Śródmieście #4 co dwóch przewodników to nie jeden – Stare Przedmieście

Kolejną wyprawę zaplanowałam dwa dni później. Rozpoczęłam ją jeszcze w pojedynkę, w oczekiwaniu, aż dojedzie mój znajomy. Wysiadłam na przystanku tramwajowym Okopowa i nim zeszłam do tunelu, rzuciłam okiem ku ulicy Kładki, gdzie dawniej mieścił się mój wydział – Wydział Biologii Uniwersytetu Gdańskiego.

Z tunelu wyszłam właśnie na ulicę Okopową i na początek minęłam ciekawy budynek Komendy Wojewódzkiej Policji, z zabudowanymi balkonami, sterczynami u szczytu i przede wszystkim zbudowany z cegły. Warto było podnieść głowę, by zobaczyć umieszczony wysoko na zachodniej ścianie pomnik… psa. Przy skrzyżowaniu z ulicą Św. Trójcy mieścił się skwerek z fontanną, skąd było widać kościół pod tym samym wezwaniem, dawne zabudowania klasztorne obecnie jednak zajmowało Muzeum Narodowe. Obfotografowałam z tej strony rozbudowaną bryłę kościoła, a prócz niego uwagę zwracał dom galeriowy. Podeszłam bliżej niego, ale najpierw postanowiłam odwiedzić wspomnianą już ulicę Kładki, totalnie skupiając uwagę na gmachu mojej dawnej uczelni, aktualnie zajmowanym przez Międzyuczelniany Wydział Biotechnologii, ale powstał on jako Viktoriachule w początkach XIX wieku.

Gdy zawróciłam, weszłam na dziedziniec kościelny przejściem koło domu galeriowego. Znajdowały się tam figury świętych Klary i Franciszka, krzyż, nieco zaaranżowanej roślinności, ale także ławki i stojak na rowery. We wnętrzu tego kościoła byłam po raz pierwszy i się zachwyciłam samym faktem. Zdecydowanie jednak znalazłam interesujące akcenty – płyty nagrobne, blakiery, ambony. Przyglądałam się również sklepieniom, które były różne w różnych częściach kościoła. Odwiedziłam nie tylko kościół główny, ale również kaplicę Św. Anny. Natknęłam się także na wyeksponowany mechanizm zegarowy z kościelnej wieży. Niemałą atrakcją były dla mnie także organy oraz epitafium Bonifacia.

Po opuszczeniu terenu kościoła, przyjrzałam się kamienicom naprzeciw, również wiekowym, a do tego zajmowanym przez Narodowy Instytut Dziedzictwa, co przypomniało mi czasy kursu przewodnickiego. Jeden z pracowników Instytutu niewątpliwie był przez naszą grupę uważany za jednego z najlepszych kursowych wykładowców.

Odbiłam w prawo i wyszłam na Rzeźnicką. Zauważyłam na wschodniej ścianie kościoła łaciński napis „Pax et bonum” (Pokój i dobro) czyli hasło towarzyszące franciszkanom i często przez nich używane jako pozdrowienie.

Wkrótce znalazłam się na ulicy Kocurki, kojarzącej mi się jeszcze z czasów studenckich z lokalnym supermarketem, do którego szliśmy po prowiant w przerwach między laboratoriami, nierzadko odziani w fartuchy. Tym razem jednak poszłam prosto, co jakiś czas zerkając przez parking w kierunku bryły kościoła i dawnego zakonu franciszkanów. Dotarłam w ten sposób do kościoła św. Piotra i Pawła z XIV wieku, co głosiła stosowna tablica.

W tym miejscu dołączył do mnie Tomek Tarała (NORDA Travel). Pomyślałam, że skoro poznaliśmy się jeszcze wirtualnie przez wspólnych znajomych (gdy szukałam nowej pracy), ale nie mieliśmy okazji poznać się jeszcze na żywo, to dlaczego nie miałabym zaproponować wędrówki właśnie komuś, o kim wiem, że też takie wędrówki lubi i w ten sposób przenieść relację na bardziej realny grunt. Tak też się stało. Na miejscu spotkania od razu się poznaliśmy – magia komunikatorów z XXI wieku 😉

Przechodziliśmy na obie strony ulicy Żabi Kruk, w zależności od potrzeb fotograficznych. Trudno było z tej perspektywy uchwycić całą bryłę świątyni, zatem skupiliśmy się na detalach. Tomek zrobił mi również zdjęcie przy przejściu z płaskorzeźbionymi zdobieniami. Mur wyglądał tak, jakby dawniej miał jeszcze drugie, mniejsze przejście. Ponad obydwoma biegł napis „Adiutorium nostrum in nomine Domini quiest in coeloet terra” (co Google tłumaczy jako: Nasz pomocnik spoczywa w imieniu Pana na niebie i na ziemi). Przeszliśmy na drugą stronę muru, gdzie mieścił się Zaułek Ormiański. Kilkanaście kroków dalej mieścił się krzyż-Chaczkar, związany z tradycją ormiańską i mający być śladem wielowiekowej relacji między obiema nacjami. Również umieszczone na nim napisy były w obu językach.

Moje zdjęcia Tomek nazwał krajoznawczymi, przeciwstawiając je tym, które robią zawodowi fotografowie typowo komercyjnie. Tymczasem gdy on fotografował detale, zauważyłam, że mrużymy przy tym inne oko – on prawe, ja lewe. Gdy mu o tym powiedziałam, stwierdził, że po prostu lewe oko ma mocniejsze. Ja również, ale odkąd pamiętam, nie umiałam zamknąć tylko prawego 😉

Wróciliśmy na ulicę Żabi Kruk i ruszyliśmy nią w stronę Podwala Przedmiejskiego, gdzie odbiliśmy w prawo i szliśmy aż do Targu Maślanego i Lastadii. Tamtejsze ceglane budynki momentalnie mnie urzekły, a dzięki szerokiej połaci zieleni przed nimi zdawały się być jeszcze bardziej wyeksponowane. Jeden był zajmowany przez Wydział Geodezji Urzędu Miejskiego i mieściła się na nim data zapisana systemem rzymskim: MDCCCXXXVII (1837). Drugi miał ciut prostszy gmach, choć również wyglądający dostojnie i zajmował go obecnie Gdański Urząd Pracy. Trzecią stronę obejmowała dużo nowsza zabudowa, przez dewelopera inwestycja ta została nazwana Rezydencją Wintera. Dowiedziałam się od Tomka, że obok znajdował się swego czasu Plac Wintera, niefortunnie tłumaczony jako Plac Zimowy, choć pochodził przecież od nazwiska Leopolda von Wintera (zapraszam do wysłuchania podcastu, który ostatnio o nim nagrałam).

– Brakuje mi tu jeszcze fontanny – rzucił Tomek, nawiązując do historii tego miejsca.

Podeszliśmy na moment nad tzw. Starą Motławę. Za zabudową deweloperską teren nad wodą zaadaptowano tak, by można było tam i przysiąść, i się przespacerować. Zawróciliśmy i między budynkami obu urzędów przeszliśmy ku ulicy Lastadia tak, by znaleźć się po przeciwnej stronie kościoła św. Piotra i Pawła. Widoczny był remont dachu, skutek niedawnego pożaru. Gdy stanęliśmy przy płocie, aby zrobić zdjęcia, zastanowiło mnie, że tyle lat już wędruję i raptem parę razy ktoś mnie zaczepił i się zdziwił „co ta dziewczyna w ogóle tutaj robi”.

Weszliśmy na teren kościelny przez ulicę Św. Piotra i z tej perspektywy naprawdę było widać, jak złożona była bryła świątyni. Naszą uwagę zwracały detale typu słupki z datami, metalowe tabliczki (m.in. ta z dwiema literami P i kluczem pośrodku), ale Tomek wskazał mi też jedne drzwi ze względu na ich kolor i obramowanie.

– Rozglifione ościeża – rzuciłam nagle, a widząc jego zaskoczone spojrzenie dodałam jeszcze – trzeba sobie czasem przypominać terminologię z kursu.

Ostatecznie weszliśmy również do środka, by obejrzeć wnętrze kościoła, ale udało się też przyjrzeć się z bliska tablicy opisującej historię świątyni i ustawionej w nawie bocznej wystawie o samej budowie kościoła. Gdy wychodziliśmy, moje czujne oko wypatrzyło jeszcze nietypowy kształt klamki i chwilę później rybka została obfotografowana przez nas obydwoje.

Minęliśmy teren należący do Szkoły Podstawowej nr 67. Następnie przecięliśmy Toruńską i kontynuowaliśmy wędrówkę do końca ulicy Żabi Kruk, mijając przy tym Wilczą. Nim skręciliśmy, trafiliśmy na miejsce, gdzie ostały się pozostałości Baszty Pod Zrębem. Zaskoczył nas tam wyskakujący z jednej z posesji (przez furtkę) kot. Spacerując na tyłach Urzędów Marszałkowskiego i Skarbowego, znaleźliśmy się przy Baszcie Białej, wieńczącej ulicę Rzeźnicką. Zajrzeliśmy w nią na moment, natomiast potem ruszyliśmy ku Augustyńskiego.

Najpierw obejrzeliśmy budynek dawnego Gimnazjum Akademickiego, począwszy od tej części, w której mieściło się słynne (ale wciąż za mało, więc nagrałam o tym film) malowidło „Niebo Polskie”. Nie wchodziliśmy jednak do środka, ale weszliśmy furtką po sąsiedzku na tyły gmachu, mijając przy tym głaz upamiętniający Stanisławę Przybyszewską. Ze względu na mieszczący się z tyłu rozległy parking, mogliśmy oglądać dawne Gimnazjum w pełnej krasie. Jarałam się strasznie, bo jako krótkowidzowi wydawało mi się, że widzę na ścianie resztki herbu Gdańska, ale później okazało się, że to tylko wzory kwiatowe. Strasznie się tym ekscytowałam, aż Tomek się ze mnie śmiał:

– No co, pielęgnuję swoje wewnętrzne dziecko. To wcale nie jest tak, że się nie zachowuję na swoje 30 lat – wyjaśniłam.

Stwierdziliśmy za to zgodnie, że od strony parkingu budynek wyglądał po pierwsze na znacząco większy niż od frontu, ale również część wyglądała na dobudowaną potem lub odbudowaną po wojnie, bo miała jakby inną cegłę. Tomek dostrzegł też, że było inne położenie lizen: w nowszej części lizeny między kolumnami okien były szersze (część centralna). Zauważył, że w skrzydłach lizeny zdublowano, przez co otaczały jakby klatki schodowe, a w nowej części tak nie było.

– Też leżą inaczej cegły nad oknami – dodal Tomek.

– Rzeczywiście! Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi. Takie wnęki też powstały.

– Chodzi mi o te pionowe cegły nad oknami. Tworzą jakby łuk.

– Tu tak. Nie widzę w tej nowszej części. Ale tam masz te okna tak bardziej w głębi. Wiesz, o co mi chodzi?

– Yhm. Tam też masz obramowanie prostokątne. Nie masz łuku takiego. No i też inaczej masz gzymsiki, które mają symbolizować parapety (w nowej części nie było).

Po tej dogłębnej analizie podeszliśmy pod sam gmach, szczególnie, że już z oddali widzieliśmy tablicę. Odczytanie jej treści stanowiło jednak komplikację także z mniejszej odległości. Wspólnymi siłami ostatecznie odczytaliśmy: „Ku czci praojców i pamięci potomnych młodzież Technikum Mechaniczno-Elektrycznego wznosi żywy pomnik 1000-lecia Państwa Polskiego.” Zaśmiałam się do Tomka:

– Chyba masz lepszy wzrok ode mnie. Nie widzisz lwów tam, gdzie ich nie ma i umiesz czytać litery.

Rozbawieni ruszyliśmy w stronę niedużego białego budynku, zajmowanego przez żłobek i przedszkole. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, natrafiliśmy na dopasowane do okoliczności kalendarzowych ozdoby w oknach. Zawołałam:

– Są liski, kaloszki i kasztanki.

Tomek się tylko uśmiechnął, ale za budynkiem pokazał mi, zamachując się ręką, rysując w powietrzu wzniesienia i okraszając to dźwiękami w stylu „kszy, kszy”, że widać Biskupią Górkę, która prezentowała się z tej perspektywy jako ściana z ziemi i lasu. Było to spore wypiętrzenie w porównaniu z tym, co widzieliśmy przed nią.

– Jest zauważalna różnica wysokości – podsumował mój kompan.

Gdy zawracaliśmy, z przedszkola wyszły dzieci pod opieką pani, co również skomentował:

– Kaczuszki wyszły.

Tym razem mi byłoby trudno się nie uśmiechnąć 😉

Opuściliśmy teren tak, jak na niego weszliśmy i podeszliśmy przed Urząd Wojewódzki, na tyle, na ile pozwalał trwający remont. Przy okazji nawiązaliśmy temat pokonywania przez Tomka turystycznych szlaków pieszych w okolicy. Byłam chętna na dołączenie na któryś trójmiejski, ale terminarze niekoniecznie się nam zgrywały.

Chwilę później zawróciliśmy do Baszty Białej. Tam skręciliśmy w prawo i przyjrzeliśmy się budynkowi Małej Zbrojowni przy Placu Wałowym. Brama była szeroko otwarta, weszliśmy zatem, oglądając przy tym zarówno sam budynek, jak i te okoliczne z innej perspektywy. Na terenie należącym do Akademii Sztuk Pięknych znajdowały się również kamienne rzeźby, choć bywały momenty, gdy będąc w tym miejscu, widziałam ich więcej. Już od strony ulicy znajdował się także herb z datą 1645 rok.

Sam Plac Wałowy był właściwie skwerem, otoczonym przez niejeden ciekawy budynek. Najbardziej interesujący wydał mi się ten z napisami w oknach, choć wydał się przez to już dawno nieużytkowany (na mapach online oznaczony jako Window Art). Między drzewami natomiast znalazła się przestrzeń, którą umeblowano, więc prawdopodobnie okoliczni mieszkańcy lubili sobie odpocząć w tym miejscu.

Gdy wyszliśmy na ulicy Pod Zrębem, obejrzeliśmy podłużny budynek, opatrzony numerem 9 i widniejący w wykazie zabytków. Nieśmiało weszliśmy również na podwórze, ale tylko rzuciliśmy okiem i poszliśmy dalej, nie chcąc zakłócać spokoju mieszkańców. Przyznać jednak trzeba, że szachulcowy konstrukt z XIX wieku robił wrażenie.

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy, była przystań Żabi Kruk, skąd można było wypożyczyć kajak czy rowery wodne, które tymczasem stały zaparkowane przy brzegu. Pokusiliśmy się również o pamiątkowe zdjęcie.

Wyszliśmy na wysokości ulicy Dolna Brama, którą bez większych przygód przeszliśmy ku Bramie Nizinnej. To nie był koniec naszej wycieczki, bowiem skręciliśmy w lewo ku Dolnemu Miastu, również zaplanowanemu na ten dzień. O tym jednak opowiem już kolejnym razem.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *