Niedzielny poranek rozpoczęliśmy niespiesznie po wypełnionej po brzegi sobocie, aczkolwiek po całym dniu śmiało mogłabym stwierdzić, że niedziela wcale nie była mniej intensywna. Po śniadaniu daliśmy sobie jeszcze czas, po czym przespacerowaliśmy się nad Brdą po jej południowej stronie. A że upał był szalony od samego rana, plan na „dzień muzealny”, by nieco z tego gorąca zejść, okazał się idealny.

Pierwszym obiektem, przy którym zatrzymaliśmy się na dłużej, była makieta Bydgoszczy przy Spichrzach nad Brdą. Tym ciekawsza, że nie wszystkie naniesione na niej budynki wciąż istniały. Dziś w krajobrazie miasta brakowało m.in. dawnego ratusza (został obrys na rynku), kościoła romańskiego czy zamku.

Zaczęliśmy od mszy w Katedrze Św. Marcina i Mikołaja. Ponoć był to najstarszy budynek w mieście, bo pochodził z II połowy XV wieku. Kościół miał bardzo kolorowe wnętrze. Do tego stopnia, że skojarzyło mi się z dziełami Mehoffera w Turku. Tamtejsza organistka, jakkolwiek jej śpiew nie przypadł mi do gustu, grała fantastycznie i po nabożeństwie ludzie jej klaskali. My podzieliliśmy sobie zwiedzanie na „przed mszą” i „po mszy”, aby w jej trakcie jednak skupić się na niej samej.

Pierwszym, co zobaczyliśmy po wyjściu z kościoła, był pomnik pomordowanych bydgoskich adwokatów, a na ścianie świątyni m.in. tablicę upamiętniającą zamordowanego prezydenta Leona Barciszewskiego oraz jego syna Janusza, których postaci poznaliśmy dzień wcześniej.

Gdy chwilę później znaleźliśmy się na skrzyżowaniu ulic Farnej i Jezuickiej, fotografując tutejsze budynki, minęli nas państwo, którzy porównywali obiekty wokół do Gdyni i Gdańska. Na hasło Gdańsk uśmiechnęłam się do Michała, ale zabrakło mi w tym pewnej subtelności i przekonana, że państwo myślą, że nabijam się z nich, wyjaśniłam, że my właśnie z Gdańska. Okazało się, że oni też przybyli z Gdańska, a co więcej, minęli nas z trzeciej strony kolejni turyści i przyznali, że i oni stamtąd przyjechali. Zrobiła się z tego całkiem zabawna sytuacja 🙂 Na skrzyżowaniu spotkały się trzy grupy z Gdańska 🙂

Przeszliśmy się przez rynek i odwiedziliśmy informację turystyczną, gdzie znalazłam folder z zagadkami opartymi o upamiętnienia Mariana Rejewskiego na terenie Bydgoszczy. Minęliśmy jeszcze bibliotekę i kolejną podwieszaną rzeźbę, choć tym razem Wikliniarka nie znajdowała się nad wodą.

Poszliśmy z powrotem w kierunku Spichrzy nad Brdą, by lepiej poznać historię miasta. Wybudowano je pod koniec XVIII wieku i miały o tyle duże znaczenie, że umieszczono je w logo miasta. Muzeum oferowało wystawę stałą oraz wystawę czasową, zlokalizowaną wyżej, więc najpierw podjechaliśmy tam windą, by potem już tylko schodzić.

Wystawa czasowa opowiadała o zniszczeniach z okresu II wojny światowej. Na podłodze umieszczono strzałki, jaki jest kierunek zwiedzania. Spotkaliśmy się też z tym w innych odwiedzonych oddziałach Muzeum Okręgowego i uważam to za super pomysł. I chociaż część ludzi nie podążała za znakami, moim zdaniem były przydatne. Ścieżka zwiedzania wiodła pomiędzy połaciami usypanymi z piasku, na który niby losowo rzucono fragmenty cegieł, dachówek i artefaktów. W to wpleciono bardziej zorganizowane gabloty np. z dokumentami i przedmiotami codziennego użytku, a wszystko uzupełniono opisami różnych zagadnień i wydarzeń oraz każdy element wystawy podpisano, by gość wiedział, na co patrzy. Na wiszących płótnach oraz ekranach znalazły się zdjęcia, co pozwalało wyobrazić sobie miasto w okresie II wojny światowej, jak i skalę zniszczeń. Dodatkową ciekawostką były słuchowiska – fragmenty książek i relacje świadków tamtych wydarzeń.

Wystawa stała zajmowała kilka sal. W pierwszym pomieszczeniu moją uwagę od razu zwrócił plan Bydgoszczy z ok. 1937 roku, umieszczony dosłownie pod naszymi stopami. Przeszliśmy się między gablotami po tej stronie, a najciekawszymi eksponatami jak dla mnie było popiersie Kazimierza Wielkiego i stare zdjęcia. Część z nich umieszczono również w oknach. Fajnym akcentem było wyeksponowanie podtrzymujących spichlerz filarów.

Na przeciwległej ścianie znajdowała się z kolei oś czasu z wydarzeniami, którą podzielono jakby na stulecia. Dowiedzieliśmy się m.in., że zamek bydgoski powstał w połowie XIV wieku, Bydgoszcz trafiła pod panowanie pruskie już po pierwszym rozbiorze Polski, a od 1888 roku jeździły tu tramwaje konne. Zdecydowanie szerszy fragment poświęcono wydarzeniom z XX wieku. Po traktacie wersalskim te ziemie przyznano Polsce, aczkolwiek siedzibą ówczesnego województwa pomorskiego (do którego Bydgoszcz włączono w 1938 roku) był Toruń. Na ostatniej planszy, dotyczącej XXI wieku, główną część zajmowało zdjęcie lotnicze, aczkolwiek wspomniano tam np. że Wyspę Młyńską zaczęto rewitalizować w 2005 roku.

Kolejną część wystawy rozlokowano wokół dwóch dużych makiet. W stołach były szuflady z dodatkowymi materiałami, a wokół gabloty poruszające każda inną tematykę (np. sport, handel, kultura, przemysł czy komunikacja miejska). Widzieliśmy dużo zdjęć i poukładano je w przestrzeni w ciekawy sposób, niektóre nawet podwieszono nad makietami. Przedmioty pochodziły z różnych okresów i też podchodziłyby pod różne kategorie (naczynia, stroje, pamiątki, przedmioty codziennego użytku itp.). Na ścianie dzielącej przestrzeń na dwie części z jednej strony były stroje, prawdopodobnie przeznaczone do mierzenia, a z przeciwnej stare gazety. Michał zatrzymał się na dłużej przy ekranie, gdzie znajdował się quiz. Odpowiedzi dało się wyczytać w załączonych ciekawostkach lub samemu wywnioskować. Ostatnia poprzeczna ściana oddzielała właściwą wystawę od strefy dla dzieci.

Po opuszczeniu muzeum przeszliśmy przez most przy spichlerzach i przespacerowaliśmy się północnym nabrzeżem Brdy. Na początek wypatrzyliśmy pomnik Flisaka. Powstał na bazie rysunku węgierskiego kartografa Czakiego. Dreptaliśmy niespiesznie aż do budynku, który zajmowała Opera Nova. W jej sąsiedztwie znajdowała się jeszcze ławeczka upamiętniająca Irenę Jarocką. Po sfotografowaniu tych obiektów przeszliśmy przez kolejny tego dnia most i znaleźliśmy się na Wyspie Młyńskiej.

Tam rozgościliśmy się najpierw w Muzeum Archeologicznym. Budynek był najstarszym na całej wyspie – dawnym spichlerzem służącym do przeładunku towarów i magazynowania zboża. Na dwóch piętrach zgromadzono znaleziska najpóźniej z okresu średniowiecza, a przeważnie jednak starsze.

W licznych gablotach do obejrzenia były monety, biżuteria, narzędzia czy naczynia. Opowiedziano także, że dzieci w dawnych epokach w gruncie rzeczy bawiły się dość podobnie do współczesnych czyli naśladując dorosłych. W poszczególnych zaułkach zaaranżowano różne scenki rodzajowe bądź umieszczono większe eksponaty, jak np. łódź i kosze do połowu. Znalazły się też miejsca przeznaczone z całą pewnością na cele edukacyjne, a w jednym kąciku nawet zebrano poduszki do siedzenia.

Po wejściu po schodach znaleźliśmy się w przestrzeni, która cofała nas nawet do początków osadnictwa na tym obszarze czyli mniej więcej do 12-10 tys. lat p.n.e.

W pewnym momencie znaleźliśmy się w namiocie, gdzie niby się suszyły skóry, ale naprawdę można było wyczuć specyficzny zapach.

Na górnej kondygnacji największe wrażenie z całą pewnością zrobił na mnie widok umieszczonych w podłodze szkieletów ludzi i zwierząt, imitujących dawne pochówki oraz ofiary zakładzinowe. Zaciekawił mnie osobiście i ekscytował jako biologa. Przy jednym ze szkieletów umieszczono miecz, dlatego ten konkretny najmocniej zwrócił moją uwagę. Ponadto znalazły się też prezentacje grobów z urnami.

Na koniec zwiedzania znaleźliśmy się w miejscu, gdzie zaaranżowano kamienne kręgi. Obecna tam czujka ruchu wyzwalała reakcję wikinga na ekranie, który zagadywał przechodniów.

Dodatkowym walorem były umieszczone na wystawie foldery, w których opisano szerzej zarówno poruszane zagadnienia, jak i poszczególne eksponaty. Na każdym piętrze umieszczono odrębne materiały.

Po wyjściu z wystawy poszliśmy na obiad w karczmie nad rzeką. Dostaliśmy ogórki kiszone w ramach przystawki, więc zobaczyłam wymowne spojrzenie Michała. Jednak nie byłam w stanie go zjeść, taki był kwaśny, zatem w moim przypadku kiszony ogórek dalej nie znalazł się na liście ciążowych zachcianek.

Po posiłku przespacerowaliśmy się dalej po Wyspie Młyńskiej, docierając pod budynek będący dawniej domem mieszkalnym dla członków zarządu Młynów Rothera. Aktualnie miało tam swoją siedzibę Muzeum Okręgowe, a ten oddział poświęcono osobie Leona Wyczółkowskiego.

Młyny Rothera również odwiedziliśmy. Dawny obszar przemysłowy został bardzo fajnie zaadaptowany. Zabudowę stanowiły młyn oraz dwa spichrze przylegające do niego. Była tam też gastronomia i ktoś dobrze przemyślał, jak stworzyć miejsce, które „żyje”. Do tego stopnia, że napis „Młyny” oblegano non stop i póki co odpuściliśmy sobie fotki z nim. W wodnych kaskadach, pomimo zakazu wejścia, momentami biegały dzieciaki. Główne informacje o zabytku i skali przebudowy oraz rys historyczny umieszczono na planszach na zewnątrz.

Zdecydowaliśmy się także wejść do środka. Obiekt, choć ówspółcześniony, utrzymał swój industrialny charakter m.in. eksponując ceglane ściany i metalowe konstrukcje.

Wbrew pozyskanym przeze mnie wcześniej informacjom, tylko na jedną z wystaw wejścia były co dwie godziny, pozostałe można było zwiedzać dowolnie i w swoim tempie. Do wyboru była jedna przestrzeń działająca niczym centrum nauki i dwie inne wystawy interaktywne. My wiedzieliśmy, że mamy czas tylko na jedną z przestrzeni.

Wybraliśmy zatem jedną z wystaw, ale najpierw odwiedziliśmy punkt widokowy, by wejść tam jeszcze „za jasnego”. Potem odebraliśmy audioprzewodniki i zabraliśmy się za zwiedzanie wystawy „Węzły. Opowieść o mieście nad rzeką”.

Pierwsze piętro poświęcono szeroko pojętej historii miasta, ale nie od jego powstania, lecz od epoki rewolucji przemysłowej. Dzięki niej tak naprawdę doszło do wielkiej migracji ludności i rozwoju miast. Na makiecie ten rozwój pokazano etap po etapie i podkreślono rolę rzeki w całym procesie. Tu swoją genezę miały również Młyny Rothera, stąd wyeksponowanie koła młyńskiego w tej części wystawy i ilustracja prezentująca przekrój tutejszych budynków. Stopniowo w mieście zaczęły działać np. gazownia czy łaźnia publiczna, a wreszcie (szybciej niż w Krakowie czy Warszawie) elektryczność.

Kolejnym impulsem dla rozwoju miasta było powstanie linii kolejowej, ale rozwijało się już wcześniej dzięki transportowi rzecznemu, stąd stanowiska mu poświęcone. Dowiedzieliśmy się o powstaniu Kanału Bydgoskiego, sieci połączeń rzecznych z innymi miastami, a także jakie śluzy zbudowano w Bydgoszczy. Wyjaśniono ponadto, jak działa taka śluza, aby przepuścić statek, ale dobrze znałam to zagadnienie z pracy, co nieraz chętnie wyjaśniałam zwiedzającym także w kontekście gdańskim. A Gdańsk znalazł się także na tutejszych mapach połączeń drogą wodną. Co jednak ciekawe, dopiero w 1898 roku w Bydgoszczy powstała pierwsza elektrownia wodna.

Dalej mogliśmy lepiej poznać miasto tamtej epoki oraz jego mieszkańców. Towarzystwo Upiększania Bydgoszczy i jej Najbliższej Okolicy zadbało o powstanie terenów zielonych i nowe nasadzenia. W 1908 roku otwarto w Bydgoszczy pierwsze kino, a do wybuchu I wojny światowej było ich pięć. W karnawale 1914 roku do miasta dotarło także tango. Cesarz Wilhelm II zakazał umundurowanym oficerom tego tańca, uznając go za lubieżny. Proszono także o opinię papieża Piusa X, który jednak nie był tak radykalny. Tymczasem na podłodze wystawy umieszczono namalowane stopy, które pozwalały zwiedzającym spróbować się z krokami tego tańca. Michał podpatrzył i nakręcił moje próby.

Okres I wojny światowej, podobnie jak w gdyńskim Muzeum Emigracji, zaaranżowano w formie wąskiego korytarza. Z kluczowych wydarzeń wskazano epidemię grypy hiszpanki i ukończenie modernizacji Kanału Bydgoskiego. Po zakończeniu wojny Bydgoszcz wróciła w granice Polski, a tę część ekspozycji wypełniły ogłoszenia handlowo-usługowe, np. o otwarciu pierwszej polskiej mleczarni w mieście. Przejmowano również zakłady pozostawiane przez migrujących Niemców. Rozkwitało także życie kulturalne.

W dalszej części wystawy uwagę momentalnie zwracała łódź. Nawiązywała do kilku zagadnień. Po pierwsze, dla niektórych szyprów barki stawały się nowym domem, w którym zamieszkiwali całymi rodzinami. Po drugie, wspomniano sporty wodne, które zyskiwały na popularności. W 1926 roku swoją działalność rozpoczął Bydgoski Klub Wioślareka trzy lata później na Brdzie odbyły się Mistrzostwa Europy w tej dziedzinie. Dzięki usypaniu sztucznej plaży zaaranżowano również lokalne kąpielisko.

Chociaż kolejna część kojarzyła mi się ze sklepem z PRL-u, okazała się opowiadać o bydgoskiej kuchni. Brda dostarczała ryb i raków, dużą popularnością cieszyły się także dania mięsne oraz słodkości, jakie jak szneka z glancem (termin ten usłyszałam po raz pierwszy w Poznaniu). Restauratorzy stanowili ponoć dość wpływową grupę w mieście.

Dalszą część wystawy poświęcono II wojnie światowej, która rozpoczęła się dla mieszkańców Bydgoszczy kilka dni później, bo wojska niemieckie wkroczyły do miasta 5 września 1939 roku. Okupanci nie szczędzili jednak represji, szczególną uwagę kierując na elity i ludność żydowską. Język polski został zakazany w przestrzeni publicznej, a nawet podczas spowiedzi. Zniszczono także część tkanki miejskiej, choć nie było to tak dotkliwe jak w innych dużych miastach. Bydgoszcz została „oswobodzona” jeszcze w styczniu 1945 roku i podjęto się jej odbudowy. To i losy miasta od PRL-u do współczesności opisano na pozostałym fragmencie tej części wystawy.

Następnie przenieśliśmy się na drugie piętro. Poruszano tu wątki ekologiczne, skupiając się na zagadnieniu wody. Spora część wystawy była zaaranżowana w formie przystępnej dla dzieci. Mogliśmy obejrzeć animację dotyczącą obiegu wody w przyrodzie. Poczytaliśmy, czym jest ślad wodny. Opowiedziano, jakie już są problemy współcześnie (powodzie, susze, zatrucie wody) i jakie rozwiązania można wdrożyć, aby pomóc planecie. Na tym tle Bydgoszcz wypadała bardzo dobrze i ponoć wykorzystywano tu nawet deszczówkę na większą skalę.

Za kącikiem, gdzie można było przysiąść i nacieszyć oczy fotografiami przyrodniczymi, robiło się nawrotkę. Drugą połowę piętra otwierał temat Brdy, która była nie tylko walorem natury, ale też m.in. miejscem uprawiania sportu, w tym wspomnianego wioślarstwa. Jako ciekawostkę wskazano, że na jednym z wielu zdjęć znajdował się Aleksander Doba.

Sporą cześć poświęcono działaniom, jakie może podjąć każdy z nas. Sposoby na oszczędzanie wody w naszych domach przedstawiono w formie projektu kolejnych pomieszczeń, gdzie dało się zajrzeć niemal w każdy kąt. Nie były to dla mnie nowe treści z racji wykształcenia, historii zawodowej i zainteresowań, ale doceniałam formułę, w jakiej je przedstawiono, bo była bardzo przystępna.

Gdy wyszliśmy z wystawy, niedługo przed samym zamknięciem, na zewnątrz zapadł już zmrok i było odczuwalnie chłodniej, dlatego wzięliśmy herbatki na wynos. Wróciliśmy do naszego hotelu, podziwiając miasto nocą i mijając po drodze m.in. Bydgoską Aleję Autografów, ale niekoniecznie znaliśmy tamtejsze nazwiska.

Za to po powrocie potrzebowaliśmy regeneracji. Oj, bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *