Słowiński Park Narodowy – inne oblicze parku, który znałam jako pierwszy

Wykorzystałam wizytę w domu, by zaproponować bliskim rodzinną wycieczkę. Na celowniku znalazł się kolejny (chronologicznie) park narodowy, a dokładniej Słowiński. Nie były to moje pierwsze odwiedziny w samym parku, ze względu na bliskie położenie mojego rodzinnego Lęborka. Do dziś pamiętam pierwszy wyjazd, w Dzień Dziecka 1999 roku, nazajutrz po mojej I Komunii. Jechałam z mamą, a także swoim ojcem chrzestnym i częścią spośród jego dzieci. To była naprawdę fajna wyprawa! Późniejsze odbywałam już jako nastolatka lub dorosła osoba. Nie miałam nigdy szczególnego parcia na wyjazdy do Łeby, szczególnie, gdy zamieszkałam w Trójmieście i morze miałam już na wyciągnięcie ręki.

Dzięki idei odwiedzenia wszystkich polskich parków narodowych, postanowiłam jednak odkryć tę część Parku, która do tej pory nie została przeze mnie odwiedzona. Była to zachodnia część, a zatem okolice Smołdzina i Czołpina. Wyruszyliśmy z rana autem z mamą i bratem, bo te tereny nie są szczególnie skomunikowane z Lęborkiem poprzez komunikację publiczną. Byłam zatem wdzięczna, że brat dał się namówić. Okrasił też tę wycieczkę sporą dawką humoru już po drodze.

– Pusto tutaj – zauważyła mama, bo faktycznie na trasie prawie nie było aut.

– A kto tu ma jeździć? – rzucił mój brat z rozbrajającą szczerością.

Gdy przejechaliśmy przez Grapice, usłyszałam z ust brata:

– Że tak zażartuję, tutaj biegnie główna droga.

Rzeczywiście, szosa była jak wiejska, tylko asfaltowa. Dalej dostrzegliśmy znak z ograniczeniem do 50 km/h i informacją, że jest zły stan nawierzchni, co Grzesiu również skomentował:

– No tak, znak jest tańszy niż remont.

Niedługo później wjechaliśmy do miejscowości Grapiczki i jakieś może 300 metrów dalej był koniec Grapiczek. To też mnie rozbawiło.

Więcej przygód na trasie w tę stronę nie stwierdzono 😉 Dojechaliśmy do parkingu, gdzie drogowskaz wskazywał 0,2 km do muzeum. Ono było naszym pierwszym celem tego dnia. Nie obyło się bez sesji na prowadzącym w tamtą stronę pomoście. Szybko też zorientowaliśmy się, że do latarni morskiej musimy znaleźć alternatywny szlak, bowiem tutejszy zagrodzono ze względu na trwające prace modernizacyjne.

W samym muzeum zaczęłam od zakupu biletów i pamiątek. Zwiedzanie odbywało się z audioprzewodnikiem. Ze względu na przybyłą wycieczkę szkolną, skierowaliśmy się na początek na drugie piętro. Mieliśmy jednak inne tempo zwiedzania, bo gdy ja zeszłam niżej, moi już kończyli całość 😉 A to wszystko dlatego, że pierwsza z sal na górze mówiła o dawnych podróżnikach oraz nawigacji opartej o astronomię. To jak miałam tam nie wsiąknąć? 😉

Pomimo ogromu entuzjazmu zauważyłam pewną niezgodność. Powiedzieli, że sekstant był w XVIII wieku i pochodził z Anglii, a przecież Heweliusz budował go już w XVII wieku. Mimo to salka z wielką mapą na ścianie, przyrządami nawigacyjnymi w gablocie i informacjami o podróżnikach, którzy odkrywali świat na przełomie średniowiecza i epoki nowożytnej, choć nie kojarzyła się bezpośrednio z przyrodą (ale budynki muzealne mieściły się w dawnej osadzie latarników, więc tematyka była uzasadniona), przypadła mi niezmiernie do gustu. Jako miłośniczka map chętnie przejrzałam też galerię map na ekranie z historią kartografii. Obfotografowałam też dane nt. historii żeglugi od starożytności.

W dalszej części wystawy na tej kondygnacji można było poczytać o historii latarni morskich, zarówno pod kątem technologii, jak i zobaczyć przykładowe polskie i zagraniczne latarnie morskie. W kontekście polskich skojarzyły mi się zajęcia z geografii na kursie przewodnickim. Jeśli chodzi o zagraniczne, wypatrzyłam informację, że najstarsza znajdowała się w Hiszpanii, pochodziła z mniej więcej 100 r. n.e. i nosiła nazwę Wieża Herkulesa. Przejrzałam też informacje o osadzie latarników. Natomiast zupełnie nie ciekawiły mnie współczesne technologie nawigacyjne, dlatego chwilę później zeszłam na dół.

Tam częściowo mijałam się ze szkolną wycieczką, ale na szczęście w niewielkim stopniu. Tę kondygnację poświęcono już walorom przyrodniczym Słowińskiego Parku Narodowego. Pojawiły się oczywiście dioramy, jak w większości muzeów tego typu. Salę wypełniały ilustracje roślin i zwierząt. Tymczasem w obrębie ekranów można było poczytać o torfowiskach czy łąkach. Na jednej ze ścian opisano także, jak powstają wydmy. My planowaliśmy podczas obu dni naszej wyprawy zobaczyć Wydmę Czołpińską oraz Wydmę Łącką.

W kolejnej salce urzekła mnie naścienna mapka wybrzeża. Przed nią umieszczono stoiska z ekranami, gdzie można było poznać lokalne ekosystemy: wydmowe, wodne, leśne oraz torfowiska i łąki.

Najciekawsza z mojej perspektywy była jednak kolejna przestrzeń, poświęcona Morzu Bałtyckiemu, zarówno z perspektywy geograficznej, jak i biologicznej. Zwrócono uwagę nie tylko na tutejsze gatunki czy bursztyn, ale również na historię Bałtyku, co mu aktualnie zagraża czy informacje o krajach nadbałtyckich. Tutaj też spędziłam dłuższą chwilę, mając już jednak z tyłu głowy, że moi czekają na zewnątrz.

Przeszłam już dość szybko przez salkę związaną z wodami śródlądowymi. Następnie zajrzałam do sąsiedniego budynku, by zobaczyć wystawę czasową, ale była maleńka, a wpadające światło w kontraście do panującego wewnątrz półmroku utrudniało odbiór treści. Wystawę wykonano w sposób przystępny dla dzieci, a dotyczyła ptaków i legend.

Cofnęliśmy się w kierunku parkingu, ale tuż przed nim odbiliśmy w lewo. Wędrowaliśmy czerwonym szlakiem. Czasem na naszej trasie pojawiały się tablice o lokalnych gatunkach, ale wypatrzyłam też QR kod, który jednak nie działał. Szlak był dobrze oznaczony, a miejscami odgrodzony od lasu sznurkiem na palach. Co jakiś czas zamiast dróżki biegły kładki.

W pewnym momencie mama powiedziała, że już prześwitywała wydma, a Grzesiu, że kończył się pomost. Dodałam od siebie, że śpiewa zięba, na co mój braciszek zażartował:

– Nie znam gościa.

Mama rozglądała się, czy rosły jagody. Rzuciłam:

– Był kiedyś taki wierszyk „jagódki, jagódki na dziecięce smutki”, czy jakoś tak. Albo „bursztynek, bursztynek, znalazłam go na plaży”. I jeszcze jest „ogórek, ogórek, zielony ma garniturek”.

Zaczęłyśmy podśpiewywać z mamą tę ostatnią, co Grzesiu skomentował krótko:

– Wypisuję się z tej wycieczki.

A mnie po prostu zastanowiło, czemu w tylu piosenkach kluczowe słowo się powtarzało.

Choć widać było, że zbliżamy się do celu, czekał nas jeszcze pewien odcinek do przejścia lasem. Szliśmy sobie spokojnie, gdy nagle Grzesiu trzepnął mnie z impetem od tyłu w łydkę. Krzyknęłam „ała”, ale po chwili okazało się, że miałam tam komara, więc podziękowałam. Niestety, do domu i tak miałam wrócić pogryziona. Tymczasem Grzesiu poprosił, by nie robić mu złej renomy we wpisie 😉

Niedługo później zobaczyliśmy z Grzesiem wydmę i zastanawialiśmy się, czy to już jest Wydma Czołpińska.

– To jest za małe na to wysokie – uznał mój brat.

Tablice informacyjne opisywały już wspomnianą wydmę, ale zdecydowanie był to dopiero początek piaszczystej fazy naszej wędrówki. Zastanawiałam się, czy już zdjąć buty i początkowo się wstrzymałam, ale i tak co chwilę wyrzucałam piasek z sandałów. Na tym odcinku naszej trasy czułam też, jaki był chłodny. Dopiero potem, gdy wyszliśmy z cienia, miało się to zmienić.

Czekały nas górki i dołki, ale w tamtej chwili jeszcze nie byliśmy tego świadomi. Chcąc, by podejścia były dla niej jak najmniej skomplikowane, a jednocześnie z humorem, Grzesiu zasugerował mamie:

– Idź tyłem, to będziesz jakby szła w dół, ale pod górę.

Tymczasem ja wykorzystałam moment, gdy czekaliśmy na mamę i poprosiłam brata o fotkę. Grzesiu, gdy wcześniej poprosiłam go o zdjęcie na ścieżce, zaczął robić film i teraz też tak podejrzanie się ustawiał jako fotograf. Zapytałam więc, czy robi to samo. Odparł:

– Nie, za kogo mnie masz? Za osobę, która powtarza żart? Dobry żart jest dobry tylko raz.

W międzyczasie zaczęło kropić, więc ucieszyłam się, że ubrałam szorty, bo szybciej bym wyschła. Deszcz nie był jednak ani intensywny, ani długotrwały. I tak sobie wędrowaliśmy jak po sinusoidzie. Za każdym kolejnym, wydawałoby się ostatnim, szczytem, ujawniały się kolejne.

Na trasie mieliśmy sporo czasu na sesje fotograficzne. Ani ja nie próżnowałam, ani nie dawałam spokoju bratu 😉 Grzesiu zrobił mi zdjęcie w najpiękniejszym jak dotąd miejscu. Wyglądało magicznie.

– Zapozowałam jak na baczność – rzuciłam do niego, podglądając, co wyszło z sesji.

– Oficjalny wyjazd.

Późniejsze próby były bardziej udane, a tego dnia wrócić miałam (jak zawsze) z ogromną liczbą kadrów.

Nagle pojawiło się spore zejście z wydmy, a za nim spore podejście i mój braciszek zażartował:

– Jakby Martę zwinąć w kulkę, to by można ją poturlać – po czym nagle się zatrzymał i skomentował widok za barierkami. – O, dziura, dziura w wydmie.

To zaciekawiło go na tyle, że sam wyciągnął telefon. W międzyczasie stwierdziłam, że zdejmę sandały i pierwsza stopa momentalnie mi się zapadła, więc zażartowałam, że piasek mnie wciąga. Mama i Grzesiu chwilę później poszli w moje ślady.

Chwilę później obróciliśmy się, by zobaczyć, ile już przeszliśmy i okazało się, że jakieś dziecko autentycznie turlało się z wydmy.

– Oj! Ojojoj! To chyba nie jest ostatni szczyt – zawołał nagle Grzesiu i pomyślał, jak poprawić mamie morale. – Czwarty ostatni szczyt, dobrze Ci idzie.

Sypaliśmy sobie z Grzesiem piasek po stopach, drocząc się przy tym jak dzieci. Nawet próbowałam nagrać filmik, bo to było zabawne, ale nie trafiłam w guzik na ekranie i się nie nagrał. Śmialiśmy się, że przesuwamy wydmę. Chwilę później przekroczyliśmy faktycznie ostatni szczyt i zobaczyliśmy morze i las.

Mama się cieszyła, że pokonała wydmę, a my byliśmy z niej dumni. Zaśmiałam się do brata, dlaczego użyłam liczby mnogiej:

– Ekstrapolowałam swoje uczucia na Ciebie, ale chyba w tym względzie są tożsame.

Grześ skomentował jedynie:

– Ekstrapolowałam. Marta super myśliwy 😉

Ale Grzesiu zgodził się ze mną, więc podszedł do mamy i przybił jej piątkę.

Odcinek leśny nie był przyjazny dla bosych nóg. Grzesiu zawołał niespodziewanie:

– Ach, te igiełki wbijające się w stópki. Korzonek, ałałała.

Gdy sama stanęłam nagle, by zrobić zdjęcie, że wchodzimy w las, zareagowałam na ukłucie stopy:

– Ała!

– Igiełka? – zapytała mama.

– Nie.

– Korzonek?

– Nie, badyl.

Dlatego, wchodząc do lasu, jednak nałożyliśmy butki. Nieoczekiwanie za mną wciąż chodził wers z piosenki Alicji Majewskiej „Navigare necesse est”, które to słowa usłyszałam w audioprzewodniku w muzeum z kontynuacją „vivere non necesse”.

Wykorzystując ławeczki, zrobiliśmy sobie przerwę regeneracyjną. Mijały nas rodziny z dziećmi. Szedł sobie między innymi mały chłopiec, niezwykle podekscytowany tym, że napotkał schodki. Zarówno my, jak i ludzie idący z naprzeciwka, uznaliśmy go jednomyślnie za słodziaka. Niedługo później przechodzili rodzice z innymi dziećmi i te również ucieszył widok schodów.

– Te dzieci to chyba mieszkają na parterze – zaśmiałam się. – Albo w domach jednoparterowych – przejęzyczyłam się. – Jednokondygnacyjnych.

– Bo zawsze w domach jest pięć parterów – nabijał się Grzesiu.

– U nas w bloku nawet siedem – dodała mama zupełnie na poważnie, mając na myśli liczbę klatek.

Nadszedł jednak długo wyczekiwany moment! Dotarłam do morza, a z tej radości włączyła mi się głupawka. Naprawdę, dostałam małpiego rozumu 😉 Zaczęłam skakać i prosiłam brata, by zrobił mi zdjęcie, jak moczę nogi w morzu.

– Masz wejść do kolan.

– Do połowy łydki – licytowałam się.

Na zewnątrz niby 20 stopni Celsjusza, ale odczuwałam lekki chłód, a woda musiała być zimniejsza.

Ostatecznie gdy weszłam, to woda i tak zalała mi nogi do kolan wraz z przypływającą falą. Grzesiu uznał zatem, że umowa dotrzymana, zrobił mi dużo zdjęć i nawet filmik jak szaleję w wodzie i przy brzegu <3

Kawałek dalej Grzesiu wskazał wyrzuconą na brzeg roślinę:

– A co to?

– Morszczyn – odpowiedziałam. – To taki glon.

Plaża była ciekawa. Na wejściu pokryta kamykami, a przy brzegu morza miała taki schodkowy układ, jakby się odcinała tuż przy falach.

– Klif – zażartował Grzesiu, po czym ukruszył fragment stopą. – Zawaliłem klif.

Spacerowaliśmy niespiesznie, a ja cieszyłam się każdą sekundą, gdy fale opływały moje stopy. Zawsze w takich chwilach myślę sobie, że muszę odpowiednio wcześnie wyjść z wody, by nogi obeschły i dało się strzepać z nich piasek i założyć buty. Jednocześnie daje mi to tyle radości, że przedłużam takie momenty, jak tylko długo mogę.

Grzesiu zaczepił mnie od tyłu:

– Ej, ziomek – i pokazał mi muszelkę.

– Sercówka. Zaraz też sobie znajdę.

– Żadna nie będzie tak doskonała jak moja.

I faktycznie, trochę mi to zajęło znaleźć całą muszlę, jak ta jego, przy czym moja miała różne przebarwienia, a jego była śnieżnobiała. Młody miał w ogóle szczęście do różnych plażowych znalezisk tego dnia.

Gdy zobaczyliśmy drogowskaz z napisem „Latarnia”, zeszliśmy z plaży z powrotem w las. Tym razem szlak oznaczono kolorem niebieskim. Do latarni musieliśmy przejść zaledwie kilometr, więc szybko dotarliśmy do celu.

Oczywiście oddałam się fotografowaniu, co ze względu na jej wysokość i nasze dość bliskie położenie nie było prostym zadaniem. Latarnia teoretycznie była udostępniana do zwiedzania, ale prawdopodobnie przez remont szlaku od strony muzeum, nie można było tymczasowo do niej wchodzić – była zamknięta na cztery spusty.

Dlatego w drogę powrotną udaliśmy się przez las tak, by ścieżką prostopadłą do drogi plaża-latarnia-muzeum wrócić na czerwony szlak. Spodobało mi się, że pod nogami mieliśmy dużo szyszek, bo wyglądało to malowniczo. Tymczasem Grzesiu zauważył:

– Jak na to, że jesteśmy tak blisko morza, to całkiem dużo górek.

Uwagę mamy zwróciło zupełnie coś innego:

– Są jagodniki, ale jeszcze nie ma jagód.

– W parku i tak nie mogłabyś zrywać – odpadł Grzesiu.

– Gdybym walczyła o przetrwanie, to bym mogła.

– Nie jesteś na survivalu, masz kanapki.

Wreszcie dotarliśmy do czerwonego szlaku i znanym nam już odcinkiem skierowaliśmy się w stronę parkingu. Na koniec zwiedzania podeszliśmy jeszcze do muzeum do sklepiku, po pieczątki i do łazienki. Gdy wyszliśmy z Grzesiem, okazało się, że mama zagadała dwie panie, które były jej znajomymi z czasów, gdy pracowała dla Parku. Panie zachęcały ją, by częściej wpadała w odwiedziny. Z dumą wtrąciłam się:

– A kto Cię namówił na tę wycieczkę? 😉

Wkrótce skierowaliśmy się do auta. Miałam prośbę do Grzesia, byśmy po drodze zobaczyli jeszcze dwa miejsca. Pierwsze z nich stanowiło Smołdzino i elektrownia wodna. Tę historyczną średnio widzieliśmy z poziomu mostu na Łupawie, ale warto było spróbować. Przy tej okazji odkryłam na skrzyżowaniu Lipowej, Daszyńskiego i Kościuszki pomnik z napisami w cyrylicy, odnoszący się do lat II wojny światowej. Drugi punkt do odhaczenia stanowił pałac rodu von Bandemer w miejscowości Żelazo. Dość spora konstrukcja prawdopodobnie była zostawiona sama sobie. Towarzyszyły jej zabudowania gospodarcze, a nim wjechaliśmy tu z większej drogi, mignęło nam gdzieniegdzie biegające ptactwo. A jednak miejsce wyglądało na opuszczone. Oczywiście ja, jak to ja, cieszyłam oczy choćby dlatego, że budynek był ceglany 😉

Wreszcie bez większych przygód wróciliśmy do domu, zręcznie omijając tworzące się już o tej porze korki.

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *