Śródmieście #3 wokół Długich Ogrodów

Tym razem zdecydowałam się na wędrówkę w pojedynkę. Wysiadłam na przystanku Akademia Muzyczna i skierowałam się tunelem na południe. Przyjrzałam się fototapecie, która do złudzenia imitowała wiodące na wprost schody, choć tak naprawdę biegły jedne w prawo, drugie w lewo. Gdy znalazłam się znów na powierzchni, ruszyłam przez Podwale Przedmiejskie. Sfotografowałam ceglany budynek po przeciwnej stronie drogi, stanowiący dawniej koszary. Tymczasem bliżej znajdowała się ciekawa kamienica pod adresem Ułańska 11, gdzie łukowate przejście prowadziło do tunelu z malowidłami.

Idąc dalej, dostrzegłam, że nie miałam co wchodzić w ulicę Reduta Żbik po przeciwnej stronie, gdyż trwały tam remonty, ale i Sadowa nie prezentowała się szczególnie bogato. Minęłam fragment stadionowego ogrodzenia, ale to jeszcze nie był moment podejścia pod stadion żużlowy.

Za to, gdy weszłam do tunelu na wysokości przystanku tramwajowego Brama Żuławska, natrafiłam na graffiti związane z gdańskim żużlem. Zaczęłam je fotografować, czym wywołałam reakcję przechodnia:

– Dawno i nieprawda. Jeszcze Cię na świecie nie było. Zawodnicy z lat 70. (?)

– Fotografowałam to kilka lat temu i chciałam zobaczyć, w jakim jest stanie – dodałam.

Niedługo później, już na górze, kierując się ku Elbląskiej, wypatrzyłam mural na podstawie wiaduktu, namalowany w podziękowaniu medykom za ich pracę w pandemii. Skręciłam w stronę ryneczku, przy którym odbiłam w ulicę Zawodników w kierunku stadionu żużlowego. Namalowano tam graffiti z napisem GKS Wybrzeże. Nie zabrakło też herbu miasta. Patronem obiektu został jeden z zawodników (Zbigniew Podlecki). Wróciłam na Elbląską i ruszyłam w prawo. Szłam aż do ceglanego domu na wysokości ulicy Głębokiej.

Jej fragment widziałam podczas spaceru przez Rudniki. Mieszkając przez większość licencjatu na Przeróbce, bardzo często bywałam zresztą w tutejszym kościele, pod wezwaniem Matki Bożej Bolesnej. Obok mieściła się jeszcze ulica Ustronie, w którą zajrzałam.

Skręciłam natomiast na dłużej ku ulicy Mostek. Po drodze natrafiłam na budynek, należący jeszcze do ulicy Głębokiej z tzw. „termometrem”, gdzie regularnie co któreś okno wymieniono na nowe plastikowe, pozbawione podziałów na mniejsze szkiełka, jak pozostałe. Wymiana okien umożliwiała ich otwieranie, a co za tym idzie, prawdopodobnie wentylację klatki schodowej. Skręciłam w Powalną, gdzie pozostałością po jednym z ogrodzeń były ceglane słupki, choć murek był niziutki. Wypatrzyłam też fioletowy powój, co było dla mnie o tyle ciekawe, że w takim odcieniu go jeszcze nie widziałam. Na niektórych budynkach przy Powalnej, ale także przy ulicy Wygon, przy poszczególnych wejściach do kamienic były płaskorzeźby owadów, co przykuło moją uwagę. Ceglane, stare kamienice, stały w kontraście do wysokich bloków bliżej Głębokiej, prawdopodobnie opatrzonych również tym adresem.

Przy skwerze wyszłam na Siennicką. Przeszłam na światłach, przecinając przy tym tory tramwajowe i zatrzymałam się na chwilę na chodniku po drugiej stronie, by sfotografować Bramę Żuławską, zwaną również Bramą Długich Ogrodów, bo właśnie ta ulica biegła od niej dalej. Tymczasem jednak skręciłam w Siennicką w prawo i przespacerowałam się wzdłuż długiego ceglanego budynku. Obserwowałam zadbaną zieleń przed nim (podziwiałam rabatki kwiatowe, a w głowie kołatało mi hasło „Gdańsk w rozkwicie”), ale najbardziej zaintrygowały mnie ścieżki odchodzące od poszczególnych wejść ku głównej części chodnika. Co druga z nich była i tak ogrodzona łańcuchem, co wydało mi się nielogiczne. Zapytałam napotkanego tam pana, czy umie to wyjaśnić i stwierdził, że to dla rowerów. Rzeczywiście przy jednej ze ścieżek przyczepiono aż dwa.

Na chwilę przeszłam na wysokości przystanku tramwajowego na drugą stronę ulicy, aby przyjrzeć się z bliska Liceum Ogólnokształcącemu nr 6, zlokalizowanemu przy ulicy Głębokiej. Poza młodzieżą w strojach na w-f, nikt mnie tam nie mijał, ale też pobawiłam się chwilę kadrami, obejrzałam gmach i zawróciłam. Naprzeciw, niemal nad samą wodą, znajdowała się ulica Stary Dwór, w pewnym sensie mająca chyba status drogi wewnętrznej, bo nie wszędzie można było się dostać. Na wysokości mijanej wcześniej ulicy Angielska Grobla była z kolei fabryka lodów znanej marki.

Weszłam zatem w ulicę Wiesława, którą parę lat temu remontowali akurat podczas naszej wycieczki, a może zatory robiły się dlatego, że było tam wąsko. Teraz przykuwała wzrok brukowaną nawierzchnią i zielenią wokół. Minęłam Zabłotną i niemal na jej wysokości stację transformatorową. Niedługo później znalazłam się nad samą Motławą, na ulicy Sienna Grobla. Fotografowałam krajobraz rzeki z budynkami po drugiej stronie stanowiącymi jej tło, obserwowałam zacumowane obok mnie łodzie, przy których kręcili się właściciele, a nawet właśnie na okolicznej ławeczce zrobiłam sobie przerwę regeneracyjną.

Po przerwie zawróciłam i ruszyłam ku ulicy Długa Grobla, mijając przy tym komisariat policyjny. Na skrzyżowaniu z Angielską Groblą był budynek o charakterystycznych, krętych schodach, którego historia zawsze mnie zastanawiała. Ulicą Długa Grobla przeszłam się aż do kolejnego skrzyżowania. Minęłam przy tym parę kamienic, które wyglądały, jakby pamiętały dawne czasy i miały ciekawe zdobienia. Przy samym skrzyżowaniu znajdował się hostel, przy którym namalowano kilka zabytków gdańskiego Śródmieścia.

Gdy wyszłam na Długie Ogrody, najpierw przyjrzałam się Bramie Żuławskiej z przeciwnej strony niż wcześniej, ale niestety kadr nie był zbyt udany, bo w samym centrum bramy zaparkowało auto. Zaintrygowało mnie też otwarte okienko jednego z budynków należących do Elbląskiej. Gdy obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni względem Bramy, mogłam przyjrzeć się samej ulicy. Ruszyłam wzdłuż niej aż do Seredyńskiego. W jednym z budynków mieściły się szkoły średnie, ale edukacja na tym terenie miała nieco dalszą historię i była związana z Macierzą Szkolną, która założyła w tym miejscu polskie szkoły, co było o tyle istotne, że Gdańsk był wówczas tzw. „Wolnym Miastem” i Polacy stanowili mniejszość. Sam Seredyński był zresztą jednym z tutejszych pedagogów.

Minąwszy jeszcze po drodze zamurowany otwór po drzwiach, opisany rezolutnie hasłem „knock, knock”, wyszłam na ulicę Angielska Grobla. Momentalnie zaintrygował mnie wysoki, mocno zniszczony, ceglany budynek i sąsiadująca z nim niższa, w lepszym stanie, ale i tak wyglądająca na opuszczoną, zabudowa dawnej rzeźni. Totalnie kontrastowały z tym nowe bloki przy kolejnym skrzyżowaniu.

Mijając uprzednio szkołę, ścieżką na terenie zielonym między ulicami Św. Barbary i Krowoderską, przeszłam ku tej drugiej. Po drodze trafiłam na graffiti Lechii oraz boisko i inne sprzęty sportowe, takie jak np. drabinki. Za boiskiem widać było prostą, bo niemal sześcienną, ale jednak niepozbawioną zdobień, bryłę budynku szkolnego, a także nieco wydłużoną bryłę kościoła Św. Barbary. Obie wyglądały na dobrze zachowane.

Tymczasem wychodząc ponownie na Długie Ogrody, natknęłam się na fragmenty murowanych ścian. Odbiłam w prawo ku kościołowi. Jego cechą charakterystyczną, przynajmniej z mojej perspektywy, były zdobienia okien. Na tabliczce znalazła się też modlitwa do patronki. Udało mi się również, po raz pierwszy w życiu, zajrzeć do wnętrza tej świątyni. Po jej opuszczeniu przespacerowałam się ulicą Św. Barbary, dzięki czemu przyjrzałam się z bliska budynkowi szkolnemu, którego bryłę już wcześniej tak sobie upatrzyłam.

Spacerując ulicą Dziewanowskiego ku Na Stępce i ponownie ku rzece, natrafiłam na bardzo ładne balkony jednej z kamienic. Zaciekawiła mnie także posesja z figurami trzech zakapturzonych postaci. Nad wodą widziałam także zabudowania z wyspy Ołowianka, tak kontrastujące z nową zabudową obok mnie, bo jednak miały dłuższą historię. Z nowości, dopatrzyłam się umieszczonego tam koła widokowego AmberSky. Przyglądałam się też przez chwilę sunącemu po wodzie stadku łabędzi. Tymczasem na jednym z zaniedbanych budynków siadło całe stado gołębi, gruchały sobie i w głowie nazwałam je „radą nadzorczą gołębi” 😉

Idąc dalej, dotarłam do Domu Pod Murzynkiem, który próbowałam się jak najlepiej sfotografować w całości, a jednocześnie odchodząc kawałek i starając się nie mieć w kadrze aut. Budynek zdobiło wiele figur, a wspomniany „Murzynek” znalazł się w centralnym położeniu nad głównym wejściem.

Przekroczyłam Most Kamieniarski, kierując parę spojrzeń na rzekę po obu stronach. Na Ołowiance pierwsze w oczy rzucały się oczywiście spichlerze, dziś zajmowane przez Narodowe Muzeum Morskie. Tym, który nie powrócili z morza, poświęcono stojący obok pomnik. Ponadto przyklęknęłam przy Lwie Hewelionie, uprzednio pozwalając sfotografować go zagranicznym turystom i (włączywszy tryb przewodnicki) informując ich, że „we have more lions here” 😉 Podeszłam nad Motławę, gdzie cumowała łódź tej samej nazwy, służąca do przepraw od Żurawia. Sam Żuraw stał zresztą niewzruszony, jak zawsze w pełnej krasie. Podeszłam jeszcze do Sołdka, ale że turystów było w tym miejscu sporo, cofnęłam się i przeszłam przez Ołowiankę po przeciwnej stronie spichlerzy, docierając następnie do Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Nieopodal jej głównego budynku znajdował się pomnik a la totem, z odbitymi dłońmi znanych osobistości. Kolejne odbiły swoje dłonie w nawierzchni. Byłam tam świadkiem, jak pan przeczytał kilka naprawdę popularnych nazwisk i rzucił do swojej dziewczyny, że o nikim z tych ludzi nie słyszał, co mnie zaskoczyło.

Odbiłam w stronę Motławy, dzięki czemu zobaczyłam most powstały w ostatnich latach, na jego wysokości relikty murów przy Wartkiej, a nieco bardziej w lewo Basztę Łabędź. Po swojej stronie minęłam z kolei napis „Gdańsk” i odbiłam w prawo, by przejść się z powrotem nad Kanałem Na Stępce. Minęłam przy tym przepompownię ścieków, a spacerując nad wodą dostrzegłam gromadę gołębi, która pozostała w swoim stałym miejscu, choć ja w tym czasie zrobiłam rundkę przez całą wyspę.

Dalej przeszłam się ulicą Szafarnia. Po swojej prawej miałam marinę, po lewej zaś słynne kolorowe beczki z palmami, a także budynki, częściowo zaadaptowane z historycznych na współczesne potrzeby, głównie gastronomiczno-hotelarskie. Jeden z dawnych spichlerzy opatrzono datą 1690.

Na wysokości Stągwi Mlecznych poświęciłam chwilę im samym, sfotografowałam także przekrojowo kończącą się w tym miejscu ulicę Długie Ogrody, po czym ruszyłam ulicą Szopy. Poza blokami, znalazło się tam kilka kamienic w rządku, każda nieco inaczej wykończona i w innym odcieniu. Droga nad wodą wiodła jednocześnie pod prostopadłą ulicą Podwale Przedmiejskie. Tam z kolei natrafiłam na kilka naprawdę inspirujących graffiti.

Zawróciłam i skręciłam w Długie Ogrody, a z nich w Łąkową. Minąwszy m.in. budynki należące do Akademii Muzycznej, dotarłam do tego samego przystanku tramwajowego, gdzie rozpoczęłam swój spacer, by w tym momencie już go zakończyć.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *