Choć obudziłam się o 5:30, udało mi się jeszcze pospać do ósmej. Zebrałam się niespiesznie tak, że wyszłam chwilę po dziewiątej. Najpierw skierowałam się ku ulicy Krótkiej, gdzie chciałam zobaczyć kaplicę Stella Matutina. Urzędowały tam siostry boromeuszki, ale gdy weszłam, nikogo nie spotkałam. Czytałam wcześniej opinie, że kaplica jest zamknięta i z taką myślą (że odbiję się od drzwi) podeszłam, ale mi udało się wejść. Kaplica była nieduża i skromna, ale mi się podobała. Moją uwagę zwróciły także witraże z kwiatkami w drzwiach.




Kolejny na mojej trasie był park imienia Fryderyka Chopina. Udało mi się zrobić tam parę fajnych zdjęć, choć gdzieniegdzie leżały worki z liśćmi, trawą czy gałęziami, bo akurat pracowali panowie od zieleni. Poza kilkoma rzeźbami, w tym samego Chopina, spodobał mi się napis z nazwą parku ułożony z kwiatów, mnogość kwiatów w ogóle, a szczególnie ucieszył mnie widok narcyzów, podobnych przecież do moich ukochanych żonkili.









Po wyjściu z parku skierowałam się ku Alei Gwiazd. Swoje dłonie odbiło tutaj kilkadziesiąt, o ile nie ponad setka gwiazd. Fotografowałam każdą po kolei, poświęcając więcej uwagi swoim ulubieńcom. Kilka upamiętnień znajdowało się za ogrodzeniem. Podobnie jak w Gdańsku, przyłożyłam dłoń do dłoni Jerzego Treli, pamiętając, że wówczas zdziwiło mnie, że nasze dłonie są podobnego rozmiaru. Tak było i tym razem. Przy nazwiskach niektórych reżyserów płaskorzeźby były sugestywne i choć sama nie mam pamięci do łączenia w pary nazwisk reżyserów i tytułów filmów, domyśliłam się, że reżyserem filmu „Ogniem i mieczem” musiał być Hoffman. Przy dwóch postaciach zamiast dłoni było coś na kształt cięcia i zastanowiło mnie, czy osoby te nie zdążyły zostawić tu po sobie śladu, choć był na to plan, bo o jednym z panów wiedziałam, że już nie żyje. Ponadto, choć widziałam ich dłonie już dzień wcześniej, podeszłam do upamiętnień Antoniego Pawlickiego i Janusza Józefowicza. Przykładając dłoń do dłoni tego pierwszego, zauważyłam że była nieco większa i głębsza od mojej. Gdy przeszłam pierwszą połowę Alei, przy ławeczce siedział pan z synkiem, a obok mieli zaparkowany dziecięcy rowerek.
– Nie zasłaniamy? – zapytał pan. – Chyba nie zasłaniamy.
– Nie, zresztą większość zdjęć robię tylko poglądowo. Bardziej się zatrzymuję przy swoich ulubionych.
– No tak. Są takie osoby, których się szuka.
– Może nie tyle szuka, ale jak już się znajdzie, to się człowiek cieszy 🙂














Rzuciłam okiem na plażę. Zastanowiło mnie, czy jest tak pusto z powodu młodej godziny, czy dlatego, że nie było już tak gorąco. Ale zdecydowanie widok przestawiał się inny niż dzień wcześniej.
Po chwili przyszedł czas na drugą połowę Alei Gwiazd i dalszy ciąg pogadanki z panem z synkiem.
– To dużo pracy – stwierdził pan.
– Jak się ma dużo czasu to można.
W międzyczasie usłyszałam jak rozmawiał z synkiem o bohaterce książeczek dla dzieci, Kici Koci.
– Teraz jest faza na Kicię Kocię? – zapytałam, a tata potwierdził.
– Ile masz lat? – zapytałam małego.
– Trzy – odparł wystawiając paluszki. – Ale za kilka dni mam urodziny.
– I będziesz miał cztery – dopowiedział tata.
– O, to już niedługo będzie faza na dinozaury, na Kosmos, to coś bardziej dla taty – zauważyłam, a tata z uśmiechem przytaknął.
– Ale Psi patrol pewnie jest? – dopytałam.
– No! Psi patrol to cały czas.


W tej części Alei zobaczyłam jeszcze dwóch aktorów spośród głównych bohaterów „Czasu honoru”, który to serial uwielbiam i obejrzałam w całości. Zresztą właśnie z powodu ról w produkcjach o tematyce okołowojennej, Pawlicki został moim ulubionym aktorem młodego pokolenia. Zwróciłam też uwagę na fakt, że odbijające tu swoje dłonie kobiety często obok podpisu dodawały słoneczka, serduszka czy uśmiechy, a najdrobniejsze pismo miała chyba Justyna Steczkowska. Obowiązkowo podeszłam też do ławeczki z Gustawem Holoubkiem, a to przypomniało mi piosenkę zespołu LemON „Myśl”:
I słyszałem raz
Wywiad z Holoubkiem
Mówił o człowieczeństwie
A nie o projektach
Nie mam pełnej kontroli
Nad swoimi słowami
Jak młody tancerz nad ciałem
Zapominam o przeprostach







Mając blisko do swojej bazy, wpadłam tam na krótką przerwę regeneracyjną, po czym ruszyłam ku ulicy Gryfa Pomorskiego, mijając przy tym skwer i ciekawe wille. Była też rzeźba z rybkami. Na wejściu w ulicę Gryfa Pomorskiego chwilę uwagi poświęciłam ptaszkowi:
– Cześć, szpaku. Jesteś piękny!
Minęłam budowę z ciekawymi apartamentowcami, co jednak generowało hałas. Dodatkowo było stąd wszędzie nieco dalej. Cieszyłam się, że szukając kwatery, wycelowałam jednak w ulicę Kopernika, choć widziałam też ogłoszenia stąd. Dopiero później, widząc wokół las, mogłam czuć wewnętrzny spokój i regenerację.






Po około półgodzinnym spacerze dotarłam do celu, a był nim bunkier, ponoć z okresu II wojny światowej. Przeszłam od jednego wejścia do drugiego, bo światło sugerowało możliwość przejścia, ale i tak posłużyłam się latarką. Wewnątrz, jak to w bunkrze, brudno, śmieci, nieco mrocznie. Zawsze w takich miejscach mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony fascynują mnie i cieszę się, mogąc je zobaczyć. To jednak kawałek historii. Z drugiej strony jest tam chaos, nikt o nie nie dba, zawsze boję się, co zastanę w środku, czy nic mi się nie stanie, a nawet czy nikt lub nic mnie nie zaatakuje. Ale i tak przeważnie wchodzę…



Wracając, zwróciłam uwagę na użycie łacińskiej nazwy Octopoda jako nazwy lokalu gastronomicznego i pomyślałam, że komuś udało się zabłysnąć 😉
Gdy przyszedł czas na przerwę obiadową, stwierdziłam, że mało zero waste te moje wakacje. W tamtym okresie można było kupić obiad tylko na wynos, co generowało dodatkowe opakowania. Niemniej jednak trzeba było codziennie zjeść coś na ciepło, żeby mieć siłę tyle wędrować. Z drugiej strony byłam zadowolona, że faktycznie nie zabrałam za dużo prowiantu z Gdańska i nie będę tyle wiozła z powrotem.

Po obiedzie ruszyłam na dworzec, aby przejechać z Międzyzdrojów do Warnowa. Miałam 3,5h do pociągu powrotnego, a Google Maps sugerowały 1:42 w jedną stronę. Na szczęście droga była na tyle nieskomplikowana, że (poza odcinkiem leśnym i jednym skrzyżowaniem w Wisełce) nie szło się zgubić. Jeszcze w Warnowie przy dworcu zostałam zapytana o drogę do rezerwatu żubrów przez trzech rowerzystów. Przyznałam, że ja również jestem turystką. Zapytali więc inną panią. Początek naszych tras przebiegał tak samo, dlatego zagadnęli mnie jeszcze raz:
– Rowerkiem miałaby pani łatwiej.
– Tak, ale zabrać się z rowerkiem z Gdańska…
– My z Poznania. Pociągiem można.
Pewnie, że można. Ale pomijając dzisiejsze wycieczki: rano do bunkra i do latarni morskiej Kikut, w której trakcie właśnie byłam, rower bardziej by mi wadził niż pomagał. Jednak kto wie, może kiedyś ogarnę jakieś bardziej rowerowe wojaże 😉


Tymczasem opuściłam Warnowo, a droga biegła długo szosą przez las. Co jakiś czas mijały mnie auta, rzadziej rowerzyści, za to słyszałam zięby i inne ptaki. Na trasie znalazło się Jezioro Czajcze, pod które podeszłam, ale przez zadrzewienie widoki były niezbyt panoramiczne. Dopatrzyłam się za to nartników na jego tafli.
Nie zwalniając dość solidnego tempa, wędrowałam dalej. Tuż przed tablicą z nazwą Wisełka, obejrzał się za mną starszy pan na rowerze. Uśmiechnął się na mój widok. Musiał się domyślać, że idę tu aż z Warnowa pieszo i może pomyślał, że to trochę szalone. W Wisełce należało skręcić w prawo przy sklepie spożywczym. Dalsza droga nie pozostawiała wątpliwości, a ulicą Obrońców Wybrzeża (co mimowolnie skojarzyło mi się z Gdańskiem) trafiłam na ostatni, leśny odcinek swojej wędrówki ku latarni.
Gdy z Wisełki weszłam w las, było słychać stukanie dzięcioła. Na mijanych kilkukrotnie podczas tego wyjazdu tablicach wyczytałam, że las „działa kojąco na nasz układ nerwowy dzięki zawartości fitocydów wydzielanych przez niektóre drzewa”. Czułam, że coś w tym jest 🙂 Koił też błękit tafli mijanego wcześniej, bardziej odsłoniętego, jeziora Wisełka. I cieszył mnie widok pełznącej drogą gąsienicy. Człowiek potrzebuje spotkań z przyrodą.
Co ciekawe, dopiero na rozwidleniu szlaków (czerwonego i czarnego, nieopodal latarni) spotkałam pieszych turystów. Druga para minęła się ze mną na czerwonym szlaku, pod samą latarnią i mężczyzna posłał mi serdeczny uśmiech i rzucił dzień dobry.













A więc dotarłam! Byłam przeszczęśliwa i niezmiernie z siebie dumna. Zrobiłam zdjęcia sobie z latarnią, samej latarni, jej detalom, tablicy. Ze szczęścia niemal unosiłam się nad ziemią 🙂 Nie przeszkadzało mi nawet to, że latarnia była zamknięta, bo widoki z góry mogłyby być nieziemskie. Czułam i tak niemałą satysfakcję! I wiedziałam, że gdybym szła z kimś, nie miałabym serca zmuszać go do tak morderczego tempa. Choć zdecydowanie wolę towarzystwo i czuję się pewniej z kimś, w tej konkretnej sytuacji niezależność i samotność były walorem.






Teraz trzeba było tylko wrócić podobnym tempem na dworzec. Z jednej strony było to łatwiejsze, bo nie robiłam już zdjęć (no prawie) i dość dobrze pamiętałam trasę, z drugiej strony był to jednak intensywny wysiłek i mogłabym nie podołać ze zmęczenia. Pstryknęłam jedynie kilka fotek tam, gdzie wcześniej miałam inną perspektywę lub nie pozwalała na to obecność ludzi oraz w momencie, gdy nagle, robiąc hałas, jakby spadały gałęzie, z drzewa zbiegły dwie wiewiórki. Były na tyle blisko, że nie potrafiłam odpuścić. Mimo to zdążyłam pokonać trasę w obie strony w 3h 10min. i z tej radości nagrałam nawet krótki filmik na peronie 🙂








Czując ból kolan i przyszłe zakwasy w nogach, ale jednocześnie uspokoiwszy oddech i pełna dumy ze swojej determinacji, szaleństwa (zwał jak zwał) i realizacji marzenia o zobaczeniu latarni morskiej Kikut, choć wszystko wskazywało na to, że było to poza zasięgiem mojej kondycji w tamtym momencie, już na spokojnie wróciłam do bazy. Teraz mogłam z czystym sumieniem zbierać się do powrotu.
Ostatni wieczór i poranek były dla mnie nie lada wyzwaniem, bo musiałam znów się zapakować. Na szczęście podołałam temu zadaniu, ale byłam pewna, że mogę to wciąż udoskonalać. W przypadku tego wyjazdu zaskoczyła mnie pogoda, do której przygotowałabym się zupełnie inaczej, gdybym miała tego świadomość. Kto mógł jednak spodziewać się, że wyjeżdżając przy 8°C, na miejscu zastanie 24°C. Odrzuciłam kilka rzeczy, które rzeczywiście okazały się niepotrzebne, ale kilka zabranych w razie potrzeby, też wróciło do domu nieużywanych. Cóż, pakowanie to proces, nad którym wiedziałam, że wciąż będę pracować.
Opuściłam swoją przytulną kwaterę, pierwszą przesiadkę zaliczyłam w Szczecinie Dąbiu i bez większych przygód dotarłam do ukochanego Gdańska.


Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
