Kontynuując naszą wyprawę, weszliśmy z Tomkiem na ulicę Grodza Kamienna, prowadzącą ku Dolnemu Miastu. Minęliśmy nieduży ciek po naszej lewej, tymczasem idąc w kierunku Bastionu Żubr, po prawej natrafiliśmy na głaz upamiętniający Kresowian, którzy w Gdańsku znaleźli po wojnie swój nowy dom. Nieopodal mieściła się kiedyś brama kolejowa, a resztki torów mieliśmy pod nogami, wędrując po prostu ulicą. Mijając z kolei pięć starszych budynków, zastanawialiśmy się, czy były to mieszkania dla pracowników kolei, a może gazowni, która ponoć też była kiedyś w pobliżu. Tomek zauważył, że informacje te znajdowały się rzeczywiście w opisie czerwonego szlaku motławskiego. Dodatkowo pomiędzy budynkami ludzie parkowali swoje auta i w jednym z nich, przypięty pasami na miejscu pasażera, siedział… pluszowy miś.


Wkrótce znaleźliśmy się w pobliżu Śluzy Kamiennej. W okolicy wrót śluzy widniał znak wysokiej wody z 1829 roku. Prócz tego dopatrzyliśmy się tabliczki informującej o renowacji w 2004 roku. Obok mieściły się ruiny dawnego młyna, ale warto było też odwrócić się w stronę południa. Dwie groble naprowadzały wodę na śluzę. Zwieńczone były wieżyczkami, zwanymi „Dziewicami” ze względu na ich niedostępność. Niestety jedna z grobli znalazła się już w dużej mierze pod wodą, od dłuższego czasu oczekując na rewitalizację.




Za śluzą ulica zmieniła nazwę na Reduta Wilk, a obok mieścił się Bastion Wilk. Idąc cały czas na wprost, ponownie trafiliśmy na pozostałości torów kolejowych. Dodatkowo tereny nad Opływem Motławy zaadaptowano na ścieżki spacerowe. Równolegle biegła ulica Reduta Wyskok.
Poza nadrzecznym krajobrazem obserwowałam także detale bliżej nas, np. wypatrzyłam włochatą gąsienicę. Zrobiliśmy sobie również przystanek regeneracyjny na jednej z ławek. Tomek zaprezentował paczkę, jaką zwykle bierze na dłuższe wyprawy. Były w niej cukierki, w tym kawowy.
– Chcesz też? Jest kawowy i cytrynowy – zapytał.
– Jak cytrynowy, to poproszę. Kawy nie piję.
Tomek uraczył mnie zaskoczonym spojrzeniem, ale nie drążył tematu. Sam chwycił jeszcze jabłko i powoli ruszyliśmy dalej. Całkiem przyjemnie wędrowało się wśród zieleni, ale na wysokości tęczowego mostu na Olszynkę (który tym razem z oddali nie prezentował takiej mnogości i intensywności barw) odbiliśmy ponownie ku zabudowie mieszkalnej.




Spacerując ulicą Reduta Miś, zajrzeliśmy w Kurzą i Szczyglą. Moją uwagę zwróciło kilka odnowionych budynków tuż przed skrzyżowaniem z ulicą Kieturakisa, jak również graffiti na garażach kawałek dalej. Dotarliśmy do bramy wieńczącej ulicę. Na zamkniętym terenie stała głównie ceglana zabudowa, a ponadto drogą biegły tory. Zawróciliśmy, mijając przeprowadzających remont robotników. Skręciliśmy w ulicę Kieturakisa. Po lewej stronie mieściły się TBS-y, po prawej zaś rusztowania zasłaniały gmach dawnego szpitala i Dworu Uphagena, które były remontowane przez nowego właściciela (o tym, jak to wygląda po remoncie, przeczytacie tutaj).



Znaleźliśmy się na skrzyżowaniu z Łąkową (stanowiącą główną oś tej części Śródmieścia) po prawej, skręciliśmy jednak w lewo we Wróblą. Mój wzrok momentalnie przyciągnął biały, elegancki budynek na rogu naprzeciw. Dopiero po jego sfotografowaniu kontynuowaliśmy nasz spacer. Podeszliśmy do tramwaju, który wpisał się już trwale w krajobraz Łąkowej, jednocześnie upamiętniając fakt, iż rzeczywiście kiedyś tą trasą kursowały takie pojazdy. Aktualnie było to miejsce związane z wydarzeniami organizowanymi np. przez Opowiadaczy Historii w celu promocji Dolnego Miasta. Na tym odcinku fotografowałam głównie kamienice, które przykuwały wzrok detalami architektonicznymi. Weszliśmy także na moment do środka jednej z nich, aby obejrzeć ciekawą klatkę schodową. I tak odwiedziliśmy Szczyglą i Kurzą, po czym skręciliśmy w Toruńską.







Skręcając niedługo później w Przyokopową, momentalnie skupiłam się na budynku o numerze 2. Bardzo mi się spodobał, więc zaczęłam go fotografować. U góry mieściły się ładne płaskorzeźby – jakby dzieciaczków trzymających girlandy. Na wstęgach w ornamencie znalazły się napisy: „Schneider” i „1901”. Nasze domniemania były takie, że może był to rok powstania budynku oraz nazwisko właściciela, ale nie sposób było to sprawdzić w terenie. Gdy stanęłam po drugiej stronie ulicy, chcąc sfotografować bardziej „ogół” niż „detal”, uznałam:
– Z tej perspektywy ta sowa wygląda groźnie, a jakby tak blisko to była sympatyczna – moje słowa ewidentnie rozbawiły Tomka.
Oglądaliśmy również dwa domy na rogach przy Toruńskiej i Tomka zastanowiło, czy okładzina była kamienna, czy tylko tynk tworzył takie wrażenie.
– Ten budynek wygląda, jakby był z białej czekolady – skomentował.
– O, urocze – oceniłam.




Ciekawostek w zdobieniach kamienic nie zabrakło także dalej, gdy przeszliśmy się kolejno Polną, Radną i Wierzbową. Szczególnie często przystawaliśmy na tej ostatniej. Wtopione kolumny, pilastry, atlanci, inne płaskorzeźby, okalające okna i przyciągające wzrok przechodniów, nie uszły i naszej uwadze. Ciekawostką była również tabliczka z nazwą ulicy, która na jednym krańcu wyglądała inaczej niż na drugim i niż pozostałe tabliczki w okolicy – font był zdecydowanie bardziej ozdobny, miał więcej zawijasów i skojarzył mi się z kaligrafią.


W obrębie kolejnych ulic – Zielonej i Fundacyjnej, natrafiliśmy na kilka „smaczków” wynikających prawdopodobnie z przebudów tutejszych budynków. Przykładowo natrafiliśmy na drzwi znajdujące się znacznie powyżej poziomu gruntu, ale także na osobne wejście do piwnic (?). Przy jednej z posesji siedział także kociak, którego momentalnie poruszyła nasza obecność i zaczął miauczeć, choć byliśmy kilka metrów od niego. Na Zielonej dopatrzyłam się jeszcze ciekawej aranżacji na ścianie, w którą skomponowano również hotel dla owadów i opatrzono hasłem „zielona Zielona”.





Niedługo później wyszliśmy nad tzw. Nową Motławę, wzdłuż której biegła ulica Dobra. Zastanowił nas ustawiony nad wodą fotel. Po przeciwnej stronie rzeki rozbudowywano nowoczesną zabudowę, tymczasem bliżej nas mieściły się m.in. pozostałości budynków powstałych dzięki Fundacji Abegga, jeszcze na koniec XIX wieku. Za Toruńską ulica zmieniała nazwę i była to już Kamienna Grobla.



Na moment odbiliśmy w prawo na wysokości Szkoły Podstawowej nr 65, której patronem był Alf Liczmański. Jego popiersie umieszczono od frontu. Gdy fotografowałam, podeszła do nas pani, która dołożyła doniczkę z kwiatkami („z dodatkowymi kwiatkami, jakieś tam wrzosy, takie niby dynie i w ogóle”). Uśmiechnęła się do nas, poprawiła doniczkę, po czym podsumowała:
– Teraz można robić zdjęcie.


Minęliśmy szkolne boisko, przeszliśmy się dalej nad rzeką, a kolejną ulicą, w którą skręciliśmy, była Dolna. Natrafiliśmy na wyrwany i leżący na ziemi znak drogowy. Dopatrzyliśmy się też bardzo wąskiego budynku mieszkalnego. A rzucając okiem na bloki w pobliżu, bliżej nas zobaczyliśmy stół do ping-ponga. Odwiedziliśmy ulicę Szuwary, ale ostatecznie ruszyliśmy Jaskółczą.

Stamtąd zajrzeliśmy w ulicę Przesmyk, ale generalnie trzymaliśmy się cały czas Jaskółczej i Jałmużniczej, mijając najpierw budynek przychodni, dalej arcyciekawy, ceglany i bogaty w detale gmach Centrum Sztuki Współczesnej, a naprzeciw niego, już przy ulicy Śluza, znajdowało się wejście na teren szkoły, z datą 1901 widniejącą dzięki użyciu innej barwy kostek tworzących nawierzchnię.
– Wejdziemy na podwórko szkoły? – zapytał Tomek.
– Wolno?
– Jest otwarte.
Zatem weszliśmy. Nie byłam pewna, czy ceglany budynek wciąż był użytkowany, ale samo obejrzenie wiekowej, ceglanej bryły, sprawiło mi przyjemność. Gdy wychodziliśmy niedługo potem, choć brama była otwarta na oścież, a tylko furtkę zabezpieczono łańcuchem, Tomek zaczął się wygłupiać:
– O nie, zamknęli nas łańcuchem. Nie wyjdziemy stąd!
Zrobiłam Tomkowi zdjęcie, jak udawał, że nie może wyjść.





Oczywiście bez problemu mogliśmy w rzeczywistości swój spacer kontynuować i wkrótce znaleźliśmy się na Łąkowej. Obok inwestycji przy Kieturakisa mieścił się kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Tym razem przyjrzeliśmy się tylko z zewnątrz złożonej bryle świątyni, wnętrza zaś nie udało nam się zobaczyć. Natrafiliśmy natomiast na słup, który był pozostałością po trakcji tramwajowej.






Niedługo później znaleźliśmy się na terenach zaadaptowanych przez różne instytucje i lokale gastronomiczne, ale dawniej będących siedzibą Królewskiej Fabryki Karabinów. W tym ceglanym zaułku czułam się jak w raju, nawet pomimo faktu, że niektóre budynki ostały się niezagospodarowane, ich stan według tabliczek zagrażał bezpieczeństwu, a okna nie wszędzie miały szyby. Gdy robiliśmy zdjęcia chaszczy za bramą główną, a krajobrazu po obu stronach dopełniały cegły, westchnęłam przy entej próbie:
– To jest najsensowniejsze zdjęcie tego budynku, jakie zrobiłam.
Zadanie nie należało do prostych, bo teren był dość obszerny. Trudno było uchwycić całość, więc skupiłam się na detalach. Również Tomek próbował fotografować obiekt przez bramę i telefonem, i aparatem, spoglądając co chwilę, co mu z tych zdjęć wychodziło. Zauważył też nagle przyczepionego do samej bramy ślimaka i gdy zawołał „o, ślimak”, uwieczniłam i jego.
Spacerując jeszcze chwilę w tej przestrzeni, zauważyłam wejście z napisem „Łą” i dopiskiem poniżej „happy bar”. Przed nim stały różowe rowery, więc stwierdziłam, że rzeczywiście było tam dosyć radośnie. Nieopodal na ścianie rósł jeszcze kolorowy bluszcz.









Wróciliśmy na Łąkową i minęliśmy budynek LPP, dawnej Fabryki Monopolu Tytoniowego, projektu Bielefeldta. Skręciliśmy dopiero w ulicę Królikarnia. Odbiliśmy w ulicę Sempołowskiej, gdzie dopatrzyliśmy się budynków z przełomu XIX i XX wieku, opatrzonych datami u szczytu fasady, które same w sobie były ciekawe, choć lekko zaniedbane. Tamtędy wyszliśmy ku ulicy Reduta Dzik, gdzie odkryliśmy bardzo ciekawe zbiorowisko niskich domków, dodatkowo z ogródkami. Na koniec odwiedziliśmy Chłodną, ale zawróciliśmy z niej w stronę Opływu Motławy, gdzie ponownie trafiliśmy na ładnie zaaranżowane tereny spacerowe. Ostatecznie ruszyliśmy Podwalem Przedmiejskim do dworca, kończąc tym samym pierwszą wspólną wędrówkę.












Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!
