Nie przesadzę, jeśli powiem, że Kępa Redłowska w całej swej okazałości czekała na mnie aż 6 lat. Przeszłam się tam kiedyś lasem, znany był mi cały odcinek plaży oraz oczywiście Klif Orłowski, natomiast od 2016 roku, kiedy zabrałam się za zwiedzanie Gdyni ulicę po ulicy, planowałam przejść się wytyczonymi ścieżkami i odkryć Baterię Artylerii Stałej.
Wówczas ani razu, gdy byłam w pobliżu, nie miałam wystarczająco czasu bądź trafiałam na zamknięte drogi. A później zwyczajnie się nie składało. Do czasu aż znajomy zamieszkał w pobliżu i spotykaliśmy się często całą paczką. Któregoś razu ze Śródmieścia Gdyni szliśmy do niego na herbatę przez Polankę Redłowską i rzuciłam, ile to razy obiecywałam sobie przejść się tutejszymi ścieżkami. W odpowiedzi dostałam zaproszenie od kolegi na wspólny spacer przez Kępę Redłowską. Dodatkowej zachęty nie potrzebowałam. Pozostało tylko ustalić wspólny termin. Raz powstrzymała nas pogoda, ale przesunęliśmy wyprawę o dwa tygodnie i na koniec września wybraliśmy się w teren.

Wystartowaliśmy w okolicy ulicy Orląt Lwowskich, co na załączonej mapie łączyło się ze ścieżką historyczną, oznaczoną kolorem czerwonym. Zgodnie z sugestią kolegi postanowiliśmy przejść się do Polanki Redłowskiej, równolegle do plaży ruszyć na punkt widokowy i dalej w stronę stanowisk ogniowych Baterii Artylerii Stałej, po czym jakimś sposobem znaleźć stamtąd zejście ku plaży. Dalej mieliśmy iść ku ścieżce geomorfologicznej oznaczonej kolorem pomarańczowym, a po przejściu całej pętli skręcić z plaży na ścieżkę przyrodniczą (kolor zielony) i wyjść na wysokości przyszpitalnej pętli autobusowej.
Pierwszy odcinek po przekroczeniu szlabanu był typowo leśny, a droga delikatnie meandrowała. Szliśmy tędy podczas wspomnianego spotkania, choć z drugiej strony, więc nie fotografowałam wiele, a i spadki terenu po jednej stronie ścieżki nie były dla mnie zaskoczeniem. Za to wcześniej nie zwróciłam uwagi, że tutejsze śmietniki wydrążono z pni ściętych drzew, co wydało mi się koncepcją estetycznie bliższą natury niż gdyby były to kamienne, metalowe czy plastikowe kosze.
Tym sposobem doszliśmy do rozdroża z tablicą na temat Baterii Artylerii Stałej, ale nie skręciliśmy, bo kolega znał te dróżki dość dobrze i na tym odcinku do samych stanowisk ogniowych nie spodziewał się żadnych tablic czy większych pozostałości, za to na trasie, którą sugerował, już tak. Tutejszą, 11. BAS, budowano od 1947 roku, a zatem wbrew pozorom nie była użytkowana podczas wojny. Inspiracją była Bateria Laskowskiego z Helu, o czym miałam się przekonać naocznie w późniejszej fazie wycieczki.



Niedługo później wyszliśmy na Polance Redłowskiej. Poza miejscami do siedzenia, przewidziano tam przestrzeń na zupełnie legalne rozpalanie ognisk. Zauważyłam też drogowskaz z nazwami miast, prawdopodobnie partnerskich dla Gdyni, wraz z odległościami do nich. Wkrótce podeszliśmy bliżej morza. Mieściło się tu wejście nr 11, ale uprzednio zobaczyłam nie tabliczkę z numerem, lecz z napisem „Rezerwat przyrody Kępa Redłowska”. Skusiliśmy się na wspólną fotę, po czym kolega zauważył:
– Tu jest jakiś kamulec.
– To wygląda, jakby miało twarz – zaczęłam się śmiać na widok głazu.
Z drugiej strony był jednak bardziej gładki, a nawet miał dodatkową tabliczkę, m.in. z napisem Polanka Redłowska. Wówczas podeszłam do znaku z numerem wejścia i zapatrzyłam się w horyzont.
– Jest super pogoda, bo widać Hel – rzucił kolega. – Tu nie ma co patrzeć, bo lepiej będzie widać z Klifu Redłowskiego.
– Ale można zrobić zdjęcie dla porównania.
– Tam widoki będą nieporównywalne – jednocześnie ze mną odezwał się kolega, a tak odmienne nasze zdania wywołały u mnie wybuch śmiechu.
Skierowałam się momentalnie ku najbardziej odznaczającej się, asfaltowej drodze w dół.
– Koleżanka nie słuchała. Mówiłem, że będziemy szli górą.





Rzeczywiście nieco ku górze szła droga między drzewami. Gdy pojawiały się widoki na morze, wyglądało to całkiem zacnie, ale spoglądałam też pod nogi. Nadchodząca jesień zapowiadała już swoje przyjście kolorami opadłych liści i włączyła się we mnie artystyczna dusza 😉 Delikatne różnice wysokości kazały oddychać ciut inaczej, patrzeć również, gdzie stawiamy stopy, ale spacer na łonie natury był tego wart, a dodatkowo dla mnie taka forma ruchu nie stanowiła nowości, więc uspokoiłam kolegę co do swojej kondycji.




Wkrótce dotarliśmy do miejsca, które odpowiadałoby punktowi widokowemu na mapie, choć barierka na to wskazująca czasy świetności miała już raczej za sobą. Tym niemniej było na co popatrzeć zarówno z tego miejsca (czy morski krajobraz może się znudzić?), a także na kolejnym odcinku, bo wchodząc głębiej w las, zgodnie z przebiegiem ścieżki, natrafiliśmy na pierwsze elementy fortyfikacyjne, co zdecydowanie rozbudziło mój entuzjazm. Na początek wypatrzyliśmy kopułę, być może po stanowisku strzelniczym. W pobliżu ostały się pozostałości tunelu, co naszym zdaniem mogło wskazywać na ustawienie kopuł strzelniczych w systemie, w którym byłyby ze sobą połączone.



Kolejna ścieżka kreowała widoki niczym z pejzażu, co wywołało mój komentarz:
– Czy Ty to widzisz? Tu wszystko jest w tych samych odcieniach brązu.
– Tak.
– No, ale na zdjęciu oczywiście tego nie widać.
Natomiast dochodząc do barierki i idąc tuż obok niej, natrafiliśmy na kolejną kopułę strzelniczą z dłuższymi tunelami z obu jej stron. Była w całkiem niezłym stanie. Kolega, jako że podszedł pierwszy, bacznie się jej przyjrzał:
– Tutaj chyba da się wejść.
– Tak? – zapytałam podekscytowana, już myśląc, w jaki sposób.
– Źle to ująłem, raczej się wczołgać.
Gdy ja skupiłam się na fotografowaniu obiektu, on podjął rzeczywiście taką próbę i po chwili zerkał na mnie przez okienko, prawdopodobnie będące otworem strzelniczym dla karabinu maszynowego.
– Tak, potwierdzam – zawołał. – Da się tu wejść.
Gdy mój towarzysz już przetarł szlaki, pokusiłam się i ja. Sam tunel nie był szczególnie niski, tylko na wejściu trzeba było uważać na głowę, natomiast do samej kopuły rzeczywiście trzeba było się wczołgać, co też uczyniłam i nie mogłam się w jej wnętrzu w pełni wyprostować. Tutaj kolega odwdzięczył się zdjęciami, a ja miałam totalny zaciesz.
– Też tu jestem w środku po raz pierwszy i też mam podjarkę, nie tylko Ty.










Próbowaliśmy sprawdzić, czy do kolejnego tego typu obiektu da się wejść, bo był jakby w skarpie i widoki musiałyby być niesamowite, ale po teście kolegi usłyszałam:
– Światło tego tunelu mija się ze światłem bunkra, bo bunkier jest osunięty.
A zatem jednak nie dało się wejść.



Wkrótce znaleźliśmy się przy pierwszym z czterech stanowisk ogniowych, ale idąc od tej strony, zaczęliśmy od tego oznaczonego numerem 4. Faktycznie skojarzyło mi się wizualnie z helskim egzemplarzem. Pomimo kałuż udało się podejść bliżej, aby zobaczyć maszynerię wewnątrz baterii. Przy tej okazji dopatrzyłam się napisów, zarówno zostawionych przez zakochanych, jak i niemających konotacji romantycznych – chociażby nazwy Kijów, zapisanej cyrylicą. Mój towarzysz zrobił mi zdjęcie w okienku, po czym po moim wyjściu z baterii przetestował, że popchnąwszy lufę, jest w stanie obrócić całość o 360 stopni. Chwilę później zeszliśmy po schodkach, mijając windy do transportu ładunków, ale dolną kondygnację zamkniętą i mogliśmy zajrzeć wyłącznie przez dziurę w założonej siatce.







Kolejne ze stanowisk ogniowych nosiło nr 3. Zaczęliśmy tym razem od dolnej kondygnacji, gdzie pierwsze w oczy rzuciły mi się graffiti z niedźwiedziami, czołgiem oraz napis „Sława Ukrainie”. Niewątpliwie obecne wydarzenia geopolityczne znalazły swój wyraz także tutaj. Ponownie przez siatkę zajrzeliśmy do wnętrza dolnej kondygnacji. Na tablicy przy schodach wyczytałam z kolei, że baterię pokrywała dawniej siatka maskująca, co w sumie jest logiczne, jeżeli miałaby faktycznie mieć zastosowanie militarne w praktyce. Jednocześnie w innym źródle znalazłam informację, że usytuowanie fortyfikacji w obrębie rezerwatu, na trudnodostępnym terenie przy klifie, sprawiło, iż obecnie można określić 11. BAS jako najlepiej zachowaną baterię nadbrzeżną polskiego wybrzeża. Stanowisko nr 3 także u góry wyglądało podobnie do poprzedniego, choć niektórych elementów brakowało, za to dopatrzyłam się napisów fabrycznych. Oprócz tego nie zabrakło graffiti:
– Emilka i Bartek też tu byli. Ale tam był taki wielki ten napis, a tutaj taki skromniejszy.
Tymczasem kolega zauważył:
– Jest też napisane „***** ule”. Pytanie, czy chodzi o Ulę, w sensie Urszulę, czy o ule od pszczół i to napisały osy! Masz to zanotować na dyktafonie.
Swoją drogą na kolejnych stanowiskach równie niecenzuralny napis odnosił się do Stasia i do harcerzy. Nie wiedzieliśmy, co oni wszyscy komuś zrobili, ale zastanowiło nas, czy potencjalnie Staś i Ula też mogli być harcerzami.
Fotografując baterię, dodałam jeszcze:
– Widzę tu swoisty paradoks. Działo jest radzieckie, bo Polacy byli pod wpływem wschodnim, a w kadrze zmieścił mi się napis „West” (zachód).





Obiekt opatrzony numerem 2 nie wyglądał standardowo, u góry skarpy zachowały się bowiem tylko resztki. W latach 80. stanowisko spadło jakieś 20 metrów niżej, w wyniku erozji klifu. Baterii nie było, według słów kolegi trafiła prawdopodobnie do któregoś z gdyńskich muzeów. Tymczasem nie schodziliśmy jednak na dół, lecz ruszyliśmy do ostatniego ze stanowisk ogniowych.




To opatrzone numerem 1 pozwalało na największą eksplorację. Zaczęliśmy od góry, od samej baterii. Następnie zeszliśmy na dół i udało się rzeczywiście wejść do środka. Z centralnego pomieszczenia dało się wejść do dwóch dalszych, z czego (wedle folderu Urzędu Miasta Gdynia) w jednym magazynowano pociski, w drugim ładunki. Używanie tych słów jako synonimów w języku potocznym sprawia jednak, że nie wiedziałabym, jak wyjaśnić różnicę w tych pojęciach. Wejście do wnętrza tak czy inaczej było ekscytujące.






Wracając, zwróciliśmy jeszcze uwagę na ogrodzenie wojskowe, za którym niedługo później wypatrzyliśmy schron załogi i wieżę kierowania ogniem.



Aby zejść do osiadłego niżej stanowiska ogniowego nr 2, trzeba było zejść na tyle stromą skarpą, że łapaliśmy się po drodze gałęzi oraz stawialiśmy ostrożnie każdy krok. Betonowy konstrukt leżał w takim pochyleniu, że patrząc na jego schody, momentalnie skojarzyłam to sobie z krzywym domem w Szymbarku. Po przeciwnej stronie zobaczyłam namalowany napis „Freak” i uznałam, że rzeczywiście trzeba być nieco szalonym, aby schodzić tą drogą. Zapozowałam, po czym zgodnie z założeniem wyszliśmy na plażę, mijając po drodze niesamowicie rozrośnięte bluszcze.





Już z góry widać było ciemne połacie na jasnym piasku, które okazały się nagromadzonymi muszlami małży. Ten odcinek stanowił część ścieżki przyrodniczej, tymczasem my zmierzaliśmy nim do pętli składającej się na ścieżkę geomorfologiczną, za tablicą z numerem wejścia 13. Po drodze kolega pokazał mi jeszcze jaskinię, w której ponoć chował się kiedyś jakiś przestępca, ale nie zaglądaliśmy do jej wnętrza, nie chcąc mieć problemu z wyjściem. Dalej skupiałam się już na morzu, uderzających o brzeg falach, urozmaicających plażę kamieniach i stadku przepływających łabędzi. Okolice Klifu Orłowskiego były na tyle malownicze, że nie dziwił widok sesji ślubnych w tym miejscu, a jedynie drżałam na samą myśl, jak chłodno musiało być pannom młodym w samych sukniach. Minęliśmy także betonowe konstrukcje, na Google Maps oznaczone jako bunkry.













Zrobiliśmy nawrotkę, wspinając się ponownie między drzewami, mniej więcej na wysokości pierwszej zabudowy. Ustawiono tu zresztą również schody i tablicę z napisem „Rezerwat Przyrody Kępa Redłowska”. Wkrótce znaleźliśmy się na szczycie Klifu Orłowskiego i widoki dzięki dobrej pogodzie wciąż pozostawały przyjemne dla oka. Lasem wróciliśmy do wejścia na plażę z nr 13, bo tam równolegle miała biec ścieżka przyrodnicza.




W odpowiednim miejscu skręciliśmy zatem nie ku morzu, lecz w lewo. W lesie panował już półmrok, przez co obawiałam się, czy fotografowane tablice dam radę potem odczytać, ale nie było jeszcze tak źle 😉



Spacer po Kępie Redłowskiej, choć kazałam jej tyle na siebie czekać, okazał się naprawdę przyjemną przechadzką. Całość zajęła nam trzy godziny zamiast szacowanych dwóch, ale ewidentnie wynikało to z naszego detalicznego podejścia, badania transzei, kopuł strzelniczych czy stanowisk ogniowych od środka. Wystarczy pokazać mi „bunkry”, by nawet podczas spaceru lasem czy plażą towarzyszyło mi uczucie ekscytacji. Każdy spacer jest też okazją, by otworzyć się nie tylko na nowe miejsce, ale też na rozmowę z drugim człowiekiem. Same plusy 🙂
