Tatrzański Park Narodowy – ostatnie szlaki i czas powrotów

Wstałyśmy klasycznie o 6. Ubrałam krótkie spodenki, bo stwierdziłam, że później zrobi się ciepło, a dzień wcześniej i tak się nie przebierałam na trasie. Po wyjściu z pensjonatu przeżyłam jednak lekki szok. Szłyśmy z W ciut przodem, nie zatrzymując się, ale popatrując, ile kroków za nami była L.

M: Ja muszę iść, bo mi zimno. Ale zaraz będzie ten fragment ze słońcem. Słońce, chodź tu, no chodź. Ooo, słońce! Lubimy się 🙂

Wsiadłyśmy w bus do Kuźnic. Tu już zaczęło się robić przyjemniej 🙂 Póki jednak nie zaczęłyśmy rozgrzewać się na szlaku, czułam lekki chłodek na zewnątrz. Kamienista droga biegła cały czas pod górę.

M: Zrobisz mi tu zdjęcie?
W: Jak ja dawno tego nie słyszałam.
M: Z tą drogą.
L: Ona cały czas tak wygląda?
M: Na razie tak.

Obejrzałyśmy z L mapę.

L: To potem będzie w dół?
M: Nie wiem, skąd mam wiedzieć?
L: Na mapie tak to wygląda.
M: Tak, na białej mapie. Z kolorowymi szlaczkami 🙂

Mijała nas para – pani miała plecak Onico Półmaraton Gdynia.

M: Pani ma taki plecak jak mój brat.
Pani: To musiał przebiec półmaraton.
M: Tak. I maraton też.

Minęłyśmy zakręt, zrobiłam parę zdjęć widoczku, a potem droga biegła niczym w parku miejskim. Nagle zrobiło się też luźniej na szlaku na dłuższą chwilę, co sprzyjało bardziej prywatnym rozmowom.

M: Podoba mi się w tym szlaku to, że prawie nie ma tu ludzi.
L: I można sobie porozmawiać.
M: Człowiek dużo się o sobie uczy w górach. Co jest dla niego wymagające, ile jest w stanie zrobić… Pokonuje sam siebie.
W: Zwłaszcza jak mówi od czterech dni, że „nigdzie więcej z Wami nie idę”.
M: A potem idzie na każdy szlak.
(…)
L: Tu się ledwie wznosi (…) zmienił mi się punkt odniesienia.
W: Wlokę się jak żółw.
M: Żółwie są bardzo fajne 🙂 ale chyba tylko to szybkie chodzenie po górach do mnie nie pasuje z żółwia.

M: I jaki widoczek!
W: To Giewont od drugiej strony?
M: Chyba masz rację.
W: No bo krzyż.
M: Ja zobaczyłam po tym, że leży ze złożonymi rękami.

Bardzo szybko zmieniała się nam perspektywa i kawałek dalej miałyśmy wrażenie, że Śpiący Rycerz jest już ułożony inaczej.

Wreszcie dotarłyśmy do miejsca, gdzie zbiegały się szlaki żółty (dla nas powrotny, przez Dolinę Jaworzynki) i niebieski (nasz, przez Boczań). L cieszyła się, że do Czarnego Stawu Gąsienicowego została jeszcze godzina. Obowiązkowo zrobiłyśmy sobie zdjęcie w tym miejscu czyli na Przełęczy między Kopami (1499 m n.p.m.)

M: Jeszcze 1000 m i Rysy 😉

Kontynuowaliśmy przemarsz niebieskim szlakiem.

L: Marta…
M: Tak?
L: Ja wiem, że możesz nie wiedzieć…
M: No?
L: Ale może wiesz, czym jest ta Dolina Gąsienicowa tak geologicznie?
M: Nie mam pojęcia, nawet nie wiem, z czego mogę wybierać (…) Potem idziemy doliną, to pewnie będzie niżej i zwykle wzdłuż płynie woda, a wcześniej jest hala, to pewnie będzie wypłaszczenie.

Spekulowałyśmy, skąd nazwa Gąsienicowa. Od długości? A może powszechnego tu nazwiska?

Poprosiłam W o zdjęcie, jak idę po kamieniach. W ten sposób powstało zdjęcie pt. „Marta kroczy alternatywnymi ścieżkami” 😀

W: Już wiadomo co będzie na stronce, skoro jest nawet tytuł.

Akurat postanowiłam tego zdjęcia nie wrzucać do bieżącej relacji na Facebooku (album znajdziecie tutaj), ale byłam pewna, że kiedyś ten kadr wykorzystam.

L: Czy jak teraz jest w dół, to potem znów będzie w górę?
M: To było pytanie z serii tych „wiem, że tam nie byłaś, ale Cię zapytam” 😉
L: Dziś jeszcze takich pytań nie było.

Dotarłyśmy tymczasem na Halę Gąsienicową (1512 m n.p.m.). Przy schronisku Murowaniec stały chatki pomiędzy zielenią poprzetykaną barwnymi akcentami kwiatów, ależ to był uroczy widok! Chwila przerwy przypadła dziewczynom, gdy zbiegłam (L: „idź, sarenko”) do Murowańca po pieczątki PTTK. Niby miało to zająć 5 minut w jedną stronę, ja byłam tam po dwóch. Sumarycznie dziewczyny spodziewały się, że wrócę po 10 minutach, ja zahaczyłam jednak jeszcze o łazienkę i wyrobiłam się w 12 minut, nawet pomimo szukania, gdzie w ogóle znajduje się pieczątka.

Gdy szłyśmy Doliną Gąsienicową czyli ostatnim odcinkiem przez zawróceniem przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, W stwierdziła, że niżej szła jak żółw, a teraz złapała rytm i to chyba znaczy, że jest niskociśnieniowcem.

Wreszcie znalazłyśmy się u celu i pozwoliłyśmy tu sobie na dłuższy odpoczynek. Dotarłyśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego i nie mogłyśmy odpuścić sesji zdjęciowej, ale oczywiście trzeba było coś wykombinować, by nie mieć (lub mieć jak najmniej) ludzi w kadrze. Zwłaszcza, że miałam wizję idealnego ujęcia. Wymagało to jednak wdrapania się na spory kamień nieomal pozbawiony wnęk. Chciałam W asekurować, bym mogła i jej zrobić zdjęcia, a potem ona się śmiała, że ja wchodzę i schodzę, jakbym nie miała kości. To była dla mnie dodatkowa frajda oprócz pozowania, a przyznać trzeba, że odbyła się tu cała sesja zdjęciowa.

M: Jeszcze uchwyć nogi, jeszcze na stojąco, a masz, jak się patrzę tam?
W (do ludzi, którzy nas podpatrzyli i ustawili się w kolejce na głaz): Ona tak ma.

Niełatwo mnie zadowolić, ale pośród wielu ujęć znalazłam parę naprawdę dobrych, a do tego właśnie ten wyobrażony kadr – moje ulubione zdjęcie z tego dnia (widzicie je jako zdjęcie w tle mojego bloga).

Po sesji zdjęciowej przysiadłyśmy, aby coś zjeść. Potem przyszedł czas na zawrócenie do Przełęczy między Kopami.

L: Jak chcesz, to mnie wyprzedź.
M: Nie chcę. Jak poczuję, że mi nogi szybciej chodzą, to Cię wyprzedzę.

I tak L mnie puściła.

L: Nie lubię Cię mieć za plecami.

Poszłyśmy zatem z W przodem. Tuż przed Murowańcem siedział chłopak grający na ukulele 🙂 Dalej musiałam wyprzedzić panią z kijkami i nagle dostałam takiego niepowstrzymanego turbo, że nawet W została z tyłu na kilkadziesiąt metrów. Wreszcie było wypłaszczenie, gdzie udało mi się zwolnić i zatrzymać. Przez moment zaciekawiło mnie, ile czasu każda z nas osobno pokonywałaby tę trasę.

Przed nami pojawiło się wspomniane wcześniej rozwidlenie szlaków niebieskiego i żółtego. Przewodnik opowiadał grupie, że standardowo się idzie trasą Kuźnice-Kasprowy 3h,
a jak ktoś ma super kondycję, to powinien dać radę w godzinę plus jego wiek (tyle minut).

W Dolinie Jaworzynka stwierdziłyśmy z W, że nawet nie chce się nam robić tyle zdjęć co wczoraj.

Na naszej trasie pojawił się też akcent biologiczny – zięba (a gdzieś wcześniej, jeszcze gdy szłyśmy przez Boczań – gryzoń, choć nie byłyśmy zgodne jaki, mi się wydawało, że to nornica, ale tylko łepek widziałam). Chwilę spędziłam fotografując ją, po czym ruszyłam dalej, cytując tak dobrze znany mi z pracy wierszyk:

Usiadła zięba na dębie
Na pewno dziś się przeziębię
Dostanę chrypki być może
Głos jeszcze stracę broń Boże
A koncert mam zamówiony
W najbliższą środę u wrony
(…)

Kawałek szłam wraz z L, ale oczywiście z automatu zaczęłam przyspieszać i nawet raz się zachwiałam.

L: Żyjesz?
M: Żyję, niefortunnie postawiłam nogę, ale udało mi się z niej odbić.
L: No jasne, że Ci się udało odbić. Komu jak nie kozie.

Aż pan z naprzeciwka się uśmiechnął 🙂

Szłyśmy piękną doliną, ścieżka była niemal płaska, wokół głównie zieleń, cudnie! Przy potoku unosił się cudowny zapach kory. Kręciłam filmik, jak potok spływa i woda szumi. Stwierdzam, że uwielbiam wodę <3

Okazało się, że w jakieś 5,5h przebyłyśmy 16,7 km i spaliłyśmy przy tym 1344 kcal. Szybko udało się nam złapać busa i podjechałyśmy w stronę Krupówek. Odhaczyłyśmy pocztę, po czym udałyśmy się na Gubałówkę. Kolejką podjeżdża się bardzo szybko, kręciłam ten przejazd, ale szału nie ma, tak akurat na spróbowanie raz, jak to jest. Za to u góry były fajne widoczki i skusiłyśmy się na lody 🙂 Zjechałyśmy na dół i przeszłyśmy się po kramikach. Uznałam, że to trochę jak całoroczny jarmark, moc atrakcji i mrowie ludzi. Tak trochę jednak nie moje klimaty, ale kupiłam tam oscypki jak zamierzałam, bo mieli tanio i duży wybór. Zauważyłyśmy jak mocno złapało nas słońce, a do tego wydało mi się, że po tych kilku dniach mam nieco większą łydkę, ale nie wiem, czy to możliwe tak szybko.

Po powrocie do pensjonatu przyszedł czas na obiad i myśl o powrocie. Przede wszystkim wypadało się spakować. W ramach kolacji wypiłyśmy kakao, po czym wróciłyśmy do siebie. Na schodach L rzuciła hasło „mój ostatni szczyt”, co nas nieźle rozbawiło. Dopakowałyśmy się i niedługo później przysnęłyśmy.

Pociąg powrotny miałyśmy o 7:40 z Zakopanego i czekała nas całodzienna podróż. Trochę czytałam, trochę pouzupełniałam zapiski czy posłuchałam muzyki.

Przyszedł czas na podsumowanie wyprawy. Nagrałam ponad 200 krótkich urywków i zrobiłam około 2750 zdjęć, a jeszcze kilkaset dostałam od W. Spaliłyśmy pewnie sumarycznie coś koło 10 000 kcal (licząc ze spacerami po mieście), chociaż tutaj tylko szacuję, i przebyłyśmy przez ten tydzień razem koło 100-150 km, z czego rekord dzienny wynosił 27 km na trasie do Morskiego Oka (tam padł mój nowy życiowy rekord wysokości 1896 m n.p.m.).

L wypatrzyła w internecie promocję kaw i lodów z Oreo.
W: Dość już słodkiego zjadłyśmy.
L: Ja bym już nawet w góry poszła.

Popatrzyłyśmy po sobie z W z rozbawieniem. Po chwili przejeżdżałyśmy przez Kraków. Podziwiałam wąskie kamieniczki i odwróciłam się do okna, by je sfotografować. Nagle poczułam na ramieniu palce L.

M: Czemu mnie smyrasz?
L: Ja chcę Oreo.
M: No to za rok do Ojcowskiego.
W: Już się jej odechciało.
M: Mam ochotę na czekoladę.
L: A masz?
M: Nie mam właśnie. Chyba, że by liczyć tę na wafelkach. O, mam żelki!

Poszukiwania na dnie torby zakończyły się sukcesem, wydobyłam je po chwili skupienia na dotyk, z dumą zdobywcy, aż Pan Współpasażer się uśmiechnął i poczęstowałam wszystkich.

Później przeżywałyśmy wszystkie nasze osiągnięcia i rekordy.

L: Pewnie nie wiesz, ale może wiesz, czym jest wybitność szczytu?

Kliknęłam link i przeczytałyśmy, że chodzi o to, jak szczyt wybija się ze swojego otoczenia.

L: Myślałam, że sama wiesz, a nie przeczytasz.

M: Ja tylko wiem, co to znaczy, że człowiek jest wybitny. W sumie to też oznacza, że się wybija ze swojego otoczenia.

Po tym jak pociąg ruszył po postoju w Tczewie:

W: Jedziemy 🙂
L: Nic innego nie robimy od 7:40.
M: Jak to nie? Czasem staliśmy ^^

Na koniec podróży śmieszkowałyśmy i musiałyśmy się nieco uspokoić, żeby dziecka po sąsiedzku nie obudzić. W śmiała się, że rozpuściłyśmy się na koniec 😉 Wysiadałam prędzej niż dziewczyny. Z lekką nostalgią spojrzałam na tabliczkę nad moim fotelem.

M: Pięknie wygląda ta tabliczka [Zakopane – Gdańsk Oliwa].

L: Ta jest piękna [dziewczyn, cała trasa Zakopane – Gdynia Główna]. Nie sądzę, by ktoś jeszcze przebył całą trasę. Chyba, że kierowca.

Pożegnałam się z dziewczynami i poszłam na autobus. Z jednej strony chce się jednak powiedzieć „nareszcie w domu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *