W kolejnym letnim sezonie (2025) uznałam, że fajnie byłoby poznać następne lokalne szlaki. Gdańskie miałam już „odhaczone” (patrz: Gdańskie szlaki), zatem zabrałam się za Sopot. Ot tak, po sąsiedzku. W przeciwieństwie do tamtych spacerów, gdy wędrówki w pojedynkę pozwalały ułożyć sobie różne trudności w głowie, tym razem postanowiłam jednak pokonywać je w towarzystwie. Jedna z moich koleżanek z pracy, podobnie jak ja, była zapalonym piechurem. Ale że wspólny wolny termin przypadał w weekend, zaangażowałam także mojego Michała.

I tak we trójkę wystartowaliśmy na stacji SKM Sopot Wyścigi. Okazało się, że mój mąż nie miał okazji jeszcze tam wysiadać, więc zwróciłam jego uwagę na podkowy w posadzce, odnoszące się do pobliskiego hipodromu. My jednak wyszliśmy z peronu i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, ku Alei Niepodległości. To tam, przy pętli dla trolejbusów, startowały/kończyły aż trzy z sześciu sopockich szlaków, biorących swe nazwy od zwierząt. Przyjechaliśmy z założeniem, że jeśli pogoda będzie mocno niepewna, przejdziemy krótszy Szlak Saren, ale jeśli względnie dopisze, pokusimy się o najdłuższy Szlak Zajęcy. Natomiast podczas wyznaczania trasy w aplikacji, Michał zauważył, że możemy się tam spodziewać terenów podmokłych, zwłaszcza po tygodniu opadów. Dlatego finalnie kompromisem okazał się prawie najdłuższy Szlak Lisów.

Podążaliśmy zatem za brązowymi znakami. Wszystkie zwierzęce szlaki miały oznaczenia na żółtym tle, w przeciwieństwie do szlaków takich jak Skarszewski czy Wzgórz Szymbarskich, które też mijaliśmy (lub fragmentami szliśmy), ale ich oznaczenia umieszczono na białym tle. Moi towarzysze śmiali się, że będę fotografowała każdy znak, nawet ten na śmietniku, ale po prostu dokumentowałam trasę, a zakręty i strzałki były szczególnie istotne. Zwrócili jednak uwagę, że w momencie obrócenia, przewrócenia lub wymontowania tego kosza na śmieci, potencjalni piechurzy mogliby mieć problem.

Za zakrętem wchodziliśmy w osiedle i tu też symbole wydawały się dość jednoznaczne, chociaż po kilku przecznicach takiego znaku do skrętu zabrakło i po prostu Michał zasugerował się nawigacją, a ja tym, by oddalać się, a nie przybliżać się do Alei Niepodległości. I rzeczywiście, po dłuższym odcinku znaki znów się pojawiły.
Wkrótce wchodziliśmy już w las, doceniając ciszę tak niedaleko od centrum miasta. Wydawało się, że furtka z przestrogą przed dzikami prowadziła do ogródków działkowych, tymczasem kawałek dalej ogrodzono teren ochrony bezpośredniej ujęcia wody podziemnej. Wśród zieleni, ale wciąż szliśmy na pograniczu z cywilizacją. Trafiliśmy nawet na mapę tras do bardziej ekstremalnych zjazdów rowerowych. Kawałek dalej poprosiłam koleżankę o zrobienie zdjęcia, jak spacerujemy z Michałem za rękę przez las.


Niemniej jednak, coraz bardziej skupialiśmy się na naturze. A to dreptaliśmy w ślad za podlatującą ziębą, a to obserwowaliśmy strumyki i wodę kapiącą niemal jak wodospad. Ta fascynacja udzielała się nam wszystkim.

Wkrótce doszliśmy do polanki z Dębem Esperantystów. Nagle przypomniała mi się wyprawa rowerowa, podczas której odwiedziłam już to miejsce. Napisy na głazie zapisano w języku esperanto, a dąb był już drugim posadzonym na polance, gdyż pierwszy nie przetrwał tzw. „nocy kryształowej”. Michał żartobliwie spytał, czy próbuję sfotografować cały, widząc moje usilne próby, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Chciałam za to zmieścić w kadrze naraz tablicę informacyjną i drzewo od czubka w dół na tyle, na ile by się zmieściło.




Zaczynając dalszą wędrówkę, wypatrzyliśmy samotnego grzyba, którego zaklasyfikowaliśmy z pomocą aplikacji koleżanki jako pieniążkówkę gładkotrzonową. Przeszliśmy wzdłuż posesji z betonowym ogrodzeniem. Napis sugerował, że terenu pilnuje owczarek środkowoazjatycki i rzeczywiście było słychać jakiegoś psa. Wąska ścieżka kawałek dalej obrośnięta była m.in. malinami, ale nasza łowczyni gatunków mogła w tym miejscu nacieszyć oko dużą różnorodnością roślin. Sama rzuciłam ze dwie łacińskie nazwy, dumna z siebie, bo jak na biologa, to botanikiem nie jestem wybitnym.


Minęliśmy niewielki mostek nad strumykiem. Tuż za nim znaleźliśmy się w miejscu, gdzie biegły aż trzy szlaki – w Dolinie Świemirowskiej. Znalazł się tu nawet większy drogowskaz. Już po chwili jednak ścieżki się rozchodziły i Szlak Skarszewski biegł razem ze Szlakiem Lisów, a Szlak Saren odbijał w drugą stronę.



Doszliśmy do wniosku, patrząc też po przykładzie parków narodowych, że na szlaku rzadko widać zwierzęta.
– Ale one nas obserwują – zauważył Michał.
– Pewnie tak, np. wiewiórka jakaś – przyznałam mu rację.
– Lisy.
– Może dlatego to jest Szlak Lisów – zadumałam się.
Tymczasem mój mąż pokazał mi kawałek dalej otwory w skarpie, sugerując, że niewykluczone, że prowadzą do lisich nor. Dla kontrastu jednak chwilę później znaleźliśmy się na terenie rezerwatu przyrody Zajęcze Wzgórze. Miało mieć ono wysokość 94,1 m n.p.m. i znajdowało się po naszej prawej stronie, więc podeszliśmy ścieżką, ale u góry nie było żadnej tabliczki, a jedynie resztki po ognisku, więc lekko zawiedzeni wróciliśmy na właściwy szlak. Przy tabliczce z nazwą rezerwatu znajdowały się schody wiodące daleko, daleko w dół, ale nie było to zgodne z kierunkiem, który mieliśmy obrać.


Droga dalej wiodła lasem i tylko ścieżki były raz węższe, raz szersze. Michał komentował, jakie robimy serpentyny, ale tak właśnie miał ów szlak wyglądać. Za to zaintrygowało mnie, bo na jednej z mijanych drewnianych ławek wypatrzyłam… łyżkę! Zaczynała już lekko rdzewieć, ale to nie miało znaczenia. W głowie rodziło się jedynie pytanie, kto i po co ją tu zostawił. Gdzieniegdzie śladem bytności człowieka były też stojące szałasy z patyków.


Po półtoragodzinnym marszu, widząc szeroką kłodę na ścieżce i stojący obok złamany pień, rzuciłam nagle:
– O, pierwsza przeszkoda!
– Może od pioruna [drzewo] upadło. Takie zwęglone. Jak cygaro.
– Może Stolem palił cygaro. Tak kaszubsko.

Tak czy inaczej, ten punkt zatrzymał nas na dłużej. Podobnie jak Mała Gwiazda, przy której zrobiliśmy sobie pierwszy dłuższy przystanek. Koleżanka wyciągnęła prowiant, my uprzednio zrobiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia z moim Michałem, bo lokalny oddział PTTK umieścił tu głaz ku pamięci wędrowców. Obok niego znajdował się drogowskaz, bo tu krzyżowały się Szlaki Skarszewski i Wzgórz Szymbarskich. Do całości dołożono gałęzie, jakby tworząc kolejny szałas. Całość wyglądała jak dla mnie bardzo ciekawie.


W związku z przebiegiem kilku szlaków w tym miejscu, przestaliśmy być w lesie sami.
– Słyszę ludzi – zauważyłam.
– Słyszy Pani głosy? – zażartowała koleżanka. – Człowiek chce uciec od ludzi, a tu ludzie!
– Dlatego idziesz do lasu z ludźmi? – droczyłam się.
W sumie od tamtej pory trafialiśmy częściej na innych spacerowiczów. Może dlatego, że byliśmy bliżej miasta. Wkrótce znaleźliśmy się na Łysej Górze. Poznawałam to miejsce, ale dla moich kompanów było czymś nowym. Znajdował się tu stok narciarski z wyciągiem. Pamiętałam, że na samym czubku były ławeczki i śmietniki. Rozciągały się tu też fajne widoki, a gdański port był widoczny jak na dłoni. Gdy podeszliśmy do tabliczki, wysokość (potem sprawdziłam, że 110 m n.p.m.) zasłonięto naklejką „lewactwo trzeba tępić”. W tym miejscu odbijały także schodki w dół, opatrzone tabliczką „Leśny szlak kuracyjny”. My jednak schodziliśmy wzdłuż stoku, tak jak prowadziły nas brązowe znaki. Liczyliśmy na przystanek i łazienkę w lokalnej restauracji, ale była zamknięta. Podejrzewaliśmy, że może działać w sezonie działania stoku narciarskiego.


Ruszyliśmy zatem dalej, długimi schodami w górę, a za nimi odbiliśmy w prawo. W ten sposób trafiliśmy na cmentarz radziecki, a ja miałam kolejne flashbacki z przeszłości. Ostatni raz w tym miejscu byłam 10 lat wcześniej, w ramach swoich spacerów po Sopocie ulicę po ulicy. Tym razem wizyty tutaj nie przeżywałam tak mocno jak za „nowości”, ale zauważyłam, że mocniej zarósł. Naszą uwagę zwróciła funkia Siebolda, roślina o rozłożystych, dużych liściach i liliowych kwiatach. Po chwili schowaliśmy się jednak bardziej w las, bo zaczęło padać.




Na ścieżce zagadała nas pani, która zmierzała do Opery Leśnej w Sopocie i zapytała nas o drogę. Michał zasugerował kierunek oraz punkty orientacyjne i do pewnego etapu było to spójne z naszą trasą, ale pani nie chciała nas zatrzymywać i wolała podążać swoim tempem. Spotkaliśmy się jednak jeszcze dwa razy na dalszych odcinkach, bo robiliśmy sobie przystanki. Tymczasem my, spacerując, trafiliśmy np. na maleńką ropuchę szarą, a prócz Łysej Góry znalazło się także Morskie Oczko czyli niewielki stawek, którego nazwa sprowokowała koleżankę do debaty, jak to zwiedzimy Polskę w kilka godzin (czekała nas jeszcze Aleja Gwiazd, niczym w Międzyzdrojach).
– Można jechać na drugi koniec Polski, a można mieć szlaki tu – podkreślał Michał.
– Nie pokażę palcem, kto Was tu przyciągnął, więc wykorzystam dwa – zażartowałam, pokazując na siebie dwoma palcami wskazującymi.

Góralski charakter miała też knajpka, koło której wyszliśmy z lasu. Podjedliśmy, wciągając w kilka minut zupę krem z pomidorów i wykorzystaliśmy okazję, by skorzystać z łazienki. Ludzie fotografowali się z drewnianą chatką, z drogowskazem na Zakopane i czytali tabliczki zapisane niczym po góralsku. Ciekawostkę dla mnie stanowiła poza tym wystrugana na drzewie wiewiórka.


Po przerwie przeszliśmy na drugą stronę ulicy i znaleźliśmy się na wspomnianej Alei Gwiazd. Nie dotarliśmy aż do Wodeckiego (który ponoć też na niej był), bo nie szliśmy do Opery Leśnej, a dzielił nas od niej prawie kilometr, ale zobaczyliśmy kilka podobizn, np. Kory, Osieckiej czy Młynarskiego, nim skręciliśmy tak, jak skręcał szlak. Po pokonaniu kilkuset schodów znaleźliśmy się na Wzgórzu Strzeleckim. Miejsce było zadbane, okolone barierką i wyposażone w kilka ławek. Widoki też okazały się całkiem fajne, aczkolwiek znów przepędził nas deszcz. Tym razem udało się zobaczyć sam Sopot, w tym molo z pobliską latarnią morską.




Po krótkim fragmencie przez las znów szliśmy uliczkami Sopotu. Rejony zaczęły wyglądać znajomo, chociaż nie byłam tu od lat i byłam tu chyba tylko raz. Mimo to, wspomnienia z tamtych spacerów losowo pojawiały się w mojej głowie jedno po drugim. Do lasu wróciliśmy przy garażach, koło których rosły różowe i czerwone malwy. Dróżkę w tym miejscu nawet wykonano z kostki i szło się tu zaskakująco szybko i wygodnie. W ten sposób wyszliśmy na wysokości sporego placu zabaw, w ramach którego większość sprzętów wykonano z drewna, co komponowało się z otoczeniem.

Spacerując kolejnym leśnym odcinkiem, zauważyłam nietypowe miejsce na odpoczynek:
– Ta ławka ma dwie nogi!
– A ty ile masz? – zgasił mnie Michał, aczkolwiek nie traciłam rezonu, bo jak na ławkę ten egzemplarz wyglądał nietypowo.

Szlak biegł dalej wśród drzew, aczkolwiek coraz częściej wyłaniała się zabudowa. Minęliśmy schronisko, przedarliśmy się przez jeszcze parę przewalonych drzew (tylko jedno takie miejsce wyglądało bardziej ekstremalnie) i minęliśmy „okopy”, a przynajmniej tak skojarzyło mi się ukształtowanie terenu.


Dalej zaczęły prześwitywać już bloki na Brodwinie. Szliśmy mając osiedle cały czas po prawej stronie, ale jednocześnie nie wychodząc z lasu, póki nie doszliśmy do kościoła pw. Zesłania Ducha Świętego. Pamiętając to miejsce, opowiedziałam swoim kompanom, że na wzgórzu przed świątynią zlokalizowano przystanek autobusowy i zapowiedziałam, że niedługo zobaczą nietypowy pomnik Jana Pawła II. Mi kojarzył się, jakby patrzył na Sopot, jakby błogosławił miastu, górował nad nim, ale gdy szukałam wezwania tutejszej parafii, zobaczyłam, że na Google Maps podpisano go jako „Jan Ślimak II”. Od kościoła wiodła już prosta droga, ulicą Małopolską, ku SKMce i to tu nasza wędrówka dobiegała końca.


Szlak Lisów liczył 12 km, ale aplikacja policzyła nam sumarycznie ok. 13,5 km. Wliczał się w to dystans do SKM-ki, odbijanie do restauracji itp. Chociaż czuliśmy ten dystans w ciele, a pizza na koniec (w pizzerii nieopodal stacji kolejowej) wchodziła jak złoto, wszyscy wróciliśmy usatysfakcjonowani. Byłam z nas dumna, że mamy za sobą właśnie ten jeden z najdłuższych szlaków sopockich i to już na początku. To dobrze robiło moim morale na przyszłość 😉

