Ostatniego dnia nie chciałam ruszać już nigdzie daleko, uwzględniając też wieczorny czas na pakowanie. Ciało miałam doprawdy mocno wyeksploatowane (przed wyjazdem oszczędzałam się przez problemy z biodrem, więc moja forma nie była najwyższych lotów), a wiele godzin marszu dzień w dzień i wieczorne powroty nieco przeciążyły moją głowę, bo choć jestem łasa na nowe odkrycia, ilość bodźców do przyjęcia jednego dnia wciąż może być ograniczona. Dużo skomplikowały tu problemy komunikacyjne. Czułam, że po tym wyjeździe w drugiej części urlopu będę potrzebowała odpocząć, ale jednocześnie pewnie i tak nie przesiedzę w domu kolejnego tygodnia 😉
Ostatniego poranka nie musiałyśmy się z niczym spieszyć. Jeszcze spod kołderki (poranek był chłodny, choć temperatury miały dojść do 24°C) nadrabiałam pisanie, gdy usłyszałam ciekawy, regularny pisk za oknem. To była wiewiórka na drzewie nieopodal. Zapatrzyłam się w nią tak, że nie uwieczniłam jej w żaden sposób, ale ten widok pozytywnie nastroił mnie na resztę dnia.
Plany każda z nas miała inne, więc pokonałyśmy wspólnie tylko pierwszy odcinek w kierunku dworca. Przy ulicy Orkana rosła pomnikowa sosna, która była wyjątkowa – miała kilka konarów, przez co i pełna korona stała się bardziej rozłożysta. Gdy ją fotografowałam, z auta pomachali na nas, robiąc przy tym dużo hałasu, jacyś chłopacy.
– Człowiek nie może ubrać szortów, bo mu machają z samochodu – zaśmiałam się.
Przy dworcu kolejowym ustawiono pomnik św. Mikołaja, ponieważ to ulubiony święty wszystkich dzieci, a Rabka słynie jako miasto dzieci. Ponoć chciano też przywrócić prawdziwy obraz świętego biskupa w miejsce tego bajkowego. Głównej postaci towarzyszyły mniejsze, w domyśle dzieci, a jeden chłopczyk jechał na rowerze, którego naczepka stanowiła prawdopodobnie oficjalnie doniczkę (widoczne były kępy traw), a mniej oficjalnie śmietnik (ktoś wrzucił tam np. puszkę po piwie). Trudno się jednak dziwić, skoro opatrzono ją napisem „Kochaj świat, zbieraj śmieci”.





Przekroczyłam tory i podążałam dalej ulicą Orkana. Widziałam już nowy, użytkowy, kościół Św. Marii Magdaleny (z początku XX wieku, w starym tymczasem założono Muzeum Etnograficzne Władysława Orkana). Brama wiodąca na teren wokół kościoła była zamknięta, ale uprzednio zobaczyłam wejście od strony parkingu.
Okazało się, że trafiłam do ogrodu różańcowego im. Jana Pawła II i Stanisława Dziwisza. Nim tam weszłam, dopatrzyłam się jeszcze pomnika upamiętniającego Marię Kaczyńską, żonę prezydenta Lecha Kaczyńskiego, która przez kilka lat była, jak się okazało, mieszkanką Rabki.





Wokół sporej połaci zieleni ustawiono kapliczki z tajemnicami różańca. Obeszłam je wszystkie, nie mogąc sfotografować tylko jednej, bo pan akurat coś w niej (dosłownie, stał wewnątrz) naprawiał. Każdą okalała piękna roślinność, a naprzeciw kapliczek ustawiono ławki. Po ich przejściu przekroczyłam bramę prowadzącą na teren kościelny. Słyszałam, jak ktoś wygwizdywał melodię „Barki”.





Po wewnętrznej stronie ogrodzenia umieszczono stacje drogi krzyżowej, ale ze względu na prace remontowe nie dało się przejść dookoła całej świątyni. Przyglądałam się niesamowitej i złożonej bryle kościoła, nawiązującej do motywów gotyckich. Zajrzałam również do środka, ale wyłącznie z przedsionka, gdyż przejście zamknięto. Tam też trwały jakieś prace, o czym świadczyło stojące rusztowanie. Nawet jednak z tak ograniczonej perspektywy dało się dostrzec, że wnętrze jest starannie wymalowane i przez to bardzo kolorowe. Obejrzałam jeszcze figury, tablice i rzeźbione drzwi w przedsionku, po czym ruszyłam dalej.





Nie przeszłam daleko, bo na końcu drogi mieścił się wspomniany, stary kościół, pod tym samym wezwaniem, ale pełniący aktualnie funkcje muzealne. Po drodze minęłam jeszcze Teatr Lalek Rabcio z namalowanymi bajkowymi postaciami. Ponadto moją uwagę zwrócił piękny, drewniany budynek żłobka i widziany dzień wcześniej gmach Szkoły Podstawowej nr 2 w Rabce – uświadomiłam sobie, będąc tu przejazdem, że tylko numeru 3 na naszych trasach nie było.






Drewniany kościół z modrzewiowego drewna stanął tu w wieku XVII, na miejscu zniszczonej świątyni z XVI wieku (w pożarze bądź powodzi, bo informacje były różne). Od lat 30., gdy stanął nowy kościół (na potrzeby większej wspólnoty), stanowił Muzeum Etnograficzne Władysława Orkana. O samym patronie było tam jednak stosunkowo niewiele, zaledwie jedna ściana z życiorysem i wierszem Orkana, opatrzona także obrazami. Na zewnątrz dodatkowo ustawiono rzeźbę, przy której zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie, ale przy pierwszej próbie w kadr załapała się także nazbyt zainteresowana moją osobą osa.
We wnętrzu muzeum ekspozycję podzielono na salki według tematów. Na korytarzu poza przybliżeniem postaci patrona, zaprezentowano także zwyczaje świąteczne (bożonarodzeniowe i wielkanocne) oraz zabawki ludowe.





W pierwszej sali prezentowano wyroby garncarskie oraz sam proces ich powstania. Domyślałam się, ze babówka była naczyniem do wypiekania babki, brytfannę dawniej pisano przez „w”, a nazwa trojaki pochodziła od trzech części składowych naczynia. Następnie trafiłam do pomieszczenia pełnego rzeźb, głównie sakralnych. Najciekawsza wydała mi się ta prezentująca chustę św. Weroniki – nie spotkałam się wcześniej z przedstawieniem jej w innej formie niż malarska.











Najciekawszą częścią muzeum było właśnie wnętrze dawnego kościoła. Nie wiedziałam, gdzie patrzeć, bo niemal wszystko było intrygujące. Na suficie namalowano Marię Magdalenę oraz koronację Matki Boskiej. Na pograniczu sufitu i ścian widniały anioły. Również ściany i filary były zdobione malarsko. Ponadto uwagę zwracał ołtarz główny i te boczne. Gdy się obróciłam, dostrzegłam jeszcze organy z końca XVIII wieku. Miałam poczucie, że zdjęcia nie oddają pełni tego zjawiska. Dodatkowo ustawiono tu galerię prac Stanisława Świątkowskiego. Jakkolwiek były ładne i estetycznie rozstawione, miałam mieszane uczucia co do umieszczenia ich akurat w tej strefie muzeum, bo widać było efekt nowości na tle wiekowego wystroju świątyni.








Zawracając, odwiedziłam jeszcze dwie sale. W pierwszej prezentowano sakralia z dawnego kościoła. W ostatniej można było zobaczyć akcesoria używane do wytwarzania obuwia i odzieży. Gdy wyszłam z budynku, przeszłam się jeszcze wokół świątyni.








Po opuszczeniu muzeum ruszyłam Sądecką na południe, gdzie zatrzymałam się nad Poniczanką, dopływem Raby. Potem weszłam między stragany z owocami i warzywami. Kupiłam jabłko i czereśnie, bo jakoś mało jadłam owoców na tym wyjeździe i poczułam chęć. Idąc dalej, trafiłam na wejście do Rabkolandu od strony parkingu. Stężenie rodzin z dziećmi na kilometr kwadratowy było tu wielokrotnie wyższe od przeciętnej 😉 Okazało się jednak, że poszukiwane przeze mnie Muzeum Rekordów i Osobliwości nie jest częścią Rabkolandu. Próbowałam je także odnaleźć od strony ulicy Podhalańskiej, żeby dowiedzieć się, co można w nim zobaczyć, ale nie udało się.

Zakupiłam trochę jedzenia na podróż powrotną i postanowiłam odnieść prowiant na bazę. Zahaczyłam jeszcze o dworzec, żeby zobaczyć, skąd nazajutrz odjeżdża nasz pociąg, ale okazało się, że jest tylko jedna opcja, bo i peron jest jeden 😉 Pani w informacji powiedziała, że na pewno się nie zgubimy.
Po krótkim przystanku w pensjonacie, gdzie się przepakowałam, ruszyłam jeszcze do piekarni przy dworcu busów po sprawdzone drożdżówki z serem. Byłyśmy tam niemal każdego dnia naszej podróży, zajadałam się także ichnimi paluchami warzywnymi i rogalikami. Pani już mnie kojarzyła, więc pochwaliłam ich wyroby i pożegnałam się. Sprzedawczyni podziękowała i życzyła nam spokojnej podróży.
Również przy ulicy Jana Pawła II, ale bliżej Słonecznej, miałam wypatrzoną budkę z lodami. Zaopatrzona w słodki przysmak, niespiesznie podeszłam pod swoje chyba ulubione miejsce w Rabce – fontannę ze słoniami. Jadłam lody i czaiłam się na jakiś kadr przy dziennym świetle (bo przecież poznałyśmy to miejsce jeszcze pierwszego wieczoru), z jak najmniejszą liczbą ludzi, po czym ruszyłam dalej.
Skręciłam przy pomniku Miasto Dzieci Świata w stronę Parku Zdrojowego. Myślałam o tym, by przysiąść przy głównej fontannie, ale najbliższa okazała się zakątkiem bezludnym (przynajmniej w tamtej chwili). Usiadłam, wystawiając nogi do słonka, a przy tym planując pisać, ale najpierw odpisałam na wiadomości, potem kontemplowałam to miejsce w ciszy, aż wreszcie przepędziła mnie stamtąd wybitnie natrętna osa.



Cóż było robić… Zebrałam manatki, po czym przespacerowałam się do drugiej fontanny. Tam siedziałam jeszcze chwilę, aż poczułam, że głowa odczuwa bycie długo na słońcu nawet pomimo czapki. Wtedy po prostu zawinęłam się do pensjonatu, gdzie poczekałam na powrót koleżanki.
Bilans tego dnia nie był jakiś wybitny, około 12 km, ale potrzebowałam takiej chwili wytchnienia, chłonięcia ostałych się jeszcze nowości na spokojnie, zwykłego posiedzenia pośród zieleni i nad wodą (choćby to była zwykła fontanna). Zwolnienia tempa.
Po wspólnym obiedzie (4 razy w ciągu tygodniowego wyjazdu jadłyśmy w restauracji Prosty temat, polecam!) i spacerze ostatni raz przez park zdrojowy wieczór upłynął nam na pakowaniu. Po kilku dniach noszenia ich ze sobą w razie czego, zostawiłam okulary pana z Lubonia (poznaj ich historię) na parkowej ławce, żeby jeszcze komuś posłużyły. Kupiłyśmy też cukierki solankowe – ponoć dobre dla gardła i układu oddechowego jako takiego.




Nazajutrz z samego rana ruszyłyśmy tym samym pociągiem, musząc się jednak rozdzielić w trakcie. Miejsce koleżanki zajął przesympatyczny chłopak z Krakowa, z którym miło mi się rozmawiało. Studiował transport, więc wiedział, że jedziemy pociągiem typu Flirt, w którym można regulować pochylenie siedzenia. Ustawiłam sobie fotel bardziej pionowo, zyskując lepsze podparcie pod plecami i dodatkowe centymetry na nogi, mieszcząc jednocześnie przed sobą plecak.

Dziesięciogodzinna podróż dawała przestrzeń zarówno na bycie twórczą, jak i odtwórczą. Finalnie przywiodła mnie do ukochanego Gdańska, gdzie drugi tydzień urlopu postanowiłam poświęcić właśnie relacji z miastem.
Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
