Poprzedniego wieczora zameldowałam się w Zwierzyńcu. Czekały mnie dwa dni w tym niewielkim miasteczku i na łonie natury. Cały zresztą wyjazd miał swoje korzenie w zwiedzaniu parków narodowych, a tym razem przyszedł czas na odwiedzenie założonego w 1974 roku Roztoczańskiego Parku Narodowego.
Pierwszego dnia pobytu postanowiłam zajrzeć do Ośrodka Edukacyjno-Muzealnego RPN, a wizytę zarezerwowałam wcześniej na 9.00. Dlatego po drodze nie zatrzymywałam się nigdzie na dłużej. Przekroczyłam rzekę Wieprz, fotografując, a mijani panowie zapytali mnie, co ciekawego wypatrzyłam. Odparłam:
– Jestem w nowym miejscu, więc odkrywam!
Przeszłam się wokół Stawu Kościelnego, widząc przy tym słynny kościół „Na wodzie”. Przy niedzieli było tu sporo wędkarzy. Jednego spytałam o drogę, drugi zagadał mnie, wyrzucając na bok schwytaną gałąź i śmiejąc się, jaka zdobycz. Rzuciłam zatem w jego stronę:
– To udanego połowu!





Dalej minęłam jeszcze browar z 1806 r., nim znalazłam się na terenie Ośrodka Edukacyjno-Muzealnego RPN. Okazało się, że bilety i tym podobne można nabyć w stojącej po sąsiedzku informacji turystycznej. Pani była bardzo serdeczna i obiecałam wrócić do niej później po pamiątki i bilet wejścia do Parku. Na terenie zlokalizowana była także kolorowa pasieka oraz sklepik z miodami i produktami na bazie wosku.
W Ośrodku na początek odbyłam zwiedzanie z przewodnikiem po wystawie stałej „W krainie jodły, buka i tarpana”. Jak większość tego typu placówek, dominowały tu dioramy. Scenki rodzajowe prezentowały życie na poszczególnych etapach rozwoju tutejszego krajobrazu, a wzbogacono je informacjami na ekranach, które jednak fotografowałam wybiórczo, żeby nie kazać czekać zbyt długo panu przewodnikowi. Gdyby nie jego obecność, pewnie zwiedzałabym wystawę nie 45 minut, a godzinę czy półtora, ale jednocześnie nie wypatrzyłabym wielu mniejszych lub wtopionych w roślinność zwierząt, głównie ptaków i węży. Dzięki panu wiedziałam, gdzie warto spojrzeć i na co patrzę.
Już na starcie dowiedziałam się, że z powodu wędrówki kontynentów Roztocze w dziejach Ziemi znajdowało się na różnych półkulach, a był też czas, kiedy mieściło się pod wodą. O tym wspomniano w pierwszej sali, gdzie mogliśmy poczuć się sami, jakbyśmy byli pod wodą. Moim oczom ukazał się m.in. przypominający nieco współczesną kałamarnicę wymarły belemnit. Zostały też ślady po amonitach żyjących w płytkim morzu kredowym. Na nie, ale także na ryby, polowały mozazaury. Dziś śladem po tym okresie są latami sprasowywane pod wpływem ciśnienia osady kredowe.
Bardziej znajomo wyglądały dinozaury lądowe w kolejnej sali. Poza słynnym tyranozaurem zobaczyłam dinozaura o charakterystycznej głowie: hadrozaura. Pierwsze dinozaury okresu kredowego odkryto ponoć właśnie na Roztoczu. Był to również czas wielkich paproci. Na wystawie pokazano również przykład rosnącego już wówczas drzewa, jakie znamy dziś, ale niestety nie zapamiętałam gatunku. Ponadto w sali umieszczono jeszcze skrzemieniałe drewno, tzn. jego pnie były wysycone krzemionką. Przewodnik nawet zasugerował, by dotknąć go i rzeczywiście dawało w dotyku inne wrażenie.
Następna sala nawiązywała do puszczy pierwotnej i zdecydowanie leśne przestrzenie wyglądały bardziej znajomo, także pod kątem gatunków zwierząt. Wilk, żbik czy ryś potrzebowały dużego areału leśnego, którego dziś nie dają im ponoć wszystkie polskie parki narodowe w sumie. Gdzieniegdzie przysiadały ptaki, w tym puchacz czy dzięcioł, ale opuszczone dziuple z chęcią wykorzystywały np. nietoperze. Mega spodobało mi się to, że do dziupli można było zajrzeć, a wnętrze podświetlono, eksponując nowych mieszkańców. Nie dopatrzyłam się węża Eskulapa, póki nie wskazał mi go przewodnik, ale za to niedźwiedzia nie dało się przeoczyć. Zawiesiłam też oko i uśmiechnęłam się na widok całej gamy chrząszczy.
Diorama w zimowej szacie pozwalała przyjrzeć się wiewiórce i zającowi, a co baczniejszy obserwator mógł odnaleźć gryzonie pod kamieniami. Wreszcie miałam też nadzieję zapamiętać, jak rozpoznać łasicę i gronostaja. Ten drugi był większy i nie wybarwiał się na zimę cały na biało, ale na jego ogonie pozostawał czarny pierścień. Druga diorama ukazywała polowanie wilków na dziki. Znów bohaterami drugiego planu były różnorakie ptaki.
Kolejne stanowisko uzmysławiało rolę każdego etapu łańcucha pokarmowego. Zobaczyłam tam chomika wielkości świnki morskiej, co mocno mnie zaskoczyło i drapieżnego ptaka trzymającego upolowaną kaczkę. Prezentowano wszystkie poziomy troficzne, od roślin począwszy. Pan podkreślał, że ogniwa pomiędzy łańcuchami mogą się oczywiście w pewnym stopniu wymieniać.
Bagienne tereny polubiły głuszec i cietrzew, obecnie gatunki zagrożone. Może to dziwne, ale w tym miejscu moją pierwszą myślą było, że w Gdańsku ulice o tych nazwach leżą po sąsiedzku. I ponownie, bez przewodnika żmii bym się nie dopatrzyła.
Kolejne dioramy prezentowały znane zwierzęta leśne w borach sosnowych i : borsuki, lisy, sarny, jelenie, lochę z młodymi dzikami i dorosłego dzika zażywającego kąpieli błotnej, by następnie otrzeć się o drzewo i w ten sposób wyzbyć pasożytów. Oczywiście na dioramach nie mogło zabraknąć przeróżnych ptaków. Ciekawostką był też dla mnie jenot, kojarzący się nieco z wyglądu z szopem praczem. I teoretycznie był to na ziemiach polskich gatunek obcy, ale być może po prostu rozszerzył swój zasięg nieco na zachód.
Po przejściu przez wszystkie pory roku w lesie, można było zajrzeć nad wodę i pod jej taflę dzięki kolejnej dioramie. Poza ptakami, wyróżniały się tu bóbr i wydra, polująca na ryby. Dopatrzyłam się również traszki i małży. Znalazł się tu jeszcze żółw i nie powiem, ucieszył mnie ten fakt 🙂
Na deser ostały się słynne koniki polskie. Dawniej w lasach Roztocza można było spotkać koniki leśne zwane tarpanami. Nim wyginęły, ostatnie sztuki przekazano chłopom, gdzie krzyżowały się z końmi domowymi. I tak powstały koniki polskie, późniejszy symbol Roztoczańskiego Parku Narodowego.
Ostatnia diorama uświadamiała, jak człowiek współgrał z naturą, kształtując charakter Roztocza. Tej krainy dotyczyła również wystawa czasowa przeznaczona do samodzielnego zwiedzania i film, który obejrzałam tuż przed opuszczeniem Ośrodka.





















Zgodnie z obietnicą zajrzałam ponownie do przemiłej pani z informacji turystycznej. Wybrałam pocztówki, zaskoczyłam się brakiem nalepki z logo Parku już w kolejnym polskim parku narodowym, ale najbardziej zadowolona byłam z zakupu przewodnika po Roztoczańskim Parku Narodowym. Zawierał ramowy opis, długość, czas przejścia i mapki do wszystkich ścieżek poznawczych, które zamierzałam zobaczyć, a przy tej okazji praktyczny (z mojego punktu widzenia) plan samego Zwierzyńca. Stał się właściwie bazą dla moich wędrówek tego dnia i nazajutrz.
A zaczęłam od wejścia tuż przy Ośrodku na ścieżkę prowadzącą do szlaku zielonego Aleją im. Aleksandry Wachniewskiej i niebieskiego Po wydmie do Stawów Echo. Wybrałam na dziś ten drugi, pierwszy mając zamiar przejść nazajutrz.
Droga mierzyła około 1,7 km i wiodła przez las, wyglądając podobnie jak niektóre lasy pomorskie. Aura była przyjemna i bardzo dobrze mi się tam oddychało, przez co doszłam do wniosku, że może rzeczywiście pod kątem alergii bardziej służą mi lasy niż kwitnąca zieleń miejska. Pomyślałam, by w przyszłości bardziej zwrócić na to uwagę, czy rzeczywiście tak nie jest.
Gdy szłam już niebieskim szlakiem, jako pierwszych minęłam państwa z pieskiem, który postanowił mnie obwąchać.
– Nowe nogi – zaśmiał się pan.
Na trasie zaciekawiły mnie drzewa, miejscowo pozbawione kory, o regularnych wgłębieniach w głębszych warstwach, które wyglądały raczej na wydrążone ręką człowieka niż naturalne, ale nie byłam w stanie stwierdzić jednoznacznie, jak i czemu powstały.
Dość szybko dotarłam nad Stawy Echo, a trasa na tym odcinku wiodła po kładkach. Nad tym brzegiem, wzdłuż którego szłam, mieściło się kąpielisko i trochę ludzi rzeczywiście postanowiło ten fakt wykorzystać. Sama nie schodziłam nad plażę, ale widoki były cudowne, więc fotografowałam jak najęta, zarówno z kładek, jak i platformy widokowej, gdzie dotarłam niedługo później. Jedyne, czego żałowałam, to fakt, że nie dopatrzyłam się koników polskich na wyspie, choć w Ośrodku dowiedziałam się, że mają tu swoją przestrzeń – ostoję, gdzie ingerencja człowieka została ograniczona do minimum. Liczyłam, że zobaczę je choć z daleka, skoro pieszo nie dałabym rady w dwa dni obejść wszystkiego i być jeszcze we Floriance, gdzie mieli ich hodowlę, bo dzieliło mnie od niej 7 km.
Przeszłam się wzdłuż tablic na parkingu, po czym weszłam na szlak czarny, krótszy od niebieskiego, a również łączący Stawy Echo i Ośrodek Edukacyjno-Muzealny RPN. Właściwie była to dość prosta, około kilometrowa, leśna, szeroka droga. Największą przygodą na trasie była idąca z naprzeciwka grupa seniorów, którzy wchodzili do muzeum po mnie, a jedna z pań spotkała mnie wcześniej w informacji, więc teraz mnie poznała i posłałyśmy sobie uśmiechy 🙂
Będąc znów przy Ośrodku i widząc, że godzina jeszcze młoda, zdecydowałam się przejść tego samego dnia również szlak zielony na Bukową Górę długości 2,6 km wg przewodnika, przy czym przebiegał tak, że musiałabym również nim wracać. Uprzednio odwiedziłam stoisko z miodami i kupiłam małe miodowe pierniczki, by dodać sobie energii na szlaku.













Chwilę później stałam już przy budynku Dyrekcji Parku. Dawniej był to dom plenipotenta dóbr Ordynacji Zamojskiej. Za drewnianą bramą znalazłam się na terenie Parku, na właściwym szlaku.
Tę ścieżkę poznawczą opatrzono tablicami przyrodniczymi. Pierwszy na mojej trasie był bór sosnowy na wydmie, a kawałek dalej bór sosnowy świeży. Co jakiś czas łowiłam bardziej artystyczne kadry wśród przewalonych drzew czy roślinności runa.
Wkrótce wzdłuż drogi pojawiły się duże głazy. Następnie wypełniły całą polanę, skąd ścieżki biegły w cztery strony świata. Okazało się, że zaskakująco szybko dotarłam do Pomnika Pamięci Poległych Leśników. Widniały tu daty 1939 i 1956 oraz hasło, iż „oddali życie za Polskę”. W innym głazie wykuto też orła.
Mogłam w tym miejscu skręcić na Piaseczną Górę, a po zapoznaniu się z trasą w przewodniku, uznałam to za bardzo dobry pomysł trasy powrotnej. Właściwie po co miałam iść główną drogą do wspominanego już parkingu przy Stawach Echo, jeśli byłabym już prawie w tym miejscu i mogła wrócić nowym dla siebie żółtym szlakiem do Zwierzyńca. Uznałam, że skoro tak świetnie mi się spaceruje po lesie, to tak właśnie zrobię. Tym samym zapadła też decyzja, by sam Zwierzyniec zwiedzić nazajutrz.
Tymczasem jednak miałam do przejścia resztę szlaku zielonego aż do wsi Sochy i z powrotem do punktu w którym stałam. I nie wiedziałam, że to ten odcinek ze wszystkich leśnych będzie najbardziej wymagający, ale też wart tego wysiłku.
Najpierw trafiłam na bór sosnowy świeży z jodłą. Chwilę później na głazie wyczytałam informację, że mieścił się tu rezerwat ścisły Bukowa Góra z 1934 roku, im. hrabiego Maurycego Zamoyskiego. Dalej weszłam już w wyżynny bór jodłowy.
A dalej zaczynały się schody. Dosłownie i w przenośni. Miałam ich do pokonania pewnie kilkaset, ale dzięki temu wspinaczka nagle o jakieś 70 metrów nie była dramatem. Choć na pewnym odcinku usłyszałam tętnienie krwi w uszach, przeszłam całość bez zmęczenia. Na dole przewrócona kłoda przypomniała mi paszczę jakiegoś zwierzęcia, jakby pilnowało, kto wchodzi. A u góry powitała mnie buczyna karpacka.
Kawałek dalej zorganizowano ładny punkt widokowy. Jeszcze nim do niego doszłam, przez szczelinę w koronach drzew, której kształt przypominał mi Polskę, zobaczyłam pierwsze fragmenty panoramy. Na punkcie widokowym było rzeczywiście ciekawiej, ale nagrania nie przyszły w tym miejscu łatwo, bo jakaś para żywo ze sobą konwersowała i ciągle miałam w tle dźwięki, jak pan wychwalał walory swojego plecaka 😉 Natomiast dzięki ustawieniu w tym miejscu ławeczek i stołów mogłam się posilić w cywilizowanych warunkach, a papierki od razu wyrzucić do śmietnika. I podjąć kolejną próbę nagrań, bo Państwo zdążyli się w międzyczasie stąd zawinąć.
Schodząc w stronę wsi Sochy, miałam po prawej dalsze widoki i, przynajmniej według mnie, nawet ładniejsze. A sama ścieżka wiodła między drzewami, co skojarzyło mi się z parkową aleją. Pod koniec wyszłam ku asfaltowej drodze, choć końcówka szlaku, oznaczona zielonymi symbolami biegła ciut wcześniej w prawo po skosie.













Tak czy inaczej, dotarłam do wsi Sochy. Mieścił się tu niewielki kościółek pw. Miłosierdzia Bożego, a obok niego cmentarz. W 1943 roku hitlerowcy w okrutny sposób ukarali mieszkańców za pomoc partyzantom. Wieś podpalono, a 185 osób, niezależnie od płci i wieku, zamordowano. Gdy wojsko opuściło Sochy, dodatkowo wieś zbombardowano. Groby ofiar tamtej tragedii umieszczono właśnie tutaj.
Zawróciłam zgodnie z oznaczeniami zielonego szlaku aż do Pomnika Pamięci Poległych Leśników. Na schodach po drodze, ale niemal na szczycie, chłopak z dziewczyną zagadali mnie, czy dużo jeszcze trzeba się wspinać na punkt widokowy.
– Jak pokonacie te schody, to wyżej już nie będzie. Na pewno dacie radę.
Uśmiechnęli się w podziękowaniu, a na moją prośbę zrobili mi też zdjęcie na tle schodów.





Tymczasem przy wspomnianym pomniku, zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku ruszyłam ku Piasecznej Górze. Stąd miałam do niej kilometr, a mniej więcej drugie tyle od niej do Zwierzyńca. Szłam przez bór jodłowy i wedle przewodnika tutejszy drzewostan liczył sobie ponad 100 lat! Na moment wychodziło się na polanę i znów wchodziło w las.
Piaseczna Góra miała 298 m n.p.m. Oferowała widoki na Zwierzyniec i rzekę Wieprz, aczkolwiek częściowo zasłonięte drzewami. Dodatkowe ławeczki zajęli inni turyści i znów trudno było coś nagrać, bo gadali, tym razem o alergii na orzechy. Pani dziwiła się, że pan nie zdawał sobie sprawy, że jest uczulony. Cóż, mnie moje alergie też czasem zaskakują, choć na szczęście nie w sposób zagrażający życiu. I oby tak zostało.
Wracając do szlaku, tabliczka w tym miejscu mówiła o pomiarze tętna i z ciekawości sama sprawdziłam, ile miałam. Okazało się, że moje tętno wynosiło 119. Spacerowym tempem schodziłam coraz niżej, idąc polaną śródleśną, określaną w przewodniku jako żerowisko saren, dzików i jeleni. Szłam właściwie przy samej linii lasu, aż szlak znów wrócił do lasu.
Niedługo później miałam wyjść na ulicy Szkolnej w Zwierzyńcu, po przejściu czterech szlaków jednego dnia. Byłam naprawdę dumna z siebie! Już miałam w głowie wizję poszukiwania miejsca, gdzie zjem pyszny obiad „w nagrodę” 😉
Aż tu nagle sytuacja zmieniła się jak w kalejdoskopie, bo w lewo biegł jeszcze czerwony szlak tzw. Ścieżka szlakiem Miejsc Pamięci Narodowej. Zawahałam się. Miałam już trochę kilometrów w nogach i stopniowo robiłam się głodna. Ale nie planowałam dziś zwiedzać już nic więcej, a ten szlak miał zająć tylko pół godziny i mierzyć 0,5 km.
Co zrobiła Marta? Uznała, że jest tu może jedyny raz w życiu i będzie żałować, jeśli nie pójdzie. Więc ruszyłam, nim zdążyłam się rozmyślić. Bardzo szybko dotarłam do cmentarza wojennego, gdzie znajdowały się mogiły, rzadko imienne, częściej zbiorowe i anonimowe, zarówno z okresu powstania styczniowego, jak i obu wojen światowych. Ścieżka prowadziła dalej do pomnika przy ulicy Biłgorajskiej, również upamiętniający powstańców styczniowych.





I gdy już wyszłam na Biłgorajskiej, zaczęłam kierować się do centrum Zwierzyńca. Nie będąc do końca pewna jego bazy gastronomicznej, weszłam do pierwszej wypatrzonej restauracji o melodyjnej nazwie Sonata i rzeczywiście z głośników wydobywała się muzyka fortepianowa. Obsługa była bardzo elegancka i mój turystyczny strój nie przystawał do otoczenia, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Wybrałam frykadelki z frytkami i surówką, a żeby dorzucić jeszcze ciut witamin, poprosiłam też o świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Jedzonko było smaczne i syte.


Po opuszczeniu restauracji podeszłam do kościółka „Na wodzie”, mając nadzieję, że będzie otwarty i zobaczę iluzjonistyczne polichromie, z których słynął. W niedzielne popołudnia ta część miasteczka tętniła życiem, a ponadto rozstawiły się różne kramiki. Spodobały mi się wiklinowe kosze, szczególnie jeden. Nieduży, ale niekoniecznie poręcznie byłoby mi z nim wracać do Gdańska. Po powrocie zasiadłam znów do pisania. Wena podczas tego wyjazdu mnie nie opuszczała.

Bilans dnia wyniósł 12,8 km. Przebyłam cztery z pięciu zaplanowanych szlaków poznawczych, ale wiedziałam, że i nazajutrz nie będę się nudzić. Obiecałam też sobie, że jeżeli pogoda się utrzyma, to pójdę na lody 🙂
