W Lublinie wsiadłam w pociąg regio odjeżdżający z peronu 1b w stronę stacji Zamość Wschód. Zamierzałam wysiąść na stacji Zamość. Między nimi była stacja Zamość Starówka, ale zależało mi nie tylko na zobaczeniu rynku, choć na nim w szczególności.
Byłam w Zamościu jeszcze w okresie licealnym i przyznać muszę, że niewiele zapamiętałam z tamtego wyjazdu poza rynkiem i schodami ratusza, ale wywarły one na mnie wówczas takie wrażenie, że skoro Zamość miałam i tak po drodze do docelowego miejsca, uznałam, że grzechem byłoby nie odwiedzić go choć na chwilę.


Zameldowałam się tam zatem koło południa, uzbrojona w mapkę od pani z informacji turystycznej w Lublinie. Przywitało mnie radosne graffiti, ale dalej było ciut komplikacji. Przy głównej drodze remontowano chodnik i podeszłam pod pobliskie ZOO, by zapytać, czy w ogóle da się tędy przejść. Okazało się, że etap prac pozwala iść tamtędy względnie normalnie. I tak szłam bez przygód do ulicy Podgroble, bo dalej to już mi serce szybciej zabiło 😉
Na tle zieleni moim oczom ukazały się ceglane fortyfikacje. Prawdopodobnie w tym momencie patrzyłam na Bastion III. Za nimi widoczny był szczyt Kolegiaty Zamojskiej. Na nagraniach nie dało się ukryć towarzyszącego mi entuzjazmu. Czułam, że odkrywam miasto w zupełnie innej odsłonie, już nie poprzez architekturę rynku, jak to zapamiętałam, ale też pod kątem historii i architektury militarnej. I miałam zarówno przemiłe wspomnienia sprzed 15 lat, jak i cieszyła mnie ta nowa dla mnie twarz Zamościa. Cegły plus zieleń – totalnie moje klimaty.


Nim przekroczyłam Bramę Szczebrzeską, natrafiłam jeszcze na budynek wartowni, zajęty przez grupę rekonstrukcyjną Banici Zamojscy. Panowie trochę mi poopowiadali, ale także wybili monetę (dowiedziałam się, że miedzianą, gdy zauważyłam, jak jest lekka) i pokazali wystrzał z broni. Gdy chciałam zrobić sobie z nimi zdjęcie i zastrzegłam, że nie będę publikowała, wręcz zasugerowali, że mogę, bo to dla nich forma promocji. Gdy zeszło na temat rekonstrukcji i dowiedzieli się, skąd przyjechałam, okazało się, że bywają np. na wydarzeniach rekonstruktorskich w Wejherowie. Jeden z panów był pod wrażeniem, że przejechałam „700 km!” 🙂



Po wizycie u nich przeszłam przez Bramę Szczebrzeską. Choć Kolegiata Zamojska kusiła, zostawiłam ją na później. Planowałam póki co iść w lewo wzdłuż fortyfikacji do Parku Miejskiego i dopiero wówczas wracać w te okolice. Tak się nie stało, ale o tym potem 😉
Ruszyłam zatem najpierw w kierunku Muzeum Arsenał, w okolicy Bastionu III, gdzie znajdowała się również Prochownia, a kawałek dalej lapidarium. Dalej szłam ulicą Zamkową, na tyłach Pałacu Zamoyskich. Z tej strony budynek był nieco zaniedbany. Gdy dotarłam do ulicy Królowej Jadwigi, przeszłam na jej drugą stronę, gdzie mogłam podziwiać wodę wśród zieleni. Cały ten rejon był bardzo zielony, bo zaraz za nim zaczynał się już Park Miejski. Sama szłam jednak po wewnętrznej stronie fortyfikacji. I moja radość z tego faktu była nie do podrobienia, a nagrania z tego dnia naprawdę mogą być solidnym poprawiaczem humoru 🙂 Ileż radości potrafi człowiekowi dać zwykłe przejście przez poternę! 😉











Idąc dalej, mijałam kolejne tego typu obiekty, aż doszłam do ulicy Akademickiej, gdzie obok znajdowała się zresztą Akademia Zamojska. Tu sfotografowałam pomnik Dzieciom Zamojszczyzny i Bramę Lubelską Starą. Z tablicy dowiedziałam się, że miejsce to zostało uświęcone krwią hitleryzmu, ale nie wynikało stąd, w jaki sposób.
Za Bramą, wchodząc do Parku Miejskiego, czułam się przecudownie. Rozpościerało się tu dużo zieleni, a na dodatek przede mną była kolejna fortyfikacyjna budowla. I okazało się, jak ogromne mam szczęście, bo Kojec nie był otwarty stale pod turystów, a ja trafiłam akurat na czas, gdy można było wejść. Wewnątrz znajdowała się ogromna makieta Zamościa w obrębie fortyfikacji. Pan przewodnik pomógł mi się na niej odnaleźć i był zaskoczony, że nie trafiłam do niego ani od strony starówki, ani od strony Kolegiaty, skoro wchodziłam Bramą Szczebrzeską. Zauważył, że wędrowałam mocno naokoło. Ale co zobaczyłam dzięki temu, to moje 😉 W Kojcu stacjonowała też wystawa czasowa o makietach Zamościa i na jednej z plansz momentalnie wychwyciłam nazwisko Zachwatowicza, dzięki któremu odbudowano chociażby Gdańsk po wojnie.






Po samym parku za dużo nie chodziłam, wyszłam ku ulicy i sfotografowałam bramę parkową. Nie czułam jeszcze potrzeby zrobienia przerwy, a jak się okazało, nie brakowało tu przyjemnych miejsc, żeby przysiąść.
I już miałam wracać w stronę Kolegiaty, ale wypatrzyłam kolejny obiekt, a mianowicie kościół Św. Katarzyny. Zaciekawiła mnie nie tylko jego architektura, ale też plansza, czyją patronką była ta święta, a było tego naprawdę sporo. Gdy już znalazłam się w okolicy świątyni, ciągnęło mnie do kolejnych obiektów. Podeszłam pod Bramę Lubelską Nową, w czym upewniła mnie z jednej strony mapka, z drugiej starsza pani, która ot tak zapytała mnie, o której odjedzie autobus linii 21. Okazało się, że pani ma do odjazdu ponad godzinę, a niestety nie umiałam jej pomóc, czy ma jakąś alternatywę dojazdu inną linią do celu.



Gdy zobaczyłam, w którym miejscu jestem, naturalnym wydało mi się, aby spacerować dalej wzdłuż obiektów fortyfikacyjnych. Pomiędzy Bastionami VI i VII dało się wejść na górę i rzucić okiem także na miasto nieobjęte pierścieniem fortyfikacji. Widoki były fajne w każdym kierunku, a przede wszystkim różnorodne. Widok nr 1- odkrywczy: na nowsze osiedla. Cieszący oczy widok nr 2: na zabytkowe uliczki z piękną architekturą. Wreszcie widok nr 3: uświadamiający, jak solidnym tworem były fortyfikacje, a jednocześnie jak ich umieszczenie pośród zieleni dziś mogło mieć dodatkowe walory estetyczne. Zamarzyło mi się, jeśli byłoby mi dane jeszcze odwiedzać Zamość, by wraz z przewodnikiem zwiedzić Trasę Turystyczną po fortyfikacjach!





Tymczasem za Bastionem VII mieściła się Stara Brama Lwowska. Teraz jej nie przekraczałam, ale musiałam przejść przez nią później, żeby dojść na busa na Hrubieszowską.
Ale póki co pochłonęła mnie architektura wewnątrz dawnego miasta. A przynajmniej tak mi się już wydawało 😉 Najpierw zachwycił mnie kościół franciszkanów, pw. Zwiastowania NMP. Obeszłam go z każdej strony, jak również zajrzałam do środka. Od strony ulicy Okopowej podeszłam następnie pod kościół Św. Mikołaja, a wzdłuż niego na równoległą Bazyliańską, dzięki czemu mogłam zobaczyć świątynię także z przodu. W tym przypadku do wnętrza mogłam zajrzeć jedynie z przedsionka.







Pobliski Bastion I oraz ciąg muru w kierunku Bastionu II zadziałały na mnie jak magnes, ale po podejściu i sfotografowaniu znów zanurzyłam się w architekturę uliczek. Podeszłam pod tzw. Dom Centralny, piękny w swej bieli i z licznymi detalami architektonicznymi, choć jeden z mieszkańców przyglądał mi się z uwagą. Następnie odbiłam w ulicę Kościuszki, chwilę później wchodząc na Rynek Wodny. Tutejsza fontanna akurat nie była aktywna, a przeznaczenia wielkiej kamiennej kuli nie udało mi się dociec, natomiast odkryłam kolejny zabytek – dawny klasztor klarysek.
Z ulicy Moranda już widziałam ratusz, którego tak wyczekiwałam. Jednocześnie uznałam, że tę perełkę zostawię sobie na deser, a potem przy rynku na pewno znajdę jakiś lokal, by zjeść obiad, już nie w ujęciu metaforycznym.


Wkręciłam się w temat fortyfikacji tak bardzo, że postanowiłam już obejść cały ich pierścień. Pomiędzy Bastionami I oraz II znajdowało się klimatyczne zejście poza obręb murów i po krótkiej przerwie ruszyłam stamtąd znów ku Bramie Szczebrzeskiej, mijając przy tym wystawę kostiumów historycznych.
Można powiedzieć, że po dwóch godzinach spaceru z totalnym zacieszem, znalazłam się w punkcie wyjścia. Ciekawie było spojrzeć na Zamość przez pryzmat miasta, które nigdy nie zostało zdobyte (np. w okresie potopu szwedzkiego obroniły się tylko Zamość i Jasna Góra), póki nie doszło do rozbiorów i nie weszli tu Austriacy. Nie tylko przez pryzmat rynku z ratuszem, ale poprzez ceglane fortyfikacje na tle zieleni.


Tym razem jednak po przekroczeniu Bramy Szczebrzeskiej ruszyłam w stronę Kolegiaty, zwanej też Katedrą Zamojską. Kościół nosił podwójne wezwanie: Zmartwychwstania Pańskiego i Św. Tomasza. Zawdzięczał je, podobnie jak samo powstanie, osobie Jana Zamoyskiego, bez którego nie byłoby Zamościa takiego, jaki dziś oglądamy jako turyści. Hetman trzykrotnie zwyciężał w niedzielę czyli dzień zmartwychwstania, a jeden z protoplastów jego rodu miał na imię Tomasz. Takie imię nadał też synowi. Pod koniec XVI wieku zaczęto budować kościół, ale Jan nie doczekał końca budowy, bo zmarł w 1605 roku. Tomasz nie był jeszcze wówczas pełnoletni, ale gdy osiągnął odpowiedni wiek, doprowadził do ukończenia kościoła. Katedrę można zwiedzać, obeszłam zatem całość, spacerując od kaplicy do kaplicy. Szczególnie zaciekawiła mnie ta z płytą nagrobną Jana Zamoyskiego oraz rzeźbą prezentującą jego syna Tomasza. Obok mieściło się wejście do krypt, dodatkowo płatne, ale kwota była symboliczna, a pani dorzuciła mi jeszcze ulotkę z rozmieszczeniem kaplic w świątyni. Katedra rzeczywiście stała się mauzoleum rodowym Zamoyskich. Zostali pochowani w sześciu kryptach, z czego dwie ostatnie były ze sobą połączone. Chodziło się korytarzem w podziemiu, a wejścia do każdej z krypt były okratowane, ale tablice informowały, gdzie kto spoczywa.











Po opuszczeniu katedry sfotografowałam jeszcze dzwonnicę, po czym ruszyłam pod pomnik „sprawcy zamieszania”. Jana Zamoyskiego uwieczniono na koniu, na tle Pałacu Zamoyskich, który na nagraniu omyłkowo nazwałam Akademią.
Zmierzając już z niemałą radością w kierunku rynku, przezornie spojrzałam pod nogi i oto odkryłam Aleję Sław. Tablice wmurowane w posadzkę poświęcono zasłużonym dla miasta, niekoniecznie już zmarłym. Jako fanka Studia Accantus kojarzyłam nazwisko dyrygenta Tadeusza Wicherka, z którego orkiestrą koncertowało Studio, ale były tam też inne nazwiska związane z kulturą i sztuką, w tym pani konserwator zabytków.





Wreszcie nadszedł ten moment, że znalazłam się na zamojskim rynku. Tak wyczekiwany, że momentalnie uśmiechnęłam się jeszcze bardziej (choć miałam poczucie, że w Zamościu uśmiecham się cały czas) i z tej radości chciałam chłonąć jak najwięcej, aż nie wiedziałam za co zabrać się najpierw. Moja mapka wskazywała, by szczególną uwagę poświęcić czterem obiektom, z czego jednym był Ratusz, drugim Kamienice Ormiańskie. Te poznałam od razu, dwóch kolejnych postanowiłam zatem poszukać pośród pierzei. A były to Kamienice Morandowska i Linkowska. Przy tej okazji najpierw stanęłam pośrodku rynku, zwanego na tle pozostałych Rynkiem Wielkim, by go chwilę popodziwiać w całości, a następnie zaczęłam chodzić wokół, częściowo w podcieniach, przy okazji oglądając menu lokalnych restauracji. Zakupiłam też przewodnik tej samej firmy, co wcześniej o Kazimierzu i uznałam, że są naprawdę praktyczne, a już widok całego rynku z ponumerowaniem każdej kamienicy kupił moje serduszko (choć zauważyłam to dopiero, pisząc ten tekst). Na pamiątkę znalazłam też pocztówkę, która zawierała jednocześnie Ratusz i Kamienice Ormiańskie, bo taką sobie wymarzyłam, choć nie była w formie zdjęcia, ale malunku.
Przyszedł czas podelektować się samym Ratuszem, a także na zdjęcia na jego tle. Poza selfie pokusiłam się jeszcze, by poprosić państwa z synkiem, czy zrobią mi zdjęcie. Pan był na tyle miły, że wykonał ich kilka (pionowe z Ratuszem i poziome z całą pierzeją z Kamienicami Ormiańskimi), a synek na tyle ciekawski, by zaglądać mi w telefon, jak wyszły, ale podeszłam do tego z humorem 😉 Jedną z fotografii wysłałam z pozdrowieniami mamie, bo to z nią i bratem byłam tu kiedyś. Bez problemu poznała, że to Zamość 😉
Weszłam także na schody ratuszowe, a przed wejściem natrafiłam na dziewczynę, która rysowała portal czy może detale wokół niego. Nie zaglądałam jej przez ramię, żeby nie przeszkadzać. Podjęłam kilka prób nagrania tutejszych widoków bez rodzinek w kadrze i bez ich rozmów, po czym zeszłam w kierunku Kamienic Ormiańskich. Pamiętałam ich ogólną estetykę, niesamowicie wyglądała każda z nich w innym kolorze, ale z jednorodną bielą zdobień. Ale muszę przyznać, że nie pamiętałam ostatniej z nich, Pod Madonną, gdzie dodatkowe barwne płaskorzeźby naprawdę wyglądały niesamowicie!








Wówczas wybrałam się na obiad do lokalu Figa z makiem. Zjadłam bardzo dobry makaron m.in. z dodatkiem prażonej ciecierzycy i najlepszą rabarbarową lemoniadę, jaką piłam w życiu. Pani z obsługi rzuciła też okiem na mój bagaż, żebym nie musiała iść z tym wszystkim do łazienki (zresztą w środku i tak zwątpiłam, czy zmieścilibyśmy się tam razem – mój górski plecak i ja). W międzyczasie dostałam rachunek i poprosiłam, by zaokrągliła do równej dyszki. Nie zawsze daję napiwki, staram się podróżować „budżetowo”, bo i sama pracuję w budżetówce 😉 ale pani naprawdę była super. Na paragonie zobaczyłam jednak, że nie zaszalałam (aczkolwiek cieszyła się z tej złotówki bardziej niż pan na Placu Litewskim, że w ogóle coś wrzuciłam), więc wychodząc, dałam jej jeszcze piątaka, jednocześnie chwaląc ją, jak była przemiła, za co odwdzięczyła mi się miłym uśmiechem i pełnym radości: „bardzo dziękuję!” 🙂 Na jej prośbę oddałam też głos na nich w internetowym rankingu. Wychodząc, życzyłam jej miłego dnia, a ona mi udanej dalszej podróży 🙂
Tak naładowana pozytywną energią podeszłam jeszcze pod budynek synagogi, bo według mapki tylko jego mi brakowało z interesujących mnie obiektów. Następnie przez Grodzką, jak się okazało koło domu Marka Grechuty, wyszłam ku Bramie Lwowskiej.



Po jej drugiej stronie uznałam, znów widząc cegłę, zieleń i szczyty budynków za nimi, że gdybym z całego serduszka nie kochała Gdańska i nie chciała mieszkać nad morzem, to Zamość byłby ciekawą alternatywą dla tej Marty, którą stałam się w ostatnich latach. Tej zaciekawionej historią miejsc, wzbogaconą biografiami ludzi, ale jednocześnie kochającą naturę, połączenie cegły i zieleni, starającą się dostrzec w architekturze coś więcej niż walory estetyczne. Jednocześnie Zamość w tym pierścieniu fortyfikacji wydał mi się całkiem do ogarnięcia wiedzowo. I jak głosił przewodnik, był „miastem idealnym”, bo taki był zamiar Zamoyskiego i takim uczynił go pochodzący z Padwy architekt Morando. We wspomnianych granicach Zamość wydał mi się projektem kompletnym. Po prostu.



Jedynym mankamentem Zamościa, poza tym, że nie był Gdańskiem i nie leżał nad morzem 😉 wydało mi się jego skomunikowanie, bo jako osoba często podróżująca doceniam bardzo ten walor Gdańska. Tym niemniej, już w drodze na PKS do Zwierzyńca, miałam w sobie nadzieję do Zamościa jeszcze wrócić. Koncepcji na podróże mi nie brakowało i w mojej głowie na pewno było miejsce na taką z Zamościem na trasie, ale nikt nie wie, co jeszcze życie przyniesie 😉
Bilans dnia wyniósł około 9,6 km. Plus obolałe plecy i jedno ramię. I delikatne ślady opalenizny, nieco mocniejsze na karku. Na szczęście plecki miały już mieć lżej, bo nie zamierzałam dźwigać całego bagażu aż do dnia powrotu do Gdańska. A słońcu miałam nadzieję jeszcze dać się złapać, tym razem na łonie natury.
