Na drugi dzień zaplanowałyśmy wspólny wyjazd z mamą. Postanowiłyśmy dotrzeć tym razem na wydmy od drugiej strony, przez Łebę i Rąbkę. Jako, że Lębork od tej strony był całkiem nieźle skomunikowany ze wspomnianymi miejscowościami, tym razem nie jechałyśmy autem wraz z moim bratem. Pogoda była zaskakująca już na dzień dobry, bo wydawało się, że będzie chłodniej niż dzień wcześniej. Tymczasem już dochodząc do dworca w Lęborku, byłyśmy pewne, że słońce pokaże, na co je stać. Mama, preferująca niższe temperatury, była niepocieszona. Mi jedynie było szkoda, że nie ubrałam sukienki, by jakoś sensownie się opalić.

Bus spod dworca w Lęborku z delikatnym opóźnieniem dotarł pod dworzec w Łebie. Za budynkiem, wzdłuż torów, przeszłyśmy ulicą Sienkiewicza aż do mostu. Przy przystani poprosiłam mamę o zdjęcie, a jej załączyły się już pierwsze wspomnienia z czasów kilkuletniej pracy dla Parku. Tutaj np. kupowała ryby.


Szłyśmy następnie ulicą Turystyczną i przy skrzyżowaniu z Jachtową dostrzegłam pozostałości jakiejś starej hali, które mnie zainteresowały. Niestety po powrocie mapka internetowa nie rozjaśniła, z jakim obiektem miałam do czynienia.
Zaintrygowała mnie także mijana niedługo później chatka jak z piernika. Mama uświadomiła mnie, że to sezonowy punkt piekarni Wenty, dobrze znanej w Lęborku. To przywołało wspomnienie z dzieciństwa, gdy hitem były duże bezy na kształt kolorowych buziek. A jeśli już o sezonowości mowa, bardzo doceniałam gest właścicieli jednego z lokali gastronomicznych, którzy w cieniu ustawili miskę z wodą dla piesków.



Tuż przed skrzyżowaniem, gdzie rozdzielały się czerwony i zielony szlak, a drogowskaz kierował na wydmy, sugerując trasę długości 7 km, mama przeszła „na nielegalu” w lewo, choć za skrzyżowaniem miała pasy prowadzące do ścieżki. A tak musiałyśmy jeszcze przejść chwilę później właśnie na tę ścieżkę, mniej więcej na wysokości parku linowego. Wiedząc, że zwykle pilnuję świateł i pasów, rzuciła:
– Wiem, co powiesz zaraz, ale ja tak zawsze chodziłam.
Wkrótce przeszłyśmy jednak na chodnik po prawej, który dopiero dużo później przeobrażał się w leśną ścieżkę.




Na granicy Słowińskiego Parku Narodowego i miasta, przy ogłaszającej to tablicy, zrobiłam sobie selfie, ale wsiąkłam również w obserwacje zięby, która zmieniła co prawda parę razy gałąź, ale zawsze przysiadała w pobliżu, zupełnie się nas nie obawiając. Nawet dawała się fotografować, siedząc spokojnie, gdy inne ptaki wokół szalały. Jednak żałowałam, że nie miałam lepszego sprzętu niż zwykły telefon. Zrobiłam jej multum zdjęć, żywiąc nadzieję, że któreś wyszło, skoro podeszłam do niej bliżej niż na 5 metrów. To było niesamowite. Kawałek dalej sobie fruwał wróbelek, ale nie robiłam mu zdjęcia, natomiast gdzieś nad nim dało się usłyszeć ziębę.



Na naszej trasie znalazł się też cmentarz, o którego istnieniu mama wiedziała, ale dopiero niedawno ustawiono tablicę informacyjną, że to cmentarz ewangelicki. Skręciłyśmy w prawo, by do niego podejść. Poza odnowionym głazem z oplatającym go niczym wstęga napisem, te na nagrobkach były nieczytelne. Sama nekropolia była nieduża, ale cieszyłam się, że na pozornie doskonale znanej trasie odnalazłam coś nowego. Podczas ostatniej wizyty w ogóle go nie zauważyliśmy, a część dalszej trasy pokonywaliśmy wtedy rowerami, co nie sprzyjało uważności (wtedy też byliśmy w Łebie, odwiedzając również muzea, dlatego teraz nie miałam takich ciągot).




Gdy wróciłyśmy z mamą na główną ścieżkę, zaczęła obczajać wszystkich kierowców meleksów, czy ich zna. W pewnym momencie nawet zaczęło mnie to bawić. Tymczasem dotarłyśmy do kolejnego ciekawego punktu. Była to kapliczka św. Barbary, ustawiona tu na 650-lecie Łeby. Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że Św. Barbara miała swoje atrybuty: miecz, wieżę i Hostię.

Wkrótce dotarłyśmy do zabudowań Słowińskiego Parku Narodowego. Zaintrygował mnie stary budynek po lewej, bo umieszczono na nim… herb Gdańska! Kasy parkowe były zamknięte, podobnie jak filia muzeum, ale zobaczyłyśmy plenerową galerię zdjęć, a we wnętrzu też już kiedyś byłam. Za filią muzeum mieścił się pomost i mama zasugerowała, żebyśmy tam zajrzały, bo można zobaczyć Jezioro Łebsko. Po drodze zobaczyłyśmy plac edukacyjny, przystosowany do zajęć z dziećmi, np. z szukaniem tropów.
Stała tam również wieża widokowa, niestety nieczynna. Dalej dostrzegłam wspomniany pomost i zrobiłam parę zdjęć, choć chwilę później w kadr weszła mi para, prawdopodobnie małżeństwo. Skierowałyśmy się z mamą na pomost za nimi, a ja po prostu tymczasem ogarnęłam inne ujęcia. Gdy zawracali, orientując się, że mówią w nieznanym mi języku, zwróciłam się do nich po angielsku z prośbą o zrobienie mi zdjęcia z mamą. Ustawiłam się tak, jak wyobrażałam sobie ciekawy kadr, ale pan zwrócił mi słusznie uwagę, gdzie znajduje się słońce. Zmieniłyśmy zatem miejsce i po jego zawołaniu „smile!”, uśmiechnęłyśmy się. Mama podziękowała za zdjęcia. Po tej krótkiej sesji państwo przyznali, że przyjechali z Holandii, tymczasem ja odpowiedziałam, że jesteśmy stąd. Wywiązał się między nami dialog, który potem przetłumaczyłam mamie:
– Uczycie się angielskiego w szkole w Polsce?
– Tak, uczymy się angielskiego i drugiego obcego języka.
– Pewnie niemieckiego?
– Niemieckiego, czasem rosyjskiego, hiszpańskiego, francuskiego…
– Jesteśmy kilka dni w Polsce i jeszcze nikt nie mówił do nas po angielsku.
– Może my w Polsce boimy się mówić po angielsku.
– Pani dobrze mówi po angielsku.
– Nie mówię super po angielsku, ale wystarczająco dobrze – odparłam szczerze, posyłając Panu uśmiech i życzyliśmy sobie wzajemnie udanej podróży.
Byłam wówczas na etapie, gdy planowałam poprawić swój angielski, by czuć się w nim swobodniej w sytuacjach zawodowych, gdy z nerwów potrafiłam gubić słowa, aczkolwiek taka pogawędka jak nasza przyszła mi zupełnie naturalnie i bez żadnego stresu. To też było uświadamiające doświadczenie.










Chwilę później wróciłyśmy na szlak. Mama rozmarzyła się:
– O, jak przyjemnie! Ptaszki śpiewają.
– Zięby cały czas nadają.
Szłyśmy leśną ścieżką już za bazą meleksów, przeznaczoną dla ruchu pieszego, tymczasem większość rowerzystów i meleksy kursowały drogą betonową po naszej lewej. Kawałek dalej mama wskazała mi obiekt, który służył do celów obserwacyjnych i rzeczywiście miał takie małe otwory, ale właz był tak zamknięty, by nikt się w nim nie zatrzasnął, jak dowiedziałam się później.




Przy tablicy przyrodniczej o rytmie dobowym zwierząt zrobiłyśmy sobie z mamą przerwę regeneracyjną. Chwilę później przechodzili państwo z dwoma synkami. Młodszy zawołał, że na obrazku widzi łosia. Jego mama poprawiła go, że to jeleń. Tymczasem tata sobie zażartował, że myszojeleń i potem chodziła za mną piosenka o tym zwierzaku, swego czasu dość popularna w sieci. Później mijałyśmy jeszcze inne tablice, m.in. o ptakach wróblowych.
Przy wspomnianej betonowej drodze były tabliczki „Gmina Smołdzino”, a w przeciwną stronę „Gmina Łeba”, choć tylko pierwsza z nich była widoczna z naszej perspektywy, a drugą zobaczyłyśmy, dopiero wracając.
Niedługo później minęłyśmy wykrot, inaczej wywrót czyli drzewo powalone przez wiatr z wyrwanymi z ziemi korzeniami. Mama zauważyła pana, który co jakiś czas przystawał, zmieniał obiektyw aparatu i fotografował przyrodnicze detale, w tym korzenie przewróconego drzewa. Mama założyła, że był przyrodnikiem, ale gdy potem miała okazję do niego zagadać, odpowiedział:
– Broń Boże. Nieraz warto zwrócić uwagę na coś, czego ludzie nie widzą.
Totalnie się z panem zgadzałam w tej kwestii. Chwilę później chyba widziałyśmy rudzika. Miał piękny brzuszek, ale uciekł, nim zdążyłam podnieść telefon, by zrobić mu zdjęcie. Za to weszłam po schodkach, które pojawiły się po prawej, prowadząc wydmową ścieżką do platformy widokowej. Po krótkiej sesji wróciłam na główny szlak.





Pokonałyśmy następny odcinek i okazało się, że Wyrzutnia Rakiet też jest zamknięta. Na jej terenie chodził jakiś pan ubrany w strój roboczy, zza płotu dało się dostrzec ze dwa obiekty, ale czcionka na tablicach była nie do odczytania dla krótkowidza. Musiały mi wystarczyć dwa elementy wyeksponowane przed bramą wejściową: fundament radaru Rheingold oraz fundament radaru Mannheim Riese.
To było trochę frustrujące, że gdziekolwiek chciałyśmy wejść, wszystko było zamknięte 😉 Dlatego nasza wycieczka właściwie była raczej spacerem niż zwiedzaniem. Mama przysiadła na moment na ławce, popijając wodę. Potrzebując chwili odpoczynku, posłała mnie na drugą stronę drogi, bo była tam ścieżka do kolejnego pięknego pomostu. Tu jezioro wydawało się miejscami uroczo zielonkawe. A mi na jego widok przyszło do głowy hasło: „bezkres jeziorny”. Było też bardzo ciepło, choć niby tylko 21 stopni, o 1 stopień więcej niż dzień wcześniej.










Ostatni odcinek przywiódł nas już do celu. Gdy dotarłyśmy do parkingu meleksów, tuż pod podejście pod wydmę, ponownie zobaczyłyśmy spotkanych wcześniej Holendrów. Wypożyczyli rowery na drogę powrotną. Ucieszyli się na nasz widok. Pani posłała nam przemiły uśmiech, a pan zagadał pierwszy, najpierw po ichniemu i szybko się zorientował, że nie rozumiem, bo przeszedł na angielski:
– Czeka Was droga w górę, w górę i w górę…
– Tak, wiemy. Mama tu kiedyś pracowała i szła tą drogą codziennie – pan był zaskoczony słysząc słowo „everyday”. – Ja też tu byłam parę razy w swoim życiu, więc to nie jest nasz pierwszy raz – uśmiechnęłam się.
– Dla mnie to był pierwszy raz – powiedział pan tonem, który wskazywał, że raczej nie powtórzy tej trasy.
Z sympatią, ale i delikatną przekorą rzuciłam, że zapraszamy mimo wszystko ponownie. Posłaliśmy sobie uśmiechy, pomachaliśmy sobie i każda ekipa ruszyła w swoją stronę, a mama rzuciła krótkie:
– Przetłumacz mi.
Tak też zrobiłam, a jednocześnie zauważyłam, że Holendrzy mają u siebie raczej wypłaszczone tereny, więc faktycznie mogli nie przewidywać, że wydmy są wyzwaniem.


Tymczasem my minęłyśmy drogowskaz i bazę meleksów, po czym rozpoczęłyśmy wspinaczkę. Mama była zaskoczona, jak wiatr zmienił kształt wydmy – była bardziej stroma niż zakładała. Widać było to nawet po zasypanym cześciowo drogowskazie z nazwą wydmy. Przez moment mama rozważała nawet, że dalszy odcinek pokonam sama, a ona na mnie poczeka. Ostatecznie jednak przekonałam ją, by szła ze mną, bym nie musiała się o nią niepokoić. Obiecałam dostosować tempo do niej. Tutaj kijki do nordic walking przydały się mamie szczególnie.


Początkowo kierowałyśmy się na wprost. To było ciekawe, bo gdyby nie mnogość ludzi i barierki ze sznurków, można by się czuć jak na pustyni. Tutaj też dało się odczuć przypiekające słonko. Gdy natrafiłyśmy na miejsce, skąd można było jedynie zawrócić, po naszej lewej stronie znajdowało się jezioro i było lepiej widoczne niż morze, do którego miałyśmy jeszcze kawałek. Zmienne ukształtowanie wydm musiało mieć też chyba wpływ na osadzenie pali ze sznurkami, bo pamiętałam swoją poprzednią wizytę i tę trasę nieco inaczej. Chyba, że to mnie zawodziła pamięć.
Poprosiłyśmy jedną z turystek, by zrobiła nam zdjęcie z mamą, a po chwili mama była moim fotografem i zasugerowała sama kilka kadrów. Następnie zaczęłyśmy powoli schodzić, by chwilę później skręcić w lewo.








Gdy z Wydmy Łąckiej odbiłyśmy w stronę plaży, miałyśmy pod stopami mega, mega gorący piach. Mama czuła się już nieco zmęczona, więc zadzwoniła po znajomego i załatwiła nam podwózkę do Łeby. Podeszłyśmy nad wodę tylko na chwilę, zamoczyłam nogi w przyjemnie chłodnym morzu, po czym mama zrobiła nawrotkę, a ja dogoniłam ją chwilę później.










Znajomy mamy zgarnął nas z parkingu meleksów i widać było, że zna się z tutejszymi kierowcami. Z Łeby wróciłyśmy busem do Lęborka. Kolejny park narodowy za mną!

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
