Śródmieście #6 północny skraj dzielnicy

Aby rozpocząć kolejny spacer po Śródmieściu, wysiadłam z tramwaju nr 8 przy ulicy Jana z Kolna mniej więcej na wysokości budynku wyróżniającego się napisem „WSO STRAŻ PRZEMYSŁOWA”, stojącego w towarzystwie stoczniowych żurawi. Dotarłam aż do wiaduktu, gdzie górą biegła ulica Popiełuszki, a dołem równolegle droga technologiczna o nazwie pasującej do innych ulic wewnętrznych stoczni – Narzędziowców. Filary wiaduktu pokrywały malunki zdominowane przez pastelowe barwy, a prezentowały one różnorakie zwierzaki, m.in. sarny i wiewiórki.

Na froncie ceglanej zabudowy za wiaduktem w oczy rzucało się z kolei graffiti w kolorach Lechii Gdańsk. Nim dotarłam do Robotniczej, także po przeciwnej stronie torów tramwajowych dostrzegłam graffiti z dziewczyną i malunek upamiętniający 21 postulatów nieopodal kilkupoziomowego parkingu.

Przyjrzałam się zabudowie ulicy Jaracza, ale tym razem nie zajrzałam do Europejskiego Centrum Solidarności zlokalizowanego przy ulicy Nowomiejskiej i Placu Solidarności. Przeszłam za to na światłach i podeszłam do pozostałości niemieckich napisów na jednym z budynków.

Niedługo później weszłam w ulicę Gdyńskich Kosynierów, która okazała się bardzo ciekawym zakątkiem. Nikt nie spacerował w pośpiechu i minęło mnie raptem kilka osób. Spodobały mi się tutejsze balkony i zdobienia budynków. Sfotografowałam m.in. budynek, który bardzo przypadł mi do gustu i na którym była widoczna data – pochodził z początku XX wieku. Tymczasem na Dyrekcyjnej stacjonowało kilka placówek miejskich, więc ruch był tu nieco większy. Szczególnie zachwycił mnie budynek będący siedzibą Polskich Kolei Państwowych, gdzie stacjonował także Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków. Dawniej mieściła się tam Komenda Gdańskich Chorągwi Harcerstwa, co zapisało się też na kartach września 1939. Elegancji dodawały mu liczne figury, obramowania okien, pilastry u góry i kolumny przy wejściu. Ostatecznie obejrzałam jeszcze Kupiecką i przy Zieleniaku wyszłam na Wały Piastowskie.

Przy skrzyżowaniu znajdowały się fragmenty muru berlińskiego i muru stoczni, a chodnik wokół był opatrzony napisem „Drogi do wolności” w kilku językach. Wkrótce znalazłam się pod gmachem I Liceum Ogólnokształcącego. Rozwidlenie dróg prowadziło z jednej strony w kierunku ECS-u przez ulicę Doki, kolejna była aktualnie remontowana Gazownicza, a ja ruszyłam żwawo ulicą Łagiewniki, aż do jej skrzyżowania z Wałową, gdzie mieścił się budynek Biblioteki Gdańskiej PAN. Przy starym budynku biblioteki (nowy mieścił się kawałek dalej) upamiętniono dwie osoby. Na tablicy znalazł się markiz Bonifacio, którego zbiory stały się podwalinami biblioteki, jaką znamy dzisiaj. Obok na rzeźbionej ławce przysiadł Marian Pelczar, pierwszy powojenny dyrektor placówki.

Rzuciłam okiem w kierunku kościoła Św. Jakuba, tymczasem jednak ruszyłam ulicą Wałową. Zatrzymałam się przy ogrodzeniu, na którym zawieszono dziecięce rysunki.  W tle dopatrzyłam się budynku dawnego Domu Polskiego, współcześnie Szkolnego Schroniska Młodzieżowego. Natknęłam się tam na płytę, która upamiętniała polskich nauczycielu z okresu Wolnego Miasta Gdańska, a pomordowanych w latach II wojny światowej. Minęłam Aksamitną, po czym zbliżyłam się do gmachu dawnej Kasy Chorych, zajmowanej aktualnie przez placówkę o charakterze medycznym. Tu też remontowano drogę, ale udało mi się przejść ku ślepej ścieżce, gdzie na pozostałości jakiegoś muru namalowano graffiti, a roślinność dopełniała kadru w ciekawy dla mnie sposób. Nieopodal mieściła się jeszcze Lisia Grobla – nazwa była dość intrygującym połączeniem.

Skręciłam na ulicy Rybaki Górne ku stoczni, ale odbiłam dużo szybciej – w Podstoczną, na której końcu moją uwagę zwróciła konstrukcja o przekroju walca, co do której nie byłam pewna, czy nie była jakoś związana z gazownią. Dalej droga zmieniała się w wewnętrzną, dlatego zawróciłam, rejestrując przy okazji nieduży zbiornik wodny.

Dalszym odcinkiem Wałowej dotarłam aż do placu zajmowanego przez Muzeum II Wojny Światowej. Poza nietypowym kształtem bryły, znanym mi już wcześniej, pierwsze moją uwagę zwróciły flagi. Pomiędzy trzema polskimi znalazły się gdańska i wojewódzka. Kolejne szczegóły zostawiłam sobie na potem.

Niedługo później ruszyłam Stępkarską. Stawiając krok za krokiem, pomyślałam: „co za dobijająca wycieczka”. Choć natrafiałam na naprawdę interesujące akcenty, szczególnie w detalach architektonicznych czy całych mijanych zabytkowych budynkach, to w miejscach takich jak ta ulica, właśnie w tamtym konkretnym momencie, miałam zgoła odmienne odczucia. Remont zdawał się gonić remont. Było zimno, dużo błota, jakoś tak „ponuro i byle jak”. Minęłam zatem kolejne przebudowy, budowy i grupy robotników. Ze Stępkarskiej zeszłam na ulicę Wiosny Ludów i zagadałam pana budowlańca:

– Czy można przejść nad wodę?

– Tak – potwierdził i popatrzył wyczekująco.

– Całe północne Śródmieście jest w remontach.

– Są fundusze, to są remonty – skwitował krótko.

– To dobrze – podsumowałam i ruszyłam w swoją stronę.

Nad wodą nie mogłam się zdecydować, co interesuje mnie najbardziej i gdzie podziać oczy. Czy budynki za rzeką, czy te po mojej stronie? A może zacumowana łódź wraz z oznaczeniem zanurzenia na jej dziobie?

Na nabrzeżu spędziłam dłuższą chwilę, po czym ruszyłam ku wspomnianemu już Muzeum II Wojny Światowej. Patrząc na nie ze Stępkarskiej, widziałam z tyłu Bazylikę Mariacką. Skręciłam w ulicę Stara Stocznia, skąd widziałam zabudowę na wyspie Ołowianka. Stamtąd zawróciłam i postanowiłam wnikliwiej przejść przez Plac Bartoszewskiego, gdzie stacjonowało muzeum. Przystanęłam przy wejściu do schronu, obejrzałam tablice nawiązujące do historii Wolnego Miasta Gdańska, który to okres dziejów miasta już od pewnego czasu budził moje szczególne zainteresowanie, a na koniec podeszłam pod pomnik rotmistrza Pileckiego.

Ulica Więcierze, ku której ruszyłam następnie, znajdowała się przy Kanale Raduni, który nieopodal wpadał do Motławy. Weszłam na chwilę na mostek, ale ostatecznie ruszyłam z powrotem w stronę ulicy Rybaki Górne, a stamtąd ku ulicy Heweliusza. Tym razem trzymałam się jednej strony Kanału Raduni 😉 Tuż przed ulicą Heweliusza natrafiłam na pracę Krika, opatrzoną napisem „I 🖤 Jan”.

Niedługo później odbiłam w prawo i ulicą Łagiewniki dotarłam do kolejnej ulicy, aby odwiedzić Zaułek Św. Bartłomieja. Przeszłam się dalej ku Gnilnej. Tu również trwał remont – szkoły muzycznej. Naprzeciw, jakby dobudowana do kościoła Św. Bartłomieja, znajdowała się galeria sztuki. Przed frontem grekokatolickiej świątyni mieścił się skwer Chrztu Rusi-Ukrainy z pomnikiem Św. Włodzimierza Wielkiego. Zajrzałam także do wnętrza, z przedsionka oglądając m.in. ikonostas. W przedsionku znalazły się mozaiki. Przystosowanie do obrządku wschodniego miało miejsce w 1998 roku, rok po przekazaniu grekokatolikom tego kościoła, co wyczytałam na tablicy dotyczącej historii świątyni, a znajdującej się w jej wnętrzu.

Po opuszczeniu tego terenu, okrążając galerię handlową, ruszyłam przed siebie ulicą Rajską. Natrafiłam m.in. na rzeźbę Lwa Heweliona jako burmistrza. Ciekawe płaskorzeźby zwierząt znalazły się tymczasem na kuli przed wejściem głównym do galerii. Następnie przespacerowałam się kolejnym odcinkiem ulic Heweliusza i Łagiewniki tak, aby dotrzeć do ulicy Wodopój. Teren był wybitnie spacerowy. Na tyłach hotelu znalazło się sporo zieleni, a południową granicę stanowił Kanał Raduni. Natrafiłam tam na pomnik Heweliusza, jeden z kilku w Gdańsku, ale istotnym punktem na mojej trasie był też zabytkowy budynek o konstrukcji szachulcowej pod adresem Wodopój 7. Dom za nim też się razem ładnie komponował, bo udawał szachulcowy. Spędziłam tam dłuższą chwilę. Niedługo później minęłam jeszcze budynek NOT-u, po czym przeszłam na drugą stronę ulicy Rajskiej.

Pod Wielkim Młynem, wówczas remontowanym, schował się kolejny Lew Hewelion, tym razem Biznesmen. Ta przestrzeń z jednej strony nawiązywała do nazwy drogi – Wielkie Młyny, z drugiej zaś była kolejną przestrzenią poświęconą Heweliuszowi. Skwer Heweliusza posiadał w swoim obrębie zarówno fontannę Heweliusza, zegar słoneczny, mural z gwiazdozbiorami, a wreszcie, na tle Ratusza Staromiejskiego, pomnik samego astronoma z przyrządem do obserwacji nieba.

Będąc już na Korzennej, gdzie przed wiekami mieszkał sam astronom, zajrzałam także w Bednarską, pod którą podlegała nieliczna zabudowa. Zawróciłam przez Karmelicką i znalazłam się na Podbielańskiej. Na tabliczce z nazwą ulicy ktoś dopisał „Czy to koniec Gdańska?” 😉 Oczywiście do krańców miasta było stąd daleko.

Gdy na Bielańskiej zobaczyłam kolejny remont, tym razem budynku należącego do Wydziału Historii Uniwersytetu Gdańskiego, zastanowiło mnie, czy kolejna już placówka edukacyjna, jak wcześniej szkoła na Gnilnej, nie wykorzystywały po prostu czasu pandemii i zajęć online, by wykonać potrzebne remonty w opustoszałych budynkach. [spacer odbył się jesienią 2020 roku]

Ulica Elżbietańska, tuż obok, biegła między dwoma kościołami – Św. Józefa i Św. Elżbiety. Najpierw podeszłam pod ten pierwszy, fotografując detale architektoniczne oraz tablice zewnętrzne opisujące historię obiektu. Niestety, świątynia była zamknięta i nie udało mi się zajrzeć do środka. Ruszyłam zatem Elżbietańską dalej, mijając, a jakże! Remonty. Na szczęście udało mi się nieco pokombinować z kadrem, by sfotografować zabytkowy Dom Opatów Pelplińskich.

Wówczas zawróciłam w stronę kościoła Św. Elżbiety. Szczególnie ciekawe wydały mi się płaskorzeźbione drzwi – zarówno te boczne, jak i stanowiące główne wejście. Na tych drugich umieszczono m.in. upamiętnienia chrztu Polski, misji św. Wojciecha, posługi papieża Polaka czy symbole czterech ewangelistów. Klamka wyglądała niczym fragment łodzi.

Ostatecznie wyszłam na Podwale Grodzkie i ruszyłam w stronę remontowanego 😉 budynku Dworca Głównego, a dalej przespacerowałam się przez Błędnik do Bramy Oliwskiej, gdzie wsiadłam w tramwaj powrotny.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *