Rano się nie spieszyłam. Na początek dnia zaplanowałam wizytę w muzeum przyrodniczym Wolińskiego Parku Narodowego. Byłam tam tuż po otwarciu i okazało się, że jestem pierwszą zwiedzającą i to nie tylko tego dnia, ale w ogóle po dłuższym zamknięciu z powodu pandemii. Gdy to podkreśliłam, zakupując bilet i pamiątki, pani zaśmiała się:
– Ktoś musiał być pierwszy, to dlaczego nie pani.


Dzięki temu, że byłam jedyną turystką o tej porze, mogłam spacerowym tempem przechodzić przez kolejne sale, wnikliwie przyglądając się eksponatom, robiąc niemal wszystkiemu zdjęcia i niejednokrotnie bawiąc się w artystyczne kadry, wykorzystując fragmenty dioram. Pierwsza z pięciu sal prezentowała faunę, szczególnie awifaunę, w odniesieniu do Zalewu Szczecińskiego i historii Bałtyku. Cieszyło mnie, że sporo ptaków sama rozpoznałam, ale wiedziałam, że w tej dziedzinie chciałabym wiedzieć więcej. Wspomniano tu także wolińskie klify i wydmy, a na stole pośrodku zaprezentowano muszle małży – zebranie czterech gatunków razem zdecydowanie klarowało sprawę komuś, kto wcześniej nie próbował kategoryzować „muszelek” według przynależności gatunkowej.





W drugiej sali jedną ze ścian pokrywała galeria fotografii przyrodniczej, a naprzeciwko niej znajdowały się dioramy. Jedna prezentowała nocnych drapieżców. Można było tu zobaczyć różne gatunki słów, jeża, borsuki czy nietoperze. Druga zawężała się do gatunków ptaków. Ucieszył mnie widok zięby, a kania rdzawa okazała się atrakcyjnym obiektem do zdjęć.







Do trzeciej sali prowadził korytarz, w którym umieszczono na ścianie trzy portrety. Przedstawiały one dawnych dyrektorów Wolińskiego Parku Narodowego. Dopatrzyłam się, że dwaj pierwsi mieli tytuł magistra inżyniera, ale ostatni był już doktorem inżynierem. Ścianę naprzeciwko zdobiło malowidło zbiornika wodnego z wypukłymi modelami ryb.
Trzecia z sal była zupełnie inna, nawiązywała bowiem do odkryć archeologicznych. Dlatego w pierwszej gablocie można było zobaczyć wyroby garncarskie, a tutejsza diorama prezentowała dawnych mieszkańców tych terenów. Jej uzupełnieniem były dobrze znane gatunki takie jak lis, wilk, borsuk czy ptaki. Jednocześnie zaprezentowane postaci też nie stały bezczynnie. Jeden z bohaterów polował na dzika, inny niósł swój łup, a kobieta nieopodal rozwieszała zwierzęce futro. Para przy ognisku (swoją drogą czerwonymi lampkami osiągnięto ciekawy efekt, jakby rzeczywiście się żarzyło) również wykonywała jakieś prace. Podsumowaniem odkryć były tablice na ścianie naprzeciwko.





W czwartej sali spędziłam prawdopodobnie najwięcej czasu. Po jednej stronie stały gabloty, w których zaaranżowano różne scenki z udziałem ptaków, innych drobnych zwierząt i owadów. Ucieszył mnie widok dzięcioła zielonego, kretowisko i wypatrywałam sobie oczy za motylami i chrząszczami. Przypatrując się dzierzbie, przypomniałam sobie, że czytałam kiedyś, że nabijają upolowane ofiary na ciernie drzew i druty kolczaste, aranżując w ten sposób swoją spiżarnię.
Wzdłuż kolejnej ściany znajdowała się duża diorama, w obrębie której zaprezentowano wiele gatunków ptaków i ssaków leśnych. Znalazły się tu trzy gatunki samych dzięciołów, wspominane już wcześniej zięba czy borsuk, ale również żubr, jeleń czy… szop pracz.
Trzecia i czwarta ściana pokryte były tablicami z bardzo ciekawą fotografią przyrodniczą lokalnych owadów, a wzdłuż nich, w gablotach, można było dostrzec różne skały (co akurat mniej mnie ciekawiło), skamieniałości, muszle itp.

















W korytarzu prowadzącym do ostatniej z sal znajdowała się replika największej wydobytej w okolicy bryły bursztynu, która wyglądała niczym ogromny bochen chleba, a oryginał znajdujący się. W niemieckim muzeum ważył blisko 10 kg.
Przyszła pora na finisz. Ledwie przekroczyłam wejście do ostatniego pomieszczenia i skierowałam się w prawo, pomyślałam: cała ściana batalionów, to robi wrażenie! Stały uszeregowane niczym, nomen omen, batalion wojska. Obejrzałam też inne ptaki (był wśród nich taki o uroczej nazwie podróżniczek!), czaszki i poroża, po czym przyjrzałam się galerii zdjęć, prezentującej sowy Wolińskiego Parku Narodowego. Dopiero w tym czasie w muzeum pojawili się kolejni zwiedzający. Po przeciwnej stronie sali była ostatnia już diorama. Nawiązywała do obszarów Natura 2000. Tutaj chyba najbardziej w pamięć zapadły mi bociany – biały i czarny, a także zupełnie nowy dla mnie gatunek czyli wąsatka. Nazwa zresztą nie wzięła się znikąd.
Zwieńczeniem zwiedzania był portret profesora Wodziczki, który był inicjatorem założenia trzech parków narodowych, w tym Wolińskiego, o czym zresztą miałam okazję dowiedzieć się w Wielkopolskim Parku Narodowym.












Po opuszczeniu muzeum planowałam skierować się do Zagrody Żubrów. Po drodze postanowiłam obejrzeć jeszcze kościół Św. Piotra Apostoła. W pewnym momencie zobaczyłam nadjeżdżającą z naprzeciwka panią na rowerze i odsunęłam się na bok chodnika, by mogła przejechać, za co pani mi podziękowała i posłała miły uśmiech. Nim podążyłam ulicą Zwycięstwa, obejrzałam jeszcze z daleka (nie przewidziano przejścia, a było sporo aut) pomnik postaci z napisem „Chwała bohaterom”.
Okazało się, że poszłam kawałek za daleko, dlatego zawracając, zapytałam o drogę starszego pana. Kościół znajdował się nieco wyżej i należało wejść po schodkach. Zakątek wydał mi się urokliwy, a że miał też ławeczkę, przysiadłam celem uzupełnienia kalorii przed dalszą wędrówką. Dopiero wówczas weszłam na teren przykościelny, obejrzałam pomniki i tym podobne elementy, po czym weszłam do środka świątyni. Obeszłam ją wokoło, przyglądając się tablicom i prezbiterium, a także organom i pomieszczeniu w bocznej nawie. Kościół nie robił wrażenia takiego z długą historią i miał dość prosty wystrój, ale to, co zapadło mi w pamięć to Księga Żałoby Międzyzdrojan i tablica upamiętniająca zmarłego niedawno proboszcza.












Ostatecznie wyszłam na ulicy Lipowej, gdzie były dwa podpisane dęby: Apostoł i Barnim (potem okazało się, że w mieście jest więcej „imiennych” drzew. Z Lipowej skręciłam na Leśną, która prowadziła do Zagrody Pokazowej Żubrów. Trasa liczyła trochę ponad kilometr i biegła głównie przez las. Większość ludzi, których widziałam, pokonywała ten odcinek pieszo. Tuż przed wejściem w las, naprzeciwko szkoły, był bowiem parking. Widziałam także dwóch rowerzystów. Zaskoczył mnie jednak widok dwójki dorosłych na hulajnogach elektrycznych. Pokonanie kilometra przez młodych ludzi (szacowałam, że byli parę lat starsi ode mnie) nie było jakimś szczególnym wyzwaniem, ale wnioskując po ich dialogu, gdyby mogli, podjechaliby pod samą bramę ze zwykłej wygody.
Tymczasem mnie ta wędrówka przez las naprawdę cieszyła i szłam znacznie wolniejszym tempem niż zwykle. Dodatkowo przystawałam, aby robić zdjęcia. Niby to tylko zielony szlak, a trochę ich napstrykałam. Chłonęłam też tę ciszę, poprzetykaną momentami tylko śpiewem ptaków. I tak minęłam drogowskaz w miejscu, gdzie szlaki zielony i czarny się rozdzielały, fotografowałam też mijane tablice, aż w końcu dotarłam do celu.






Na terenie żubrowiska zapytałam miłego pana w kasie, jaki jest kierunek zwiedzania. Zasugerował, że jeżeli interesują mnie żubry, powinnam odbić na prawo. Zasugerowałam, że po prostu nie chciałabym niczego ominąć. Odparł wówczas, że mają u siebie sarnę, dwa jelenie (albo odwrotnie), bieliki, żubry. I dzika Zośkę, jak przypomniało się panu po chwili. I że jak będę podążać za znakami, to niczego nie ominę.
Rzeczywiście w miejscu, gdzie rozdzielała się droga, znajdował się drogowskaz z wizerunkami zwierząt. Dalej były duże tablice na temat każdego gatunku i założenia żubrowiska jako takiego, a poza tym roiło się od tabliczek, nie tylko z nazwą zwierzęcia na każdej zagrodzie, ale też przestrzegające przed ich karmieniem, proszące o zachowanie ciszy i nieprzekraczanie ogrodzeń. Zresztą, sam układ ogrodzeń nie pozostawiał wątpliwości jak iść, bo biegł naokoło, co jakiś czas mając boczne, ale ślepe odnogi.
Tutejsze osobniki przebywały w zamknięciu, w otoczeniu człowieka, ponieważ na skutek różnych wcześniejszych wydarzeń przyzwyczaiły się do jego obecności, nie czuły zagrożenia z jego strony i mogłyby nie poradzić sobie w naturze. W pierwszej zagrodzie zobaczyłam tylko ptaki typu wrony. Dziki prawdopodobnie schowały się w domku. Orły uczepiły się tuż przy dalszej ścianie woliery, ale dało się je zobaczyć, a momentami usłyszeć. Miałam duże szczęście, mogąc zobaczyć samicę jelenia z bardzo bliska. Przeczekałam przejście innych turystów, aby nacieszyć oczy jej widokiem. Spacerowała w te i we wte, podjadając co nieco z ziemi, a nawet pokusiła się o podwójną toaletę na moich oczach. Jeszcze nie miałam okazji tak wyraźnie widzieć pracy zwieraczy, więc jako biolog miałam ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony było w tym coś fascynującego, z drugiej to jednak toaleta. Pomyślałam, że sama nie chciałabym być tak obserwowana przy codziennych czynnościach i ruszyłam dalej. Droga biegła wzdłuż zagrody saren i udało mi się ją zobaczyć. Miała niezwykle cienkie nóżki i rzeczywiście, w przeciwieństwie do swoich pobratymców, totalnie nie była płochliwa, a wręcz miałam wrażenie, że się we mnie trochę wpatrywała. Ostatnią zagrodę, widoczną głównie z tarasu, zamieszkiwały żubry. Było ich pewnie koło dziesiątki, ale nie miałam problemu z wybraniem swojego ulubionego, bo wyglądał najdostojniej z majestatyczną „brodą” i przy dość solidnych gabarytach. Zastanawiałam się, czy był może jakimś szefem stada. Doczytałam też, że żubry w Polsce dostają imiona na sylabę PO. Na przestrzeni lat nadano tu wiele całkiem ciekawych imion, z czego najbardziej urzekły mnie: Pocahontas, Pogrom, Podziw i Powiew.


















Na żubrowisku spędziłam nieco ponad pół godziny, a na koniec zrobiłam sobie przerwę regeneracyjną w altanie pośrodku. Aby ruszyć w dalszą trasę, musiałam nieco się cofnąć zielonym szlakiem i odbiłam z niego na czarny, kierując się na parking Kwasowo. Ten odcinek minął mi szybko i bez przygód, a przy samym parkingu znalazła się tablica informacyjna z głównymi atrakcjami Wolińskiego Parku Narodowego. Aby pokonać dalszy odcinek szlaku, należało odbić w lewo i iść przez chwilę poboczem drogi, a następnie wejść w las po drugiej stronie szosy.
W pewnym momencie leśna droga się rozdzielała. Z mapy wynikało, że pierwsza ścieżka będzie ślepa i po jej przebyciu wrócę do punktu, w którym aktualnie się znajdowałam. Niemniej jednak wydała mi się interesująca już wcześniej, bo była opisana jako przyrodnicza, a tym bardziej, gdy na drogowskazie zobaczyłam, że wiedzie do Baterii Artylerii Stałej (BAS). Ruszyłam żwawym krokiem, szczególnie, że trasa aż do okolicy pierwszej tablicy informacyjnej była wyłożona sześciokątną kostką.
Nim jednak zobaczyłam tablicę informującą o początku ścieżki przyrodniczo-historycznej, natknęłam się na bunkier. I choć nie można było wejść do środka, a drzwi dodatkowo zastawiono dwiema takimi sześciokątnymi kostkami, to i tak niemało się podekscytowałam i nie obyło się bez sesji zdjęciowej. A to jeszcze nie była BAS 😉 lecz zaraz za bunkrem mogłam z drogowskazu odczytać informację, że zostało mi jeszcze 300 metrów.





Za zakrętem z pierwszą tablicą zza drzew prześwitywało morze i błękitne niebo, zieleń drzew była tak piękna i żywa, a do tego uszy pieścił śpiew ptaków. Nie tylko ptaki śpiewały, ja również podśpiewywałam („My shot” z musicalu „Hamilton” oraz „Chodź, pomaluj mój świat”). Byłam naprawdę szczęśliwa, mogąc tu spacerować i zupełnie się nie spieszyć, ale delektować tymi chwilami na łonie natury.
Wreszcie dotarłam do BAS, gdzie tabliczka informowała, że ustawiono ich 11 na polskim wybrzeżu pod koniec lat 40. XX wieku, dla ochrony przeciwdesantowej i bezpieczeństwa żeglugi przybrzeżnej. Obiekt nie był dostępny wewnątrz, ale można było zajrzeć przez okienko w drzwiach oraz wejść na górę po schodach. „Dach” nie był gładki, ale pokryty drobnymi kamieniami wtopionymi w beton. Stąd rozpościerały się fajne widoki, choć w kierunku morza rozciągnięto drut kolczasty. Zlokalizowana na górze tablica była bardziej przyrodnicze i opisywała, jak powstają klify. Przy kolejnym obiekcie opisano zimowiska nietoperzy, a ścieżka kończyła się niedługo dalej tablicą na temat buczyn.













Zawróciłam do wspomnianego rozwidlenia, by kolejną z dróg skierować się na punkt widokowy. Kawcza Góra znajdowała się na wysokości 61 m. Prócz ogromnych, wielopoziomowych schodów, umieszczono tam głazy ku pamięci leśników niemieckich, polskich oraz na pamiątkę zjazdu żołnierzy AK w Międzyzdrojach w 2002 roku. Zrobiłam pewnie z kilkadziesiąt zdjęć widoków z różnych poziomów schodów, starając się jednocześnie nie łapać w kadr ludzi, których również przyciągnęło to miejsce. Dzięki licznych kondygnacjom było to jak najbardziej do zrobienia. W pewnym momencie zorientowałam się, że schody nie kończą się tarasem widokowym, ale można nimi zejść na plażę. Zupełnie spontanicznie, widząc w oddali molo, upewniłam się, pytając mijaną panią, czy można tędy dojść plażą na molo.
– Tak, ale to będzie z 45 minut – usłyszałam w odpowiedzi.
Sugerując się jej mocno spacerowym tempem, choć myślałam już o łazience, zdecydowałam się iść plażą, wierząc, że zrobię to znacząco krócej. Po drodze natknęłam się na państwa z córką, którzy poprosili mnie o pstryknięcie im zdjęcia i życzyliśmy sobie wzajemnie miłego pobytu.









Zorientowałam się w pewnym momencie, że minęłam minimalnie znak „Woliński Park Narodowy”, więc się do niego cofnęłam. Robiłam najpierw zdjęcie napisu, a później sobie selfie na jego tle, gdy usłyszałam panów zza parawanu obok:
– Tomek, zrób pani zdjęcie.
– Poradzę sobie – zaśmiałam się, posyłając uśmiech.
– Tomek potrafi.
– Nie śmiem wątpić.
– Nie śmiem prosić.


Natknęłam się też na panów pracujących przy tajemniczych rurach, które dzień wcześniej tak psuły mi odbiór plaży, a po dzisiejszym spacerze wiedziałam już, że inne odcinki plaży są o wiele piękniejsze. Zagadnięty pan powiedział mi, że dzięki nim będą w stanie poszerzyć plażę do założonych 60 metrów.

Po około 35-40 minutach zeszłam z plaży wejściem C, niechcący znajdując się przy Alei Gwiazd. Zatrzymałam się jednak tylko na moment przy ulubieńcach, którzy mi mignęli – Pawlickim i Józefowiczu, bo planowałam to miejsce zbadać dogłębniej nazajutrz. Zmierzając po obiad na wynos i do kwatery, natknęłam się jeszcze na trzy pomniki – Jana Machulskiego, Ireny Jarockiej, ale to ostatniego – Krzysztofa Kolbergera, rozpoznałam o dziwo momentalnie. Spontanicznie poprosiłam przechodzących państwa o zrobienie mi z nim zdjęcia. Pani odparła:
– Oczywiście.
– Skoro już go rozpoznałam z daleka, to chyba znak, że powinnam właśnie tu zrobić sobie zdjęcie.
Pani się uśmiechnęła i zrobiła. Niedługo później, zaopatrzona w posiłek, wróciłam na bazę, dając sobie czas na regenerację.


Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
