Planowaliśmy ten wyjazd od miesiąca. Jak co roku, tradycyjnie już, w ramach urodzin chciałam zaspokoić podróżniczego bakcyla. Rozważaliśmy opcje dalsze (Praga) i bliższe (Bydgoszcz). Mając do dyspozycji trzy dni, uznaliśmy, że zahaczymy o Inowrocław, po czym udamy się na nocleg w Bydgoszczy i jej poświęcimy kolejne dwa dni.

Stan mojego zdrowia w tygodniu przed wymagał jednak rekonwalescensji i postanowiliśmy z moim mężem zrewidować nasze plany wyjazdowe. Nie wszystko dałoby się jednak przebukować. Dlatego zamiast wysiąść w Inowrocławiu, wysiedliśmy w Bydgoszczy i postanowiliśmy rozłożyć moje pomniejszone siły na trzy, a nie dwa dni – jak pierwotnie zakładaliśmy.

Co ciekawe, jechaliśmy pociągiem Baltic Express, docelowo kierującym się na Pragę 😉 Miał kilkanaście wagonów, a nasz był ostatni. Dlatego Michał zaprowadził mnie prawie na drugi koniec peronu, a i tak musieliśmy wsiąść dwa wagony szybciej i przejść w środku. Przy okazji mój mąż złowił poranną kawkę 😉 Pochwaliłam go za przezorność:

– Ja Cię muszę słuchać mój mężu, dobrze prawisz.

– Co nieco w tej głowie jest – skromnie i z uśmiechem odpowiedział Michał.

W pociągu trafiliśmy w przedziale na przemiłą panią z Wrocławia, absolutnie zachwyconą Trójmiastem i na rozmowie z nią trasa do Bydgoszczy minęła nam błyskawicznie. Tymczasem już na miejscu każde z nas zwróciło najpierw uwagę na coś innego. Michał był podekscytowany pojazdem firmy PESA, który świeżo co wyjechał z fabryki znajdującej się obok. Jego metalowe elementy wręcz błyszczały od nowości, a wokół biegali filmowcy i fotografowie (był nawet dron!). Mnie z kolei ucieszyła tablica upamiętniająca jednego z kryptologów, którzy rozszyfrowali Enigmę w latach II wojny światowej – Mariana Rejewskiego. Jak się miało okazać – dla mnie był w pewnym sensie patronem tego dnia, o czym dalej.

Naprzeciwko dworca był mural prezentujący jakiegoś mężczyznę, trudno było jednak wywnioskować, kogo dokładnie. Tymczasem my skręciliśmy w prawo, poszukując zabytkowego obiektu kolejowego. Spodziewałam się czegoś w stylu wieży ciśnień czy wieży kolejowej, ale nie było nic takiego. Nawet zabudowa w tym miejscu nie wyglądała na szczególnie wiekową. Szliśmy zatem dalej, robiąc jakby nawrotkę wraz z łukiem drogi. Minęliśmy przy tym elbląski tramwaj, który już prędzej określilibyśmy jako wiekowy, a stojący obok baner promował przy tej okazji technikum kolejowe. Kawałek dalej faktycznie znajdowało się jakieś technikum i ustawiono przed nim parowóz wąskotorowy.

Przeszliśmy się początkowo ulicą Unii Lubelskiej, podziwiając już na trasie ciekawą architekturę. Były też obiekty sakralne. Najpierw kościół ewangelicko-augsburski pw. Zbawiciela, gdzie wyczekałam, aż autobus zgarnie ludzi z przystanku i będę miała „czysty kadr”. Następnie znaleźliśmy się naprzeciw kościoła rzymskokatolickiego pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Trzecim z kolei był kościół polskokatolicki Zmartwychwstania Pańskiego i znajdował się kawałek za Rynkiem Piastowskim, który faktycznie okazał się… rynkiem, z kramikami i tabunem kupujących.

Kościół polskokatolicki był o tyle ciekawy, że weszliśmy na moment do środka. Trafiliśmy akurat na stulecie parafii bydgoskiej (chociaż ten konkretny budynek został jej przydzielony po wojnie) i wszyscy się tam zbierali, a proboszcz nawet podszedł do nas i poświęcił nam chwilę, opowiadając co nieco. Zaczął od rysu historycznego i różnic między kościołem polskokatolickim i rzymskokatolickim, np. tutejsi księża mogli zakładać rodziny, była spowiedź powszechna, a indywidualna tylko „dla chętnych”. Gdy powiedziałam, że przyjechaliśmy z Gdańska, gdzie też mamy taki kościół, ksiądz od razu skojarzył i wezwanie, i gdańskiego proboszcza.

Szliśmy dalej, wciąż bacznym okiem lustrując architekturę. Ciekawostką był np. mały domek pomiędzy większymi od niego kamienicami. Tymczasem kawałek dalej, na skwerku przy ulicy Gdańskiej, zobaczyłam pomnik, który wyglądał tak, jakby jakiś pisarz siedział obok maszyny do pisania. Okazało się jednak, że ponownie był to Rejewski, oczywiście z Enigmą, dlatego momentalnie odczułam wewnętrzny przymus, by tam zapozować 🙂 Michał zrobił mi całkiem solidną sesję. Na jednym z budynków nieopodal upamiętniono jeszcze jedną postać – doktora Witolda Bełzę, który w tym domu mieszkał, a okazał się chociażby pierwszym dyrektorem biblioteki miejskiej, o czym informowała stosowna tablica. Z kolei na następnej wyczytaliśmy, że w budynku zajmowanym obecnie przez restaurację Manekin, kiedyś była siedziba i więzienie radzieckiego NKWD. Po sąsiedzku ustawiono Pomnik Wolności, ale chyba więcej naszej uwagi pochłonęła restauracja brazylijska, jako że uczę się portugalskiego. W tym samym budynku przyszedł na świat kompozytor ks. dr Wacław Gieburowski.

Chwilę później znów natrafiliśmy na tablicę poświęconą Rejewskiemu. Ceglany budynek okazał się szkołą, do której uczęszczał. Sam gmach (zajmowany aktualnie przez I Liceum Ogólnokształcące) też robił wrażenie, miał pięknie wykończone drzwi, był częściowo opleciony zielenią, ale zrobienie mu ładnego zdjęcia nie należało do najłatwiejszych zadań, bo na przylegającym Placu Wolności trwał remont.

Gdy ominęliśmy ogrodzony teren prac budowlanych, znaleźliśmy się w Parku im. Kazimierza Wielkiego. Stała tam m.in. ławeczka prof. Zygmunta Mackiewicza. Natomiast elementem, który od razu zwracał uwagę, była fontanna „Potop”. Budowali ją jeszcze Niemcy i zajęło im to osiem lat. Oddano ją do użytku w 1904 roku, aczkolwiek szybko okazało się, że przecieka i woda ucieka, więc niemal od razu wymagała naprawy. Basen wykonano z czerwonego piaskowca, a rzeźba nawiązywała do biblijnego potopu. Autorem projektu był Ferdinand Lepcke. Rzeźby skonfiskowano w 1943 roku na cele wojenne, dlatego aktualnie turyści mogli oglądać rekonstrukcję.

My mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy akurat na grupę z przewodniczką i dało się posłuchać co nieco. Gdy grupa odeszła, udało nam się wychwycić moment, by zrobić zdjęcia bez obcych ludzi w kadrze. Nas tymczasem zagadał pan na wózku inwalidzkim, który wręczył nawet Michałowi wizytówkę, gdybyśmy chcieli wiedzieć więcej, aczkolwiek zgodnie z naszym podejrzeniem, okazał się świadkiem Jehowy. Dyskusja zaczynała zresztą skręcać w dziwne rewiry, a ja nie czułam się na tyle ok, by stać długo w pełnym słońcu i wysłuchiwać coraz bardziej zaskakujących teorii. Przykładowo mężczyzna nawiązał do arki Noego i tłumaczył brak wcześniejszych danych tym, że na zalanym obszarze nie odkładał się izotop węgla C-14 😉

Stamtąd w sumie było najbliżej do muralu „Ptasiek”, inspirowanego książką Williama Whartona, więc koniecznie chciałam go zobaczyć. Wówczas zawróciliśmy do parku i w cieniu drzew przespacerowaliśmy się na jego drugą stronę. Wkrótce dotarliśmy do ulicy Gdańskiej i Placu Praw Kobiet. Ku mojej radości, namalowano tam mural dotyczący Rejewskiego. Dodatkowo w postaci tablicy upamiętniono wydarzenia 1956 roku.

Na moment weszliśmy do (prawdopodobnie) głównej siedziby Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy. Zasięgnęliśmy tam języka, jak również zakupiliśmy pocztówki z czarno-białymi, historycznymi zdjęciami miasta, aczkolwiek tak naprawdę interesował nas oddział po drugiej stronie ulicy. Działająca nieprzerwanie od 1853 roku Apteka Pod Łabędziem stała się siedzibą jednego z oddziałów poświęconego farmacji i aptekarstwu. Zresztą, pracownicy na kasie od razu zwrócili nam uwagę na zachowaną wewnątrz rzeźbę łabędzia. W toku zwiedzania dowiedzieliśmy się jeszcze, że inne apteki też często miały nazwy od zwierząt i Michał wypatrzył później w przestrzeni miasta rzeźby niedźwiedzia i orła.

Zwiedzało się samodzielnie, zgodnie z kierunkiem na planie muzeum i liniami naniesionymi na podłodze. W kasie wypożyczono nam plansze, dzięki którym mogliśmy dowiedzieć się, czym były wyróżnione przedmioty w części pomieszczeń. Korzystaliśmy z nich szczególnie w dwóch ostatnich.

W pierwszej sali próbowałam, zerkając na nazwy łacińskie roślin i zwierząt, przypominać sobie ich polskie odpowiedniki. Dodatkowo przyjrzałam się naściennemu kalendarium. Na mój atak kaszlu pani zainteresowała się, czy tak reaguję na zapachy, bo mieli niedawno warsztaty edukacyjne i mogły w powietrzu krążyć różne wonie. Jednak dla mnie była to pozostałość po chorobie i konieczność nawilżania gardła na bieżąco.

Kolejna była sala z ladą apteczną, a także z regałami wypełnionymi buteleczkami. Ich etykiety opisano nazwami łacińskimi roślin i związków chemicznych. Absolutnie skradła najwięcej mojej uwagi i doprowadziła do największej ekscytacji, zapewne z racji mojego wykształcenia. Próbowałam zgadywać nazwy zgodnie ze skojarzeniami np. nazw pierwiastków, a część bez problemu rozumiałam. Pokazałam Michałowi np. szufladkę opisaną jako „porost islandzki”.

Zaskoczyła mnie tam obecność liczydła, chociaż stała też kasa. Pani z obsługi zasugerowała też naciśnięcie podczas zwiedzania specjalnego guzika, który podświetli nam szkło uranowe. Aczkolwiek widząc takowe już wcześniej, bez zaskoczenia i bez dodatkowego oświetlenia, potrafiłam wyszukać odpowiednie buteleczki na półkach apteki.

Michała zaskoczyła za to informacja, że w którymś roku przed wojną obsłużono ponad 230 tysięcy ludzi i wyprodukowano 36 tysięcy leków, gdy próbował te liczby przełożyć na rozmiary pomieszczenia.

W drodze do ostatnich dwóch sal minęliśmy jeszcze strefę, w której organizowano warsztaty edukacyjne. Pan, który je akurat szykował, okazał się botanikiem-pasjonatem. Co nieco nam poopowiadał, a dodatkowo polecił po zwiedzaniu podejść na koniec korytarza, gdzie mieściła się aktualnie wystawa makrofotografii przyrodniczych.

Izba recepturowa wyróżniała się grafiką w tle, która dawała poczucie, jakby prezentowane kobiety pracowały tam w czasie rzeczywistym. Tak naprawdę odtworzono wygląd z lat 70. XX wieku (ale dawniej izba była większa, nim zaczęto produkować leki głównie na skalę przemysłową). Już na wejściu zainteresowało mnie stanowisko dotyczące rodzajów etykiet. Ich kolor mógł np. wskazywać, że dana substancja była trucizną, narkotykiem, lekiem podstawowym czy o silnym działaniu. Wśród sprzętów na blacie jednym z ciekawszych elementów był korkobor służący do wycinania korków różnych rozmiarów.

Laboratorium galenowe odwiedziliśmy jako następne. Część wyposażenia okazała się oryginalna, z początków XX wieku, choć zaczęto je tworzyć jeszcze w latach 80. XIX wieku. Ponoć było to jedyne zachowane laboratorium tego typu w Polsce, bo po wojnie ktoś przezorny pomyślał, że ten sprzęt może się jeszcze przydać. Michał z uwagą oglądał wszystkie wielkogabarytowe maszyny, np. służące do ekstrakcji. Tymczasem ja wsiąkłam, przyglądając się mniejszym sprzętom, umieszczonym na blacie. Najciekawsza wydała mi się maszyna do napełniania tubek maściami. Do tej pory nigdy się nad tym nie zastanawiałam, jak to właściwie działa. Tymczasem sama nazwa laboratorium nawiązywała do Galena i używano tam składników pochodzenia naturalnego (roślinnego, zwierzęcego i mineralnego).

Po zwiedzeniu muzeum skierowaliśmy się na południe do najbliższego skrzyżowania. Stał tam kościół pw. Wniebowzięcia NMP, a naprzeciw dwie zabytkowe kamienice: Ottona Pfefferkorna oraz Emila Werckmeistra. Odbiliśmy jednak jeszcze w lewo, gdzie znajdowała się zabytkowa poczta i zrobiłam Michałowi z nią zdjęcie. Historycznie była to siedziba Cesarskiej Dyrekcji Poczty. Na wieży znalazła się charakterystyczna dla nas, współczesnych, mozaika z rogiem pocztowym. W budynek wybudowany niemal w całości z czerwonej cegły, wkomponowana została cegła zendrówka.

Niedługo później cofnęliśmy się, aby skręcić w ulicę Mostową i pójść w kierunku rzeki. Mieliśmy dzięki temu okazję zobaczyć pierwszą z kilku w Bydgoszczy rzeźb podwieszonych nad wodą. My trafiliśmy najpierw na tę o nazwie Przechodzący przez rzekę. Rzeźby robiły wrażenie przede wszystkim tym, że były wyważone na zawieszonej ponad wodą linie.

Szliśmy nabrzeżem po północnej stronie Brdy, obserwując budynki, statki i rzeźby po jej obu stronach. Widzieliśmy chociażby spichlerze, których zwiedzanie zaplanowaliśmy na kolejny dzień i napis Bydgoszcz przed nimi, który jednak nie świecił po zmroku, jak mieliśmy się przekonać później.

Zameldowaliśmy się w hotelu, który w holu miał fajne plany miasta na ścianach. Przydzielono nam pokój na najwyższym piętrze, z widokiem na rzekę. Pod łóżkiem znaleźliśmy kartkę „Tutaj też posprzątaliśmy” 😉

Przepakowaliśmy się, żeby dalej zwiedzać „na lekko”. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy ponownie w miasto, bo byliśmy już głodni. W drodze na obiad, idąc po południowej stronie rzeki było jeszcze parę atrakcji.

Na naszej trasie tego dnia znalazły się kolejne kościoły i przy sobocie mieliśmy okazję poobserwować dwie młode pary, które właśnie powiedziały sobie sakramentalne „tak”. Nie rzucaliśmy się w oczy, stojąc daleko, ale było nam miło popatrzeć na tak szczęśliwych ludzi i powspominać nasz ślub sprzed tych paru miesięcy. Cieszyliśmy się ich szczęściem i tym, jaką utrafili pogodę. Goście jednej z par młodych stworzyli im szpaler z… wioseł. Ta świątynia nosiła wezwanie Św. Andrzeja Boboli.

Wkrótce dotarliśmy do wybranego lokalu gastronomicznego. W knajpce Tentego kelnerka miała na plecach koszulki napis „Masz ochotę na tentego?” co było dość dwuznaczne. Ale zarówno obsługa, jak i same dania, zrobiły na nas dobre wrażenie. Fantastyczna zupa-krem brokułowa z serem i prażonymi migdałami zdecydowanie wygrałaby u mnie ranking posiłków bydgoskich. Michał zjadł żurek i oprócz swojego drugiego dania (wytrawny naleśnik) jeszcze dojadł po mnie (makaron z kurczakiem), bo posiłki były treściwe i nie podołałam 😉 Spędziliśmy w klimatycznej knajpce około godzinę.

Posileni, ruszyliśmy na dalszy spacer. Z Długiej skręciliśmy w ulicę Jana Kazimierza. Tam trafiliśmy na rzeźbę Myszki Molly na rowerze. W ręku trzymała książkę, a na niej piramidę z okiem i atrybutami wolnomularskimi (masońskimi). Zastanawiające było również to, że niby reprezentowała kobiecą bohaterkę, a miała brodę, która skojarzyła mi się z Konfucjuszem 😉

Gdy my fotografowaliśmy rzeźbę myszki, podeszły do nas dwie panie, które myślały, że to jakiś oficjalny program miejski, jak np. wrocławskie krasnale. Uświadomiliśmy je, że to była prywatna inicjatywa. Dodatkowo panie żałowały, że nie odkryły ich wcześniej, bo kierowały się na pobliski parking i już wyjeżdżały z miasta. Koło parkingu były mury miejskie i wykonanie budynku również z cegły fajnie wkomponowało nowe budownictwo w to zabytkowe. Naprzeciwko znajdował się głaz upamiętniający znajdującą się tu dawniej synagogę oraz lokalną społeczność żydowską.

Kolejnym punktem na trasie był pomnik Kazimierza Wielkiego. Obiekt jak dla mnie super, ale stwierdziłam, że tutejsi turyści nie potrafili ogarnąć, że jak już zrobią zdjęcie, to fajnie byłoby odejść i dać szansę innym 😉 Tymczasem w tamtej chwili grupa rodzinna (samych dorosłych) dyskutowała między sobą o jakichś ciociach i wujkach. Trochę się nagimnastykowałam, ale finalnie byłam zadowolona ze swoich kadrów. Po sąsiedzku mieściła się jeszcze cerkiew w starym spichlerzu i drugi spichlerz, aktualnie siedziba banku.

Skręcając w ulicę Długą, podeszliśmy pod pomnik Leona Barciszewskiego – ostatni prezydent przedwojennej Bydgoszczy został zabity przez hitlerowców. Kawałek dalej na kamienicy przy ulicy Długiej znajdowała się tablica. Wyczytaliśmy tam, że zginął wówczas również jego syn, tymczasem żona została wywieziona na Pawiak.

Zapewnie w nieco inny klimat miały wprowadzać tzw. „magiczne schodki” – ale okazały się zwyczajne, tylko wiodły między kamienicami nad rzekę, więc nad nią wracaliśmy w kierunku hotelu. Z jednej strony znajdowały się knajpki i parasole, podobała mi się tamtejsza gra świateł, z drugiej jednak wszystko wplecione zostało w morze ruin. Dodatkowo warstwowość zabudowy skojarzyła się nam z Portugalią, ale tam było w tym mniej chaosu.

Gdy z Wyspy Młyńskiej przechodziliśmy ku Śródmieściu przez kolejny most, natrafiliśmy na następną rzeźbę nad wodą. Tym razem był to Balansujący Wioślarz.

Zmęczenie dawało mi się już we znaki. Nie zarejestrowałam np. w pierwszej chwili, że rzeźba niedźwiadka pasuje do nazwy ulicy – Niedźwiedziej. Uświadomił mnie dopiero Michał.

Następnie znaleźliśmy się w obrębie rynku. Praktycznie jedną całą pierzeję zajmował Urząd Miasta, ale zaskoczyło nas, że w tak ładnym budynku centralne, dwuskrzydłowe drzwi wymieniono na zasklepienie przypominające dyktę i wsadzono w to zwykłe drzwi… Ów gmach zajmowało dawniej kolegium jezuickie.

Przed nim znajdował się Pomnik Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej, nawiązujący do ofiar faszyzmu. Znów denerwowali mnie stojący przed nim turyści, którzy nie zważali na to, że ktoś chciałby pomnik sfotografować, nie mając ich w kadrze 😉

Przy rynku znajdowała się również jedna z najstarszych bydgoskich aptek – Apteka pod Złotym Orłem.

Dalej na naszej trasie do hotelu znalazła się m.in. Myszka Molly Fryzjerka i faktycznie stała ona przy zakładzie fryzjerskim 😉 Z kolei ciekawym akcentem do zdjęć była otoczona kwiatami huśtawka, ale została zabezpieczona łańcuchami, więc to było udawane huśtanie się 😉

Nie tylko naszą uwagę, ale również innych spacerowiczów, zwracał mural „Bydgoszcz rzeka możliwości”. Nie tylko my komentowaliśmy malunek, a na nim balansujące rzeźby i inne rzeczy, których chyba jeszcze w mieście nie odkryliśmy.

Naprzeciwko znajdowała się absolutnie świetna rzeźba. Była to Myszka Molly z saksofonem. Koło niej swoją siedzibę miał klub muzyczny z pięciolinią nawet na schodkach w progu. Klimat był ciekawy, a rzeźba podobała nam się najbardziej z dotychczasowych trzech.

Nad rzeką szliśmy kierując się już do hotelu, bo gdyby nie Michał, mogłabym zasnąć dosłownie tak jak stałam 😛 Te ostatnie dziesięć czy piętnaście minut dłużyło mi się w nieskończoność, a mimo to pstryknęłam jeszcze parę kadrów.

Minęliśmy Teatr Kameralny, gdzie literki T oraz K z daleka dawały złudzenie, że było to wielokwaterowe okno, natomiast z bliska zobaczyliśmy po prostu litery w 3D. Obok był plac z eleganckim budynkiem, który okazał się Pałacykiem Lloyda.

Stamtąd do bazy mieliśmy już naprawdę bliziutko, ale zrobiliśmy sobie jeszcze jwden przystanek. Makieta zamku stała tu niby jako obiekt dla dzieci, ale dla mnie to było ciekawe, bo zamek bydgoski już nie istnieje. Niestety Michał zauważył, że w środku część się zawaliła. Może ktoś wpadł na „genialny” pomysł, by jakiś mały książę albo mała księżniczka zapozowali wewnątrz.

I tak w świetle zachodzącego słońca wróciliśmy przez most do naszego hotelu. Niech o moim zmęczeniu poświadczy fakt, że po dniu pełnym wrażeń przespałam ponad 9 godzin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *