-z-nutka-sentymentu/
Głównym czynnikiem było rozpoznanie potrzeb zawodowych na terapii. Wtedy też nie wiedziałem zbyt wiele o zawodzie przewodnika i poszedłem z myślą „oprowadzania po dzielnicach, zatrudnienia w instytucjach kultury”. Trudno się dziwić – na kurs nie trafiłem jako „stary wyżeracz branży, którego zmęczyło pilotowanie”. 😀 Podobał mi się spacer z p. Grażyną po muralach na Zaspie-Młyńcu, ale to było już po zapisaniu się na kurs.
Miło tak poczytać o swojej dzielnicy 🙂 jednak początek samej cisowej jest jeszcze dalej, są tam same domki jednorodzinne, ostatnio powstał Hotel Business Faltom. idąc w stronę centrum po lewej pasaż różnych usług w tym sklep rowerowy funkcjonujący od lat, po prawej słynna gdynianom Bodega a nad nią piękny leśny punkt widokowy… Gdy zbliżamy się do pętli zkm i ronda Morska z Chylońską, (tam gdzie są pola) kiedyś były tu domki, wyburzone pod budowę Auchana, który docelowo powstał w Rumi. Znajdują się tam również ruiny dawnego zakładu obuwniczego, przez mieszkańców nazywany gumownią. W okolicach biedronki był kiedyś bar cis a na Janowskiej chodziło się na billard do grubasowej 😀 Kiedyś idąc z peronu tak jak i wy była fabryka obuwnicza, mieściła się ona przy bagnach, na które chodziło się po bazie 😀
Cieszę się, że są takie osoby jak wy, ciekawe świata, które poznają go na własnych warunkach 🙂
Miłych wypraw wam życzę 🙂
Bardzo dziękuję za tak serdeczny komentarz, bardzo miło mi się zrobiło na serduszku 🙂 Ta pasja, te wędrówki, dawały mi i wciąż dają dużo radości, a przede wszystkim poczucie, że się rozwijam 🙂 Z chęcią popołudniu prześledzę ten komentarz raz jeszcze z mapą i pełną dokumentacją zdjęciową ze swojej wycieczki, dziękuję! 🙂