
Ostatnio dowiedzieliście się co nieco o Osowej z perspektywy dwóch pierwszych spacerów, pozostały zatem jeszcze dwa. Pierwszy odbyłam w towarzystwie kolegi. Drugi, choć w pojedynkę, był nie mniej ciekawy, a wręcz pewne spotkanie wywołało we mnie prawdziwą euforię, o czym za moment.


Rozpoczęliśmy w pobliżu budowanej jeszcze wówczas stacji PKM, nie znaczy to jednak, że nie było tam dworca. Miałam okazję odwiedzić go już wcześniej, jeszcze podczas studiów licencjackich. A co tam robiliśmy? Odbywaliśmy terenówki z roślin i z bezkręgowców. Między innymi nad jeziorem ze zdjęcia poniżej.

I znów było kilka motywów przewodnich, które zwracały moją uwagę podczas kolejnych wypraw w tej dzielnicy. Jeden z nich stanowiła oczywiście różnorodność zabudowy. Dodatkowo nie wszędzie już wylano asfalt i dużo dróg wciąż było piaskowych. Oko cieszyły także gęsto rosnące drzewa i zaaranżowane tereny zielone. Nie zapomniano również o aktywizacji młodzieży, np. poprzez budowę boisk.




Skoro o zabudowie mowa, warto na pewno wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach. Osowa w okresie moich wędrówek dość mocno się rozwijała i rozbudowywała. Często mijałam place budowy, prace drogowe czy stawiane nowe budynki. Nierzadko też „uciekałam” przed związanymi z tym tumanami kurzu.

W takich nowszych osiedlach nierzadko powstają też nowe kościoły, czasem o bardziej nowoczesnych bryłach.


Innym bardzo dla mnie ciekawym aspektem odwiedzin tej dzielnicy były nazwy ulic. Pierwsza wycieczka mogła tego jeszcze nie sugerować, natomiast kolejne już nie pozostawiały wątpliwości. Roiło się tu od nawiązań do mitologii, a także astronomii, które to dwie dziedziny mają nieco ze sobą wspólnego, chociażby jeśli pomyślimy o gwiazdozbiorach, np. o Cefeuszu.





Dopiero teraz po latach nabrała dla mnie znaczenia nazwa placu poświęcona Darowi Pomorza i dopiero teraz byłam na tyle dociekliwa, by sprawdzić, kim był patron pobliskiej ulicy – kapitan Konstanty Maciejewicz. A to on pierwszy został komendantem Daru Pomorza! I pomyśleć, że poniższe zdjęcie zrobiłam głównie dla artystycznego widzimisię 😉


A skoro już o tabliczkach mowa, natknęłam się też na dwie ciekawe koncepcje dla właścicieli czworonogów.


Do spotkania z prawdziwymi zwierzakami również doszło. Podobnie jak podczas spaceru po Łostowicach, spacerując z kolegą, znów głaskałam cudze psy 😉 Za to wędrując w pojedynkę na ostatnim spacerze, ucięłam sobie ciekawą pogawędkę z pewnym panem, spacerującym z psiakiem o jakże intrygującym imieniu – Brutus. Okazało się, że mężczyzna miał kiedyś dwa psy, Cezara i Brutusa. Gdy tamtych zabrakło, po pewnym czasie zdecydował się na trzeciego i nazwał go po jednym z poprzedników.

Pora opowiedzieć Wam o najbardziej niezwykłym spotkaniu całego projektu, którym (z myślą o smaczkach w książce) prawie nikomu się dotąd nie pochwaliłam (co było niezmiernie trudne!!!), a które zmieniło perspektywę mojego brata. W pewnym momencie natknęłam się bowiem na autokar jego ulubionej drużyny kolarskiej (wówczas pod nazwą CCC Sprandi Polkowice). Próbowałam zrobić sobie nawet selfie z pojazdem, ale wychodziło mi [łagodnie mówiąc] średnio 😉 Natomiast po chwili dostrzegłam mężczyznę w drużynowych barwach, odstawiłam nieśmiałość (tak dla mnie nienaturalną) na bok i zapytałam go, czy jest kolarzem, a także dodałam, że mój brat jest ich fanem. Pan jak sam stwierdził, był za stary na kolarza, ale należał do sztabu. Pokazał mi autokar wewnątrz, dał gadżety, złożył autografy dla mnie i mojego brata, a ja z niesamowitą euforią stwierdziłam, że tak naprawdę to on powinien tu być. Ucięłam sobie pogawędkę z panem Henrykiem i tak jak ja byłam pod wrażeniem naszego spotkania, tak on podziwiał ideę, jaka mi przyświecała podczas realizacji Projektu Gdańskiego. Sfotografował mnie również na tle ich autokaru. Gdy powędrowałam dalej, wciąż nakręcona tym spotkaniem, zadzwoniłam niemal od razu do mojego brata. Przyznał, że lekko zazdrości i po raz pierwszy (po niemal roku od rozpoczęcia!) uznał, że mój projekt to nie jest tak zupełnie pozbawiony sensu 😉


My powoli zbliżamy się do końca opowieści o zwiedzaniu Gdańska ulicę po ulicy… Zostały nam do odwiedzenia jeszcze trzy dzielnice. Pamiętam, że im bardziej byłam zaangażowana w projekt i im mniej plamek zostawało do pokolorowania na mojej mapie, tym większy entuzjazm mnie wypełniał i tym więcej miałam energii, by wędrować kolejnymi ulicami…. Nie pozostaje mi zatem nic innego, by zaprosić Was już w przyszłym tygodniu na następną wędrówkę 😉
